nr 36/2005

* * *

I znowu jestem tu,
w obliczu Połoniny.
W bladym słońcu jesieni
niosącym przymrozek.

Jej wyszczerbiony nóż
ciemnieje w bladym niebie.
Gęste pasemko krwi
paruje znad krawędzi.

I znów stanąłem tu,
w obliczu Połoniny.
Znowu przemawia do mnie
i wciąż jej nie rozumiem.

Tadeusz A. Olszański
Otryt Górny, wrzesień 2003

Słów parę o wyprawie zimowej w Gorgany

styczeń 2004

Wyprawa w składzie: ja, Marcin Ząbek oraz Michała Kukuła.

Michał był uczestnikiem przejścia Karpat 3 lata temu. Kontakt nawiązaliśmy przez Andrzeja Wielochę, szefa mojego „łuku Karpat" z 1980 roku.

Łuk Karpat to przejście 2000 km w czasie jednej nieprzerwanej ekspedycji.

Odbyliśmy parę zebrań organizowanych w moim mieszkaniu. Michał, człowiek z takim dorobkiem jak przejście całych Karpat, wydało się że nie będzie żadnych niespodzianek. Ale niestety często jest tak, że człowiek jak nie odczuje na własnej skórze to nie uwierzy mimo, że tłumaczyliśmy mu, że jest zasadnicza różnica między latem a zimą.

Michał zabrał ze sobą jeden polar i jakiś sweterek wiatrem poszyty.

Kurteczka i śpiwór puchowy go nie ratowały niestety. Z perspektywy czasu który upłynął stwierdzam że to była nasza wina.

Po prostu powinniśmy wymusić na facecie, żeby się zaopatrzył w profesjonalny sprzęt, Tymczasem ustawicznie marzł i to było jedna z przyczyn, że wreszcie się wycofał.

Drugą przyczyną były słabe buty. My z Marcinem tradycyjnie już wzięliśmy skorupy. Michał powiedział, że skórzane buty wystarczą. No więc dobrze. Na to wszystko jeszcze nakładają się problemy materialne, bo skorupy kosztują ok. 1.000,-zł Tak czy inaczej zemściło się to, bo skórzane buty nie wytrzymały, mróz był wściekły, wiatr 40km.h, Michał podjął decyzję o wycofaniu się czwartego dnia wyprawy po nocy spędzonej za zboczu Prełuki w bacówce w której wiatr hulał w środku przez szpary.

Termometr wskazywał temperaturę minus 27 C. W tej temperaturze nawet benzyna niechętnie reaguje na płomień zapalniczki, zajmując się bardzo powoli, jak na filmie w zwolnionym tempie. Każdy ruch musi być wtedy przemyślany. Wszystko jest sztywne. Pękają klamry od plecaka, pojawiają się trudności z oddychaniem. Czy wiecie jak wygląda sen w tych warunkach????

Człowiek budzi się parę razy w ciągu nocy, mroźne kłucia docierają przez cztery polary i puch do kręgosłupa. Wydychane powietrze do środka śpiwora zamienia się w lodowych kołnierz na zewnątrz śpiwora. To powietrze, które ma w sobie wilgoć wnika w puch przez pertex i tam zalega w postaci drobinek lodu.

Śpiwór staje się cięższy i zalodzony słabiej grzeje, czasami jest tak zimno, że na kurtce goratexowej od wewnątrz tworzy się warstwa lodu.

Zalodzone są brwi a nawet rzęsy.

Wracając do poranka w bacówce na Prełuce. Wstałem o szóstej rano, wbiłem się w sztywne skorupy na nogi, gotuję herbatę, Marcin i Michał po wyjściu z namiotu rozstawionego w bacówce stwierdzili, że była to najzimniejsza noc na całej wyprawie. Michał oświadczył, że podjął decyzję o wycofaniu się, bo jeżeli tego nie zrobi to straci nogi.

Michał zszedł na stronę zakarpacką do wsi i następnego dnia autobusem pojechał do Lwowa. Miał szczęście, bo rzeka, która go dzieliła od wsi była zamarznięta. Po powrocie do kraju stwierdził, że wszystkie nasze ostrzeżenia sobie zlekceważył i to był jego błąd.

My z Marcinem kontynuowaliśmy trasę. Wejście na Basztul trwające 5 godzin, przy 20-to stopniowym mrozie i wietrze nadwyrężyło słabe punkty u Marcina. Pechowy stan zapalny panewki ścięgna w prawym nadgarstku, ujawniał się trzeszczeniem przy każdym kroku. I jakby tego było mało Marcin stracił paznokcie u dużych palców u nóg. Jego skorupy były za ciasne, co ciekawe w tegorocznej wyprawie sytuacja ta się już nie powtórzyła, botki wewnętrzne się po prostu ułożyły. Po wejściu na Basztul, czekały nas 2 godziny marszu na skraj lasu. Ale grań była zalodzona, Marcin nie miał raków, a wicher nas kład. Upadek w tych warunkach mógłby się zakończyć tragicznie. W dodatku zamarzł mu suwak w kurtce. Wzięła mnie cholera, musieliśmy podjąć decyzję o wycofaniu się...

Kierunek Osmołoda na północ, dolina Łomnicy 32 km. I tam również nie odbyło się bez przygód. Dolina miejscami bardzo wąska, a więc o trawersowaniu stromego zbocza nie było mowy.

Szliśmy po zamarzniętej rzece. Lód miejscami spiętrzony tworzył fantastyczne formy i czasami woda płynęła na wierzchu mimo 15-tu stopni mrozu parując jak z gejzeru. Trzy dni walczyliśmy z tą doliną.

Ale potem w Osmołodzie grzane piwo, koniaczek i jako takie normalne jedzenie.

Czuliśmy się usatysfakcjonowani tę walką.

Po powrocie do kraju, w szpitalu przemyskim, Marcin dostał gips na ten zbolały nadgarstek.

I okazało się, że była to poważna sprawa, decyzja o szybszym wycofaniu się była bardzo potrzebna.

I to tyle w dużym skrócie oczywiście.

Trudno to opisać. Dla pobudzenia wyobraźni, aby zrozumieć te przeżycia można porównać mróz dajmy na to w mieście – idziemy do pracy, siedzimy w biurze, potem wychodzimy na mróz i wracamy do domu, szybko do ciepłego pomieszczenia. Wszystko jest ok. nawet jak trochę zmarzniemy po drodze. A tam nie.

Tam się trwa bez przerwy w mrozie 50-70 godzin, a czasami dłużej.

No ale ja po prostu to lubię...

DON GORE
Piotr Kurowski 2004

IV Dni Filmowe

IV Dni Filmowe
10-13 listopada 2005

No tak... Dni filmowe... Tegoroczny długi weekend listopadowy w Chacie, spędziliśmy w nie tak znowu licznym gronie (niecałe 40 osób), oglądając filmy ukraińskie.

W starej Chacie podobne imprezy odbyły się kilkakrotnie. Teraz, kiedy mamy nową, wspaniałą Chatę nadszedł czas, aby znowu odbywały się tu obozy i imprezy różnego rodzaju. Jakiś czas temu pojawiło się kilka głosów dotyczących wznowienia dni filmowych na Otrycie, tylko potrzebowaliśmy impulsu do rozpoczęcia działań. W końcu Biały skontaktował się z kilkoma osobami , które znają się trochę na kinie, lub bywały na poprzednich dniach filmowych m.in. Patrykiem, Igorem i Andrzejem Gołosiem i sprawa nabrała rozpędu. Zdecydowaliśmy się obejrzeć filmy ukraińskie. Część dostaliśmy od Tadeusza Olszańskiego i część od mojego znajomego - Marabuta. W międzyczasie były debaty nad terminem, plakatami, kwestiami technicznymi i ostatecznym repertuarem...

Większość ludzi dotarła w czwartek na wieczór lub w nocy. Ja na górę doszłam z Anią Tabaczek i Krzysiem oraz ekipą Piotra Kurowskiego, którą spotkaliśmy po drodze, na miejscu wylądowaliśmy o 2 w nocy, a sporo ludzi już było na miejscu. Powitały nas wiadomości o „drobnym" wypadku, który skończył się dla Ewy ręką w gipsie na ładnych kilka tygodni.

Atmosfera była super, wszyscy dobrze się bawili. W dzień jak to zwykle bywa na dużych imprezach – trochę lenistwa, woda, drewno do kominka, drobne prace budowlane, zakupy, kuchnia (muszę powiedzieć, że naprawdę potrafimy całkiem dobre jedzonko zrobić na tyle osób) - Andy szalał ze spagetti, a my z żurkiem (równie pysznym jak spagetti). Pogoda była super - jesiennie, mglisto, momentami wietrznie, ale nie padało, wobec tego spacery, zdjęcia i okupowanie służbówki na mniej lub bardziej poważne rozmowy.

Sporo turystów zachodziło na herbatkę. Byli pod wrażeniem Chaty i oczywiście pomysłu kina na Otrycie. Odwiedził nas również GOPR, przyjechali na ćwiczenia, co po wypadu Ewy wzbudziło dużo radochy i żartów w stylu „jeśli ktoś ma zamiar się jeszcze uszkadzać, to niech zrobi to teraz...", niestety okazało się, że jednak mamy jeszcze jednego rannego, a mianowicie Michała z uszkodzonym kolanem. Sympatyczni ratownicy zwieźli go na dół. Muszę zauważyć, że pod względem zdrowotnym nie mieliśmy fartu, ale na szczęście, na tym zakończyliśmy feralną serię, a patrząc bardziej optymistycznie zawsze miło jest potem powspominać. A w dodatku lekarze ze szpitala z Ustrzyk Dolnych zaczynają kojarzyć Chatę Socjologa. (Miejmy nadzieję, że pomimo wszystko nie jest to zła sława...)

Wieczorami (w listopadzie wcześnie się robi ciemno) zasiadaliśmy w sali kominkowej przerobionej na kinową, ze wspaniałym ekranem z prześcieradła i „fotelami". Obejrzeliśmy kilka filmów – „Cienie zapomnianych przodków", „Kozaki idut" oraz „Mamay" i kilka filmików z Pomarańczowej Rewolucji, często bardzo zabawnych. Były to filmy głównie historyczne, o Kozakach, bardzo ciekawie pokazywały m.in. stosunek do „niedobrych Polaków" i różnych odrębnych kwestii, ale aby o tym rozmawiać, to trzeba było być na dniach filmowych i obejrzeć? Żałujcie i zapraszam na następne...

Rekordy popularności biła kronika filmowa w postaci teledysku z Mappetów (jeszcze przez kilka dobrych dni po powrocie, krążyło mi po głowie „Manana na...", ciekawe czy Wam też???). Nastrój super, dzięki Ani krążył popcorn, oprócz tego od czasu do czasu coś na wzmocnienie. Oczywiście, mimo poważnych treści, często niemłodych filmów, było mnóstwo śmiechu. Jestem bardzo zadowolona, że dużo osób miało ochotę obejrzeć te filmy i co więcej porozmawiać o nich w żywej dyskusji. Co niekoniecznie było łatwe, ze względu na problem z polskimi dialogami. Wszystko odbyło się bardzo sympatycznie i na luzie, oglądaliśmy tak długo, jak starczało ochoty, potem gitara, śpiew i impreza...

Najważniejsze, że wszyscy mieli dobre humory, było mnóstwo śmiechu i dobrej zabawy.

Myślę, że oglądanie filmów na Otrycie to coś niesamowitego, drewno, świece, ogień na kominku, odludzie, brak cywilizacji i „duży ekran"... za oknem jesienne mgły, długie wieczory i połoniny... po prostu rewelacja, klimat pierwsza klasa. Bawiłam się świetnie.

Teraz wystarczy poczekać rok i następne - V Dni Filmowe na Otrycie, na pewno jeszcze lepsze i jeszcze bardziej udane...

KOMETA
Magda Kołodziejczyk

Czas

CZAS

Skończył się czas i czas odpłynął,
trwało to chwilę, albo dwie,
może przed rokiem lub godziną,
a może minął cały wiek?

A może nigdy nas nie było,
może to tylko śniło się?
Że zgubiliśmy naszą miłość
i został żal na serca dnie.

I świat gdzieś obok nas przepłynął,
mnie zabrał Tobie, Ciebie mnie,
dorastał ból jak stare wino
i osiadł na zielonym szkle.

Juliusz Głowacki

Riki-tiki

MÓJ PIERWSZY RAZ

„Riki-tiki"

Bieszczady od zawsze były dla mnie miejscem wyjątkowym, leżącym na krańcu Polski. Wyprawa w te małe, acz malownicze góry zawsze kojarzyć mi się będzie z całonocną, kilkunastogodzinną jazdą w pociągu relacji Warszawa - Zagórz. Podczas jednej z takich podróży w listopadzie 2001 poznałem człowieka, który nauczył mnie grać kośćmi w „riki-tiki". On też pierwszy wspomniał mi o Chacie Socjologa.

Zawsze największą frajdę sprawiało mi chodzenie z plecakiem od schroniska do schroniska. Dawało mi to możliwość poznawania co wieczór nowych ludzi i nowego miejsca.

Mieliśmy w ten długi weekend listopadowy z kolegą ambitne plany wycieczkowe, ale nijak nie pasowało nam choćby przejście przez Otryt, który zawsze leżał z dala od uczęszczanych przeze mnie tras. Toteż pierwszy raz na podejściu niebieskim szlakiem od Dwernika znalazłem się dopiero w połowie sierpnia 2003.W Bieszczady przyjechałem wtedy na dwa tygodnie, więc po oprowadzeniu mojej dziewczyny i kolegów po wszystkich znanych mi miejscach postanowiłem zapędzić się w nieznane i z Koliby zamiast na Połoninę Caryńską ruszyć w stronę pasma Otrytu.

Pamiętam, że lato tego roku było wyjątkowo upalne i suche, we wszystkich odwiedzonych wtedy przez nas schroniskach były problemy z wodą, to też byliśmy przygotowani, że i tym razem kąpiel pod prysznicem może nas ominąć. Lecz to, co zastaliśmy trochę nas zaskoczyło. Zamiast schroniska zastaliśmy dziurę w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jak się dowiedzieliśmy stara Chata spaliła się kilka miesięcy wcześniej i właśnie trwało wylewanie fundamentów pod nową. Myślałem wtedy, że odbudowie schroniska patronuje PTTK lub coś w tym stylu. Na pierwszy rzut oka wyglądało wszystko całkiem fachowo, koparka, betoniarka, det i mnóstwo innych profesjonalnych sprzętów. Pomimo strasznego upału mnóstwo ludzi z długimi włosami uwijało się przy wylewaniu betonu, chcieli najwidoczniej zdążyć przed wiszącą od dłuższego czasu w powietrzu burzą. Nie przyszła mi wtedy ani przez chwilę do głowy myśl, że Chatę odbudowuje banda zapaleńców, którzy nie mają o tym kompletnie żadnego pojęcia. Tym bardziej nie myślałem, że za rok dołączę do tej grupy, a Nowa Chata stanie się moim drugim domem, że porzucę chodzenie po górach na rzecz pracy przy wykańczaniu tego, jak mi się wtedy wydawało jednego z wielu bieszczadzkich schronisk.

Po obejrzeniu placu budowy postanowiliśmy ze znajomymi znaleźć miejsce gdzie moglibyśmy rozbić namioty, a następnie zrobić sobie posiłek. Kasia, jak się później okazało, ówczesna dziewczyna gospodarza chaty,(a wtedy to w zasadzie Lektorium?) pokazała nam miejsca, w których jeszcze kilka dni wcześniej stały namioty. W pamięć zapadło mi wtedy wypowiedziane przez nią zdanie „ale jak byście chcieli rozbić się gdzieś indziej to tylko powiedzcie, to przyjdę z kosą i wykoszę". Chodząc, wraz z Kasią, w poszukiwaniu miejsca na mój namiocik poznawałem okolicę Otrytu. Dowiedziałem gdzie jest wiata, Lektorium, południowe ujęcie wody, w którym zresztą nijak nie dało się uświadczyć H2O. Od razu miejsce to wydało mi się inne niż schroniska, do których do tej pory trafiałem. Nie chodzi tu o spartańskie warunki, bo zdarzało mi się nocować w górach i pod gołym niebem tuż przy szlaku. Zaintrygowała mnie beztroska ludzi w tym miejscu. Nie przeszkadzały im zarośnięte ścieżki, rozpadający się mostek, góry śmieci piętrzące się przed Lektorium, nie było sztywnie wyznaczonych miejsc pod namioty, każdy rozbijał się gdzie chciał. Gdy zapytaliśmy się o wrzątek ktoś wskazał nam wiadro wody, drewno i „kozę" w Lektorium wydawało mi się wtedy , że w tym miejscu czas zatrzymał się kilkanaście a może i więcej lat temu. Brak prądu, bieżącej wody i jak okiem sięgnąć żadnych śladów cywilizacji. Gospodarz ze swoimi dredami komponował się idealnie z miejscem, jakby przybrał barwy ochronne. Był niedostępny, tajemniczy a jednocześnie intrygujący. Wziął od nas dokumenty, opłatę za nocleg i to był mój jedyny kontakt z nim. Wszystko wokół toczyło się własnym życiem, nikt w zasadzie nie zauważył, że przyszliśmy. Byliśmy tego dnia jedynymi turystami,. Widać było, że ludzie, których tu zastaliśmy są zgraną paczką, raczej zamkniętą na przechodzących ludzi. Wieczorem pod wiatą byłą impreza przy ognisku, ale ze względu na zbliżającą się burzę nie zabawiliśmy długo. Jedyną osobą, którą wtedy zapamiętałem był Richey z Texasu. Pomyślałem sobie wtedy, ten to się musi tutaj dopiero dziwnie czuć. Następnego dnia rano wyszło słońce i po burzy nie było ani śladu. Rano zwinęliśmy namioty, zjedliśmy śniadanie i zeszliśmy do Dwernika. Spędziliśmy chwilę przed sklepem Doroty czekając na stopa i pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych. Przez kolejne kilka dni, które spędziłem wtedy w Bieszczadach, wracałem myślami do tego miejsca, porównywałem je do odwiedzanych schronisk i intrygowało mnie co stanie na tych fundamentach, które z takim zapałem stawiali wtedy budowniczowie chaty. Postanowiłem, że w następne wakacje, w trakcie wyjazdu w Bieszczady przyjdę na Otryt i zobaczę jak postępują prace.

P.S. Szukam osoby, którą poznałem w pociągu w długi weekend Święta Zmarłych w 2001 r., która nauczyła mnie grać w „riki-tiki", a przede wszystkim zaprosiła na Otryt.

GROTEK
Marek Grotowski 2005

Słońce, muchy i proza życia

W Chacie miałem okazję przebywać latem 1988r. Przez trzy dni była to dla mnie i mojej obecnej żony baza wypadowa do wypraw obejmujących m. in. Otryt i jego zachodnie okolice w trakcie przejścia po Bieszczadach (od Ustrzyk do Wetliny). Co zapamiętałem? Hmm... pierwszy kontakt z Otrytem nie był zbyt przyjemny dlatego, że podchodziliśmy od strony Lutowisk w południowym słońcu z plecakami, namiotem i prowiantem na plecach. Myślałem, że odsłonięta betonowo - błotnista droga to najgorsze, co nas spotyka - aby do podejścia gdzie cień drzew ochroni przed upałem. Niestety najgorsze spotkało nas na podejściu - rzuciły się na nas chmary much i chyba jeszcze jakieś inne owady - były wszędzie, właziły do oczu, uszu, nosa, kąsały gdzie popadło. Aby jakoś przetrwać trzeba było osłonić całą głowę czymś w rodzaju turbanu z bluzy dresowej zostawiając tylko małą szparkę na oczy. Jak się czułem chyba możesz sobie wyobrazić, dodam tylko, że upał był w granicach 30 st. C w cieniu i zero wiatru... Tym bardziej czułem się szczęśliwy, gdy dotarliśmy w końcu do chaty. Jak się później okazało droga, którą podchodziliśmy to stała trasa zaopatrzeniowa, po której wjeżdżał (a właściwie wspinał się) mieszkający chyba na stałe(?) na górze koń i właśnie na niego czyhały te insekty (swoją drogą współczuję osobie która towarzyszyła koniowi - a może miała jakiś sposób na owady choć o OFF-ie nikt jeszcze wtedy nie słyszał). Zresztą nie wiem może po prostu mieliśmy tego dnia pecha. Co do atmosfery w chacie to nie wiele mogę powiedzieć bo po pierwsze nie wiele pamiętam a po drugie spaliśmy w namiocie bo w chacie nie było miejsca. Ludzie z chaty żyli jakby w innym tempie, bardzo wyluzowani i chyba myliły im się pory dnia tzn. dzień z nocą, ale być może tylko sprawiali takie wrażenie. Wtedy jeszcze przez Otryt nie prowadziły żadne szlaki turystyczne (teraz pewnie już są?) i był to chyba jeden z nielicznych kawałków Bieszczad gdzie można było iść cały dzień i nie spotkać żadnego człowieka. Jeśli chodzi o sam Otryt to poza pięknym lasem pamiętam duże połacie krzewów dzikich malin o niepowtarzalnym smaku, wyschnięte źródło, na które bardzo liczyliśmy (tak to jest jak się zaufa mapie) i miejscowych ludzi zbierających jagody, którzy w tej sytuacji nam pomogli częstując pysznym kompotem oraz strome zejście do Sanu, przez który później przeprawiliśmy się wpław... Chętnie bym tam wrócił dzisiaj (nawet muchy by mi nie przeszkadzały), ale jakoś od 12 lat nie udało mi się wyjechać w góry na urlop - cóż dopadła mnie proza życia.

Piotr Dowżenko

2001

Zerówka 1985

Zapiski z obozu dla roku zerowego
Wydziału Socjologii UW
w „Chacie Socjologa" (Otryt, 1985 r.)

28 sierpnia

Poszedłem do redakcji Colloquii Communii na zebranie Klubu Otryckiego w związku z obozem górskim. Trochę osób, większość z socjologii. Jeden znajomy, siedział obok mnie na pisemnym egzaminie z polskiego .

1 września

Dziś wyjazd. Wstaję o piątej. Na dworcu jest Artur , kierownik obozu i jeden z nas, zerówkowiczów, Jarek Kilias. Powoli schodzi się reszta (ostatecznie jest nas czternaścioro).

Wsiadamy do „Soliny", ale okazuje się, że te wagony odłączą w Przemyślu, więc przesiadamy się (a jest z tym trochę kłopotu).

Do Ustrzyk Dolnych przyjeżdżamy o szesnastej (wcześniej przez 50 minut przejeżdżamy przez administrację sowiecką). Idziemy do „Restauracji Turystycznej" a potem wsiadamy w pekaes i jedziemy do Dwernika. Widzimy wystawę rzeźb „Bies i czady" . Włazimy na Otryt. Chociaż mam plecak i żadnej wprawy, zasuwam z Kiliasem. Nieźle nam to idzie. 18.20 - jesteśmy. Schodzimy pomóc innym nieść plecaki i znów wszystkich wyprzedzamy. Chata jest fajna. Mieszka tu Witek (od trzech lat) i teraz Henryk (od statystyki z Socjologii). Pierwszy wieczór, gitara. Idziemy spać o 23.00.

2 września

Mgła. Trzeba zejść do Lutowisk po prowiant. Artur wybiera oczywiście mnie i Kiliasa. Zejście jest ciekawe, miejscami trudne. 45 i 32 min. Kupujemy dżem, makaron, chleb itd. oraz sześć butelek Krakusa. W restauracji „Pod Żubrem" zamawiamy flaki i po dwa piwa kuflowe. Tu przeczekujemy burzę. Podejście jest okropne, mokro, ślisko, ale mimo to idziemy szybciej. W Chacie czeka na nas barszcz. Wieczorem w sali kominkowej głośne czytanie Herberta. Wieczorem odwiedzają nas tubylcy. Zapoznaję się z kulturalnym piciem na Otrycie:

- Piję ku tobie (perswaduję w twoje ręce).
- Bynajmniej nie jest mi to obojętne.

Krakus jest okropny, ale śpiewa się fajnie.

3 września

Rano rąbiemy drzewo. Inni idą na wycieczkę nad San. Jest piękne słońce, opalam się więc i czytam książkę. Kręcą się ciągle turyści. Potem schodzimy do Chmiela, gdzie przy szosie spotykamy się z całą grupą. Ma przybyć wóz z transportem z Uniwerka, ale nie zjawia się (dopiero w nocy). Wracamy innym szlakiem.

Śpiewamy do północy.

4 września

Ulewa. Wilgoć. Targam z ujęcia dwa wiadra wody. Znów schodzimy po prowiant: Kilias, Heniek i Jurek Szczupaczewski - redaktor naczelny Colloquii Communii. Leje i jest błoto a ja mam czapkę zamiast kaptura. Przemoczeni, jemy pod Żubrem żurek i jajecznicę. Piwa nie ma, bo... nie ma prądu.

Przybywa Marek, ten, z którym siedziałem w ławce na pisemnym egzaminie z polskiego.

Teraz i ja gram na gitarce (dwa numery Grzesiuka).

5 września

Z Kiliasem i Arturem pracuję przy północnym ujęciu wody. Robimy tam drewniane stopnie. Tniemy gałęzie, które po obróbce siekierą montuje w ziemi Artur. Marek z Heńkiem tachają kamienie. W kilka osób idziemy na Trohaniec, ale Heniek nie znajduje szczytu.

Schodzimy potem do Jurka Dwatysięce, którego widzieliśmy 1 września w pekaesie. Nosi beskidzki kapelusz. Piękny pokój (skóry i poroża na ścianach), pijemy herbatę.

Cztery osoby nie wracają na czas na Otryt. Jest już noc a oni nie mieli latarek. Wieczór dość smutny.

6 września

Wrócili o północy.

Pod wodzą Heńka robimy (od godziny siódmej do siedemnastej) wyprawę: Ustrzyki Górne - Połonina Caryńska - Magura Stuposiańska - Dwernik. Mgła, widoki tylko przed Magurą, a potem ulewa. Bierzemy kąpiel w lektorium.

7 września

Pogoda w kratkę, pada nawet grad. Mam dziś całodniową wachtę z Markiem i Magdą . Wieczorem dzielimy się na dwa obozy: Mlekopijów i Krakusów. Dyskusja wspaniała. Siedzimy do trzeciej nad smakołykami.

8 września

Niedziela. Część dziewczyn organizuje sobie „mszę". Spotkanie organizacyjne: Jurek jest niezadowolony.

Gramy w piłkę: Studenci (Artur, Leszek [prezes], Jarecki [filozofia] i Marek Kowalski [socjologia]) kontra Zerówkarze. Wynik 5:3. Robimy zbiórkę drewna. Heniek opowiada nam o studiach na socjologii.

9 września

Artur i dwie osoby wyjeżdżają. „Gąsienicowo" zbieramy wodę. Zejście do Lutowisk. W restauracji spotykamy Marka Komandosa. W sklepie nie ma warzyw, więc Jurek i chłopcy jadą do Czarnej a ja z towarem wracam SAM.

Pierwsza dyskusja filozoficzna. Losujemy kto ma z Witkiem jechać do Sanoka. Pada na mnie.

10 września

Do Sanoka nie jedziemy; pogoda okropna. Z Jareckim zbieram zabłocone drzewo. Sami je rżniemy i rąbiemy. Czytam na górze pożyczone 622 upadki Bunga Witkacego. Prelekcja o komunach w USA. Nawet biorę udział w dyskusji.

Śpiewam też stare country.

11 września

Heniek z grupą idzie na wycieczkę; Jurek Szczupaczewski, Marek Parzydło, Jarecki i ja idziemy na Skorodne na wypas. Marek Komandos zerżnięty w sztok. Pijemy, siedzimy, rozmawiamy u Bartka Przekornego - Piotra Brzezińskiego, poety i mitomana.

Urodzony w 1934 roku na Targówku (ul.Mokra). Internowany w 1979(?!) do Sierpnia. Kolega szkolny Wisławy Szymborskiej (na podstawie rozmowy z Bartkiem).

Piwo, grzaniec wina, miodzik, parówki i ser topiony. Słuchamy radiowej transmisji z meczu Belgia-Polska (0:0). Oparzyłem się herbatą, Bartek leczy mnie dotykiem (skutecznie!).

- Co ty tam piszesz? - (gdy przepisuję sobie jego wiersze z gazet).

Odchodzimy, jego postać w drzwiach, pod światło.

Wracamy w nocy na cyku. Adidasy mi się rozlatują, więc wchodzę na Otryt... w samych skarpetkach (po raz pierwszy w historii?).

12 września

Marek Kowalski wyjeżdża. Na dwudniową wycieczkę idą Jurek, Marek Parzydło i Jarecki.

Nosimy wodę gąsienicowo. Wilgoć, mgła i deszcz. Skrajne nudy, dekadentyzm. Nawet nie ma ognia w kominku. Żyjemy od posiłku do posiłku. Dziś nawet nie żal wyjechać.

13 września

Rano wstaję z Kiliasem. Rozmawiamy jeszcze z Heńkiem i wyruszamy do Dwernika. Błoto cholerne, boimy się, że nie zdążymy na pekaes. Jedzie z nami też Witek. O dziesiątej jesteśmy w Ustrzykach. W „Turystycznej" siedzimy nad herbatą. Żegnamy się z Witkiem i jedziemy pekaesem do Przemyśla, gdzie wsiadamy w pociąg i o dwudziestej trzeciej jesteśmy w Warszawie.

Grzegorz Piórkowski

Droga

Droga
przemyślenia o życiu po latach spędzonych
na pustelni w górach - Otryt


Widzisz górski strumień
Płynacy środkiem ścieżki?
To nasze zycie płynące bez ustanku
Nie bój się
To tylko "troche wody" - eliksiru życia

Boisz sie przejść? Chcesz zawrócić?
Dziś wiesz lepiej niż ja
Że nie tak łatwo zejść
Z raz obranej drogi

Kuba Drohomirecki

Upadek

Upadek

Tu nie ma miejsca na skaliste turnie
Może oprócz tych paru kamieni
Wystających z grani Połonin

Tu nie ma miejsca dla szalonych kozic
Przyklejających się do skał pionowych
Utonęłyby w błocie o poranku

Tu niedźwiedzica wyjada resztki z ogniska
I służy za wytłumaczenie podbitego oka
Puszczyki koncertują po północy
A ryk jelenia poprzedza odgłos strzału

Dym z wypału ściele się w dolinie
Tłumacząc las każdego roku bardziej doświetlony
Powietrze nieprzyzwoicie czyste
Odbiera po cichu
Uroki leczenia kaca

Demony Zimy
Nieodmiennie przypominają o sobie
W ciepłych kapciach pokoju
Po każdym powrocie do miasta

Igor Czajka

Bieszczadzka Góra

Bieszczadzka Góra

Niewysoka i mało poszarpana
Delikatnie wybrzuszona
Pokryta cienkim meszkiem buczyny
Lub gęstym zarostem jodły

Miękkie połacie plastycznego ciała
Łagodne z perspektywy
Po wniknięciu potrafią zmęczyć oddech
Pod wprawnymi palcami
Mogą się zamienić w kształt dowolny

Twarda w lecie i na mrozie
Mięknie cicho na wiosnę
Zawłaszczając buty wędrowcy
Oblepiając niewprawnego piechura
Konserwując ślady niedźwiedzi

Na pozór łagodna i skromna
Pochłania chęci pragnienia
Pozostawiając w zadumie
Wędrowca na szczycie...

Igor Czajka

* * *

Po latach stajesz w światłach zniekształcających ci rysy
szakal udający przemysłowca starej daty
Świdrowany wspomnieniem młodych spojrzeń w słońce.
być teraz tutaj i widzieć
że w zaprzęgu ciągnącym mały wózek
podążasz do stajenki gdzie rozkażą ci słowa i czyny
czy już umiesz je przyjąć? -
i spokojnie jeść siano
zawieszony ponad wodami, wtedy i teraz
Dziś rozkazy cichną oblekając rdzę połoniny.
Odfruwam od słowa "dziś" potem
nad postaciami stamtąd, czasem, krokwiami zdarzeń,
dalej - dalej, aż nie ma już pode mną wód.

Joachim Biernacki

* * *

Zeszliśmy z góry
mokra trawa miała zapach dziecinnych zabaw.

I przystanęliśmy na drodze,
która nie była już wspólna.

Ludzie znikli, słowa schowały się w czasie.
Każdy twój oddech jest pociskiem
wystrzeliwanym przeciw armii naszych marzeń
snującej się jeszcze jak aureola.

Trafione
marzenia uciekają do naszych ciał
zamieniając nas w dwa papierowe latawce
szybujące ponad lesistymi szczytami
w ciągłym lęku przed zawiśnięciem na drzewie.

gwar miejsc, gdzie razem byliśmy rozdziela nas jak nieznajomych.

Joachim Biernacki

Pamiątka z Bieszczadów

Zima już odeszła na dobre, jednak ostatkiem sił sprowadziła w połowie kwietnia nawałnicę śnieżną. Obudziłem się około 10:00. Nie musiałem się nigdzie spieszyć, wszystko było przygotowane dla wiosennych turystów, a pogoda uniemożliwiała prace na zewnątrz. Zszedłem na dół akurat w chwili, gdy kolega wracał z zakupów.

- Dziś pogoda jest dla prawdziwych twardzieli - rzucił w korytarzu zdejmując przemoczone buty. Ojojoj... w mojej duszy aż zagrało. Przecież byłem twardzielem, nie wiedziałem tylko, że nie muszę nikomu tego udowadniać. Wypiłem gorącą herbatę, ubrałem się trochę cieplej niż zwykle i ruszyłem przed siebie smagany śniegiem i wiatrem. Godzinna trasa nie wydawała się inna niż zwykle. Minąłem dwa z trzech garbów na grzbiecie z przekonaniem, że Andrzej lekko przesadzał w opowieści. I w tym momencie się zaczęło. Trzeci, w sumie najłatwiejszy odcinek grzbietu zamiast 10 minut zajął mi pół godziny. Brodząc w zaspach, krok po kroku zmierzałem do zejścia, nie wierząc, że jeszcze kilkanaście minut temu szedł ktoś tędy w stronę chaty. Zejście odbyło się szybciej niż się spodziewałem. Sypki, nawiany w potwornych ilościach śnieg niósł mnie na dół na plecach nie pytając czy chce minąć wystające gałęzie lub większe piaskowce. Łąka powitała mnie śnieżną pustynią ciągnącą się w białą nicość. Po raz pierwszy w życiu nie widziałem na wyciągnięcie ręki swojej dłoni. Próbując skrócić drogę jeszcze bardziej ją wydłużyłem. Tak czy siak po dwóch godzinach dotarłem do Lutowisk. Szybkie zakupy, wypite w pośpiechu dwa piwa w gospodzie nie ogrzały wyziębionego ciała nawet o pół stopnia. Jedyny efekt był taki ze lodowa skorupa w butach roztopiła się tworząc 2 wielkie kałużę pod stołem. Chwile później byłem już w drodze powrotnej. Wiatr jakby zelżał, a zadymka ustąpiła miejsca zwykłym jak mi się wydawało opadom. Droga niosła mnie na grzbiet szybciej niż wydawałoby się to możliwe. Na grzbiecie czekał na mnie zimny, północny wiatr. Z każdą chwilą nogi stawały się coraz cięższe, a pokrywa lodowa na butach grubsza. Na ostatnim siodle straciłem przytomność. Stałem przed stromym podejściem próbując zmusić się do tego ostatniego wysiłku. Do chaty miałem już tylko kilka minut, a jednak nie potrafiłem ruszyć się z miejsca. Sekundy dłużyły się jak bezsenne godziny w nocy. Wiedziałem, że jeśli czegoś nie zrobię zostanę w tym miejscu i wychłodzę organizm do końca. Walcząc już nie z zimnem i wiatrem zatykającym płuca doszedłem stopka po stopce do ciepłego, pełnego ludzi domu. Aby nie robić zamieszania zrzuciłem plecak i wdrapałem się po schodach na drugie piętro, do ciepłego, pełnego koców pokoju. Zrzuciłem zamarzniętą odzież owinąłem nogi kocami i prosząc je żeby nie odpadły zagryzłem zęby w kocu i usnąłem wyczerpany. Kilka dni później okazało się, że sztuka po sztuce schodzą mi paznokcie.

Mimo, że minęło od tamtego czasu kilka lat paznokcie schodzą nadal, co roku - tak jak opadają liście jesienią. I właśnie teraz nadszedł ich czas.

Kuba Drohomirecki 2003

Satyra na Człowieka

Satyra na Człowieka

Lubię przyglądać się przechodniom,
Zimową porą na ulicy.
Wtedy dopiero wiem i czuję,
Że człek wśród zwierząt nam króluje.

Skórzane płaszcze, tudzież buty
Kołnieże z lisów, z norek futra,
Kurteczka z misia lub na misiu...
Ktoś irchą okulary czyści

Ja więc do niego zagaduję:
Zezwierzęcenie w nas panuje!

On na mnie bykiem tylko spojrzał,
Niedźwiedzią ręką mnie poklepał
Uśmiechem lisim mnie obdarzył,
I wilcze zęby na mnie szczerzył.

Potem jak sowa zmarszczył czoło i rzekł:
To co? Mam zimą chodzić goło?

Kuba Drohomirecki

Czas miniony

Czas miniony
czyli rymowana reklama Vincenza

Na wysokiej połoninie
Stasio patrzył na Hucułów
A nie poznasz w jego minie
Wszechpamięci jego cudu

Gdy trembity majstrowanie
Obserwował łypiąc okiem
Albo owiec wełnobranie
Lub zachwyty nad widokiem

Odkładały się w pamięci
Zaginione górskie światy
Opryszkowie i majętni
Z drewna dwory oraz chaty

Żmije, diabły, Baby Jagi
Święty Ilia, gromy, chmury
Przez otchłanie górskiej sagi
Płyną wolno, bez brawury

A świat taki juz zaginął
Powalony maszynami
Ale duchy nie przeminą
Duchy bądą razem z nami

W czasie strusi pędziwiatrów
Dobrze czasem się zatrzymać
Pogaworzyć z gazdą Stachem
I rewasze powspominać

Igor Czajka

BO nr 36 - pełna wersja pdf

Drukuj     Pobierz

Podczas drukowania Biuletynu ustaw opcję drukowania dwustronnego z połączeniem na krótkim boku (jesli Twoja drukarka obsługuje tryb duplex).

Do odczytu warto wykorzystać bezpłatny program: Foxit Reader.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011