Wspomnienie Kuby

WSPOMNIENIE KUBY

Trochę już ochłonąłem i mogę coś napisać o przeżyciach ostatniego dnia pobytu w Bies z Czadach. Przede wszystkim chciałem mało oryginalnie podziękować Wszystkim za wszystko. Było bardzo fajnie. Czułem się jak w maszynie czasu, która przerzuciła mnie do 87 lub 88 roku. Przepraszam za chrapanie, ale też nie tylko ja chrapałem, poza tym jak sobie człowiek popije to lubi potem pochrapać, a chyba nie chcielibyście żebym sobie nie popił. Przepraszam też za kolokwialny język, który w pewnym momencie uraził uszy Maliny i Malutkiego, to też ma coś wspólnego w popiciem, a zatem również czuję się usprawiedliwiony. Ale do rzeczy. Malutki chciał żebym opisał co działo się w Niedzielę wieczorem, a co spowodowało, że w poniedziałek nie pojawiłem się w pracy i dziś piszę do Was dzięki uprzejmości pani z pośredniaka ;-) Zaczęło się od niewinnej jazdy po wspaniałych serpentynach bieszczadzkich autem Grzesia Kostrzewskiego. Było fajnie i udało mi się nie rzucić pawia, mimo, że kierowca bardzo się starał. Nie tylko zresztą za pomocą częstego wduszania na przemian pedałów gazu i hamulca, ale i za sprawą niecodziennego repertuaru muzycznego płynącego z głośników sprzętu hifi będącego standardowym wyposażeniem tego samochodu. Czy ktoś z Was kiedykolwiek wysłuchiwał przez bitą godzinę marszów wojskowych i piosenek rodem z festiwalu w Kołobrzego? Jak tylko zaczęli myślałem, że to radio samo się przestawiło i wykonałem jakiś gest w kierunku odpowiedniego przycisku, ale widok zachwyconego wzroku kierowcy i jakieś pomruki zadowolenia wydobywające się z jego ust w takt muzyki zmieniły mój zamiar. Głęboko oparłem się w fotelu i zacząłem liczyć piosenki mając nadzieję, że na normalnym CD nie będzie ich więcej jak 13, może 15. Tego dnia nie ostatni raz miałem się pomylić.

Później wjechaliśmy w głęboki las. Początkowo szło nieźle. Tzn. kilka razy wysiadaliśmy, żeby odciążyć samochód i żeby ten łatwiej pokonał przeszkodę, ale większość czasu spędzaliśmy w samochodzie. Duży ubaw miały córki Agnieszki, zwłaszcza, kiedy Grzesiek udawał, że nam ucieka, jak chcieliśmy wsiadać. Śmiechom i zabawom nie było końca.

Sielankowa atmosfera nie trwała jednak długo. Po ok. 45 minutach jazdy zaczęły się wyjątkowe wertepy, między innym strumienie, którymi trzeba było się przeprawiać w bród. Co i raz jakiś kamulec tłukł w podwozie samochodu. Ale trzeba przyznać, że zaciętość Grześka w pokonywaniu przeszkód uspokajała nas i kazała wierzyć, że dotrzemy na miejsce cali i zdrowi.

W końcu nastąpił moment, którego jako racjonalni i dorośli, a także myślący ludzie powinniśmy się byli spodziewać - samochód utknął w bagnistej koleinie. Wbił się przednim zderzakiem w ziemię i nie było sposobu ruszyć go z miejsca. Próbowaliśmy go wypchnąć brodząc po kolana w błotnistej mazi przypominającej brązowy kisiel, a może faktycznie było to słynne błoto żurawinowe, w każdym bądź razie nie udało się. Biorąc pod uwagę, że jechaliśmy przez las dość długo, sądziłem, że do Bartnego (w którym nigdy przedtem nie byłem) jest już niedaleko. Zdecydowałem założyć plecak i pojść piechotą, na miescu załatwić traktor i ściągnąć samochód Grześka. Miałem jeszcze wątpliwą nadzieję, że Mario, z którym miałem się zabrać do Warszawy, będzie jeszcze w Bartnem i poczeka na mnie. Jeśli pamiętacie o pierwszej pomyłce (tych diabelskich piosenek było ze dwadzieścia) to wiedzcie, że teraz nadszedł czas na drugą. Po godzinie marszu pod górę i mijaniu różnych rozwidleń dróg, które wybierałem intuicyjnie, zacząłem się zastanawiać, co będzie jeśli będę tak szedł jeszcze dwie godziny, a potem zapadnie zmrok. A może pomyliłem drogę. Czytaliście "Pokochała Toma Gordona" Stephena Kinga. To powieść o małej dziewczynce, która zgubiła się w lesie i spędziła w nim miesiąc zdana tylko na siebie oraz łaskę i niełaskę tajemniczego leśnego monstrum. Raczej nie jestem małą dziewczynką, ale czułem się jak ona.

Koszmar na szczęście trwał krócej. Deux ex machina - spotkałem małżeństwo grzybiarzy, którzy pokazali mi właściwą drogę. Tak więc łącznie po dwóch godzinach błądzenia w lesie znalazłem się w chacie Lenina w Bartnem. Kiedy już wynegocjowałem z miejscowym ekspertem od pomocy drogowej warunki wyprawy ratowniczej jego wielkim radzieckim traktorem, zadzwonił Grzesiek, że on już zszedł do wsi na dole i ma zabezpieczony traktor. Przyznam, że teraz naprawdę się zmartwiłem. Leśna wyprawa traktorem byłaby dobrym zwieńczeniem tego dnia pełnego przygód. Późnym wieczorem dojechał Grzesiek, który powiedział, że poznał bardzo miłą rodzinę i fajnie spędził wieczór, bo oglądał w telewizji ciemno zielone plamy i jakieś rozbłyski - reality show z Kabulu.

Mariusz Rzanny już pojechał do Warszawy i musiałem zostać do poniedziałku. Za to w poniedziałek byłem kierowcą Matiza Izy i jej córek i czułem się w tej roli całkiem dobrze, chociaż przy odpuszczaniu sprzęgła musiałem uważać, żeby nie wybić sobie zębów kolanem. A jeszcze w poniedziałek wieczorem zaliczyłem super koncert Scofielda, pod koniec którego usnąłem.

Pozdrawiam wszystkich tych którzy dotarli do tego miejsca - szczęściarze, to już koniec.

Kuba Antoszewski



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011