Antoni Ciombor

Tworczość - Antoni Ciombor

Antoni Ciombor

Antek CiomborZatrzymajcie się przez chwilę nad wierszami Antka Ciombora. Wszyscy dobrze go znamy, przegadaliśmy z nim niejedną noc i wypiliśmy niejedną wódkę, wiemy, że jest poetą, ale któż z nas czytał kiedykolwiek jego wiersze? Chcielibyśmy przybliżyć jego piękną i jakże melancholijną twórczość.

Możemy także poczytać scenariusze sztuk teatralnych:

M.F.

Pożegnanie

To jedno mogę Ci dać
- ten skromny wiersz
I dam Ci go ot tak - bez słów
Bo po to przecież jest
Nie płaczę, bo to przecież nie potrzebne
Głośno wyrazić ból swoich uczuć
Lecz milcząc patrzę w okno ze smutkiem
Za odchodzącą w pustkę nocy przeszłością
Zdziwisz się może czemu wiersz ten piszę
O naszym wspólnym zimnym rozstaniu
Lecz milczysz, i ja znam tę ciszę
Żegnając naszą krótką przyjaźń
Odchodzę na zawsze już dzisiaj.


* * *

Tylko wiatr
nas złączył
Tylko los
nas rozłączył
Te marzenia
Te uśmiechy
Te spojrzenia
Takie proste
Zwykłe
Codzienne
Szkolny trud
I Ty
Gwiazdko rozpalona
Świecisz
Swym blaskiem
Razisz wszystko
Nasze szczęśliwe
Szczęśliwe życie
Dziś tylko wiatr
Jest moim przyjacielem
A Ty
A Ty tylko
Jesteś szarym
Zwykłym, codziennym
Wspomnieniem

 


* * *

Smutno mi
Smutno mi życie
Smutno mi patrzeć
Na ten nędzny szary świat
Ciężko mi
Ciężko mi patrzeć
Ciężko mi oddychać
Ciężko mi myśleć
Chciałbym
Chciałbym żyć
Chciałbym patrzeć
Chciałbym się śmiać
Chciałbym oczami patrzeć
Na ten nędzny świat
Choć tu
Choć tu niech Cię uścisnę
Niech wiem, że jesteś
Niech wiem, że patrzysz
Swoimi jasnymi oczyma
Jolciu moja
Oczy moje
Usta moje
Włosy moje


Bieszczady

Bieszczady ciche, spokojne
Czy one nie żyją
One już umarły
W naszych sercach
Bieszczady moje
Umrę bez Was
Zamarznę na sople
Skostnieję na kość
Bieszczady, ja żyję tylko dla Was
Moje ręce są krzepkie
I długie jak wiosła
A serce oddane Tobie
Rośnie tutaj wszystko
Drzewa wysokie do chmur
I San czysty jak łza
I ja zawsze młody
O ziemio moja górzysta
Jesteś jak świeca
Żywisz mnie i patrzysz
Oczyma szerokimi na mnie

 


* * *

Nie płaczę po nocach
nie szlocham
nie myślę.
Obłąkanie odeszło daleko
myśl porozrywał czas
ten kochany czas
który goi nasze rany.
Tak pięknie było między nami
radość rozpalała nasze młode dusze
oczy szeroko otwarte na oścież
czoło wzniesione wysoko ku górze.
Codziennie frunęliśmy jak ptaki
a rączki młode się splatały
włosy na wietrze rozwiewały
i kwiaty na łące rosły.
Czy to ty?
Serce moje rozpalasz
oczy zapadnięte, rozpalasz
usta sine, rozgrzewasz
stare listy z kurzu ocierasz
i znowu, i znowu wstajesz
I szał i rozpacz i sen
i sen kamienny i ty
i ty w sercu zagubiona


Zmęczenie

Zmęczyłem się
moje życie już dawno
skończyło się
w smutku
w żalu
w rozpaczy
już odchodzę
a tak mocno kochałem
Ciebie
w sercu nosiłem
nie, nie wyrzuciłem
zostało
było
będzie
przy Tobie
moje zdjęcie
Fajnie, że jesteś
Fajnie, że lubisz
Fajnie, że kochasz
wspomnienia
uczucia
romanse
noce razem spędzone
i kwiaty na łące

 


Cisza

Cisza
grobowa cisza
słyszę płacz dziecka
nie, to Twoje wołanie.
Przychodzisz jak sen
jesteś jak cień
stracona, zgubiona, zostawiona
szukasz kogoś
kogo kochasz
kogo zostawiłaś
odjechałaś, zgubiłaś.
Smutno mi
bez Ciebie żyć
jak bez ptaków
powietrza, rzeki i ognia
smutno mi bez Ciebie
Tyś odeszła
a ja tak bardzo
tak bardzo Cię kochałem
Twój kolor oczu
uśmiech prosty, żart zwykły
Tyś odeszła
a ja zostałem.
Tyle rzeczy Ci nie dałem
nie dałem Ci żalu
nie dałem Ci słów
i moich stęsknionych ust
Tyś odeszła
a ja zostałem
ale uwierz mi
że Cię kochałem


      * * *

Odejść jak lekki
powiew wiatru
Odlecieć jak ptak
do ciepłych krajów
Niech wiem, że Cię nie ma
i nigdy Cię nie będzie
Będą wspomnienia
z głębin serca wydarte
Ta rana na sercu wyryta
ten ślad, ta plama jedyna
Tylko tyle po nas zostało
i te noce nie przespane
Minęły lata
zapomnisz o mnie
zobaczysz innych
innych ode mnie

 


* * *

Przyjechałem
bo Cię kochałem
całą
żywą
zdrową
Przyjechałem
bo tęskniłem
bo wierzyłem
bo cierpiałem
Przyjechałem
bo tylko tego
od Ciebie chciałem:
"mój kochany
mój malutki
mój ty jeden
taki słodziutki"

Antoni Ciombor



POWRÓT

Antoni Ciombor - Ojciec

Antoni Ciombor

Scenariusz do sztuki teatralnej pod tytułem:

OJCIEC





Osoby:

Ojciec
Żona
Córka
Zięć
Syn
Ksiądz
Obserwator






Wprowadzenie

Akcja rozgrywa się w połowie lat osiemdziesiątych w Bieszczadach w średnio zamożnej rodzinie. Zarobki rodziny są przeciętne, córka chodzi do szkoły, żona pracuje, ale nie wiadomo gdzie. Ojciec całe życie w delegacji, w domu jest tylko gościem. Przyjechał nie wiadomo skąd i pyta o wszystko, i wszystkie sprawy. Co się stało? Co w domu i okolicy się wydarzyło?

Pomieszczenie, w którym odbywa się to spotkanie powinno wyglądać następująco:
Na samym środku stoi stół, zwykły, który jest nakryty obrusem koloru brązowego. Na środku stołu powinien stać bukiet polnych kwiatów we flakonie. Obok stołu stoi cztery albo sześć krzeseł. W rogu pokoju łóżko, kosz na śmieci, miotła, łopatka na śmieci i inne rzeczy. Na ścianie wiszą obrazki z kwiatami. Tło ma być szare, podłoga w grę nie wchodzi. Osoby, które występują powinny być ubrane jak w połowie lat osiemdziesiątych.






Do pustego pokoju wchodzi Żona.


ŻONA
Romantycznie to tu jest, widoki też piękne na przyszłość. Chłodno tu, kuchnia zimna, diabli wiedzą, kiedy ostatni raz było palone. Za dobrze tu nie jest w naszym domu, ale za to wesoło. Jak się zjadą domownicy, szum jak w ulu i zacznie się prawdziwy balet, prawdziwy taniec słów. Poczekam, może dojdzie do siebie, bo dochodzi już od tygodnia i dojść nie może. Poczekam, może się to uda dzisiaj. Słyszę grzmoty, to burza, ale myślę, że ktoś nadchodzi.

Wchodzi Córka

Ach, to ty córeczko. Spodziewałam się wojny chińsko-radzieckiej, ale nie ciebie. Wiesz, tak naprawdę lubię cię, jak pies dziada w ciasnej ulicy, ale jesteś moją córką, a wszystkich lubię jednakowo. Coś kapryśnie dzisiaj wyglądasz. Jakbyś lewą nogą z łóżka wstała, tak jakbyś była niedopieszczona, troszeczkę zmarnowana i niewyspana. Jak ci się wiedzie?


CÓRKA
Dobrze.


ŻONA
Gdzie tańczyłaś tej nocy?


CÓRKA
Tak skromnie mamusiu, w "Laworcie".
Wiesz mamo, samotnie nikt nie chce żyć i nawet spać, ale tak naprawdę, to boję się sama spać, coś złego mi się śni. Jakieś zmory mi się po głowie kołatają, nawet mi do serca, duszy zaglądają.

Po namyśle

Powiedz mi mamo, kiedy przyjeżdża tato?


ŻONA
Powinien przyjechać dzisiaj lub jutro, ale tak naprawdę nie tęsknię za nim. Zobacz córko, posprzątałam, wyniosłam dwa worki pustych butelek, od razu ile miejsca się zrobiło. Niewiele mamy tego szkła, ale trzeba będzie to sprzedać i kupimy sobie auto średniej klasy. Tak malutko wypiłam w życiu tej wody ognistej, a gdybym ją wylała powstałoby niewielkie jeziorko i choć wytrawny ze mnie pływak, nigdy nie dobrnęłabym do drugiego brzegu.


CÓRKA
Ja uwielbiam kąpiel w winie, spanko, jedzonko, kochanko i długie spacery, i dobry romans.

Po chwili

Wiesz mamo, zauważyłam, że dobrze się prowadzę i dobrze kogoś prowadzę, ale ci powiem w sekrecie, że czasem w maliny wprowadzę. Przez manowce też przejść trzeba.
Kiedy przechadzam się ulicą, to zacni mężczyźni zwracają na mnie uwagę i uśmiechają się do mnie, i serdecznie pozdrawiają. Widać, że mam w okolicy dobrą renomę.


ŻONA
Powiedz mi córeczko, jak się przedstawia sytuacja na froncie z Twoim narzeczonym? Co dobrego u niego słychać? Jak on tańczy w dniu dzisiejszym? Czy nas odwiedzi, bo zapomniałam jak wygląda?


CÓRKA
Jak przyjdzie dziś wieczorem, porozmawiamy o wszystkim, zobaczysz jak wygląda, co u niego ciekawego, zobaczysz jakie ma hrabiowskie maniery, jak dobrze wychowany. Szanująca rodzina i nazwisko, mówi samo za siebie. Poczekaj aż połknie haczyk, a potem zacinaj. Będę go miała. Lubię ciągnąć grubą rybę, a to nie jest mała płotka.


ŻONA
Chciałabym go zobaczyć, jaki to królewicz, czym on podjedzie? Może rozklekotaną syrenką! Lecz nie chciałabym, żeby przyszedł w białym golfie z długimi rękawami, a za nim wpadnie dwóch z noszami. On będzie uciekał po naszym domu i cóż, nieprzyjemna scenka. Ale sobie pomyślą o nas. A nasza rodzina jest bardzo szanująca i poważna. W społeczeństwie wszyscy o nas mówią. Słyszysz? Jakieś kroki. Pewnie przyjechał ten twój obibok, może się ruszysz go przywitać!


CÓRKA
Tak. Nie wypada tobie. Już idę.

Do środka wchodzi mężczyzna. Córka wita go przy kotarze. Żona wychodzi.


CÓRKA
Cześć ty stary wariacie, fajnie że przyszedłeś, bo bez Ciebie jest tutaj tak smutno, głucho i ponuro, nie ma się nawet z kim pokłócić. Proszę, wejdź do środka. Aleś zmókł.


ZIĘĆ
Dobrze, że pada. Jakby nie ten deszcz, to bym cały rok chodził brudny.


CÓRKA
Od razu jaśniej się tu zrobiło. Ach, jaki piękny bukiet mi przytargałeś. Gdzie kochany narwałeś takich ładnych kwiatków?


ZIĘĆ
Na rowie, moja kochana.


CÓRKA
Przyznaj się bez bicia i tortur, gdzie zrywałeś te kwiatki? Pewnie u sąsiadki podczas jej nieobecności.


ZIĘĆ
Tylko tego jednego, a pozostałe to naprawdę w rowie.


CÓRKA
No kochany, widzę u ciebie poprawę, przedtem to zawsze przynosiłeś kradzione. Nieprzyjemnie były te chryzantemy z cmentarza. Ale te są piękne.

Bierze kwiaty

Będę odgadywać gatunki kwiatów. To na pewno jest pokrzywa, a to oset szlachetny, ten żółciutki to jest jaskier, a tego to w ogóle nie znam. W moim ogródku taki nie występuje, a ten malutki cóż to za kwiatek, tak powoli się prostuje, nie, nie folguje?


ZIĘĆ
Bratek kochana, taki żółciutki. Palce mam długie, poza rów zawędrowały i z cudzego ogródka go wyrwały. Przyznaj, że jest taki ładny, ten fiołek, wplata się w całą kompozycję tego bukieciku.


CÓRKA
Myślałam, że mi przyniesiesz drobny prezencik.


ZIĘĆ
Przyznam się, że musiałbym wziąć ze sobą żyranta na zakupy twojego prezentu.

Wywraca kieszenie do góry nogami i wytrzepuje.

Ale kiedy jechałem autobusem, to podżyrowano mi bilet.


CÓRKA
To ile mam stracić z tobą?


ZIĘĆ
Ty masz zyskać, a ja stracić. Tak skromnie z pięć tysięcy kilokalorii. Ale nie martw się, odrobię. Tato zabije świnie i na pewno się poprawię. Moja twarz będzie taka gładka i delikatna, że będzie przypominać pupcię niemowlęcia.

Zbliżają się do siebie. Pocałunek, on kładzie rękę na jej nodze.
Kurtyna opada, narzeczeni stoją przed nią przytuleni, światło pada tylko na nich.
Na scenę wchodzi Obserwator, chodzi po scenie, zamyślony.



OBSERWATOR
Tak sobie pomyślałem, że odłoży mi rękę i powie: Nie tędy droga chłopcze. Albo: Weź te łapy chuliganie. Mogła też powiedzieć: Zrobisz mi dziecko i uciekniesz. Lub może: Dziś nie mogę, jest u mnie ciocia. Ale dama ani drgnęła, tylko moja dłoń lekko się w górę przesunęła i złapałem za ten falisty, śliczny puszek, co pokrywa w dole brzuszek. Tylko dama lekko drżała, a ja wiedziałam, że coś ode mnie ona chciała, bo tak czule i serdecznie się przytulała. Ja jej futro wciąż trzepałam, aż się sierść sypała, a ona się do mnie przytulała i o tapczan opierała.



Aktorzy schodzą ze sceny. Kurtyna się podnosi ukazując wnętrze mieszkania.
Za stołem siedzi Żona, przed nią butelka po wódce i pusta szklanka. Przyjeżdża Ojciec.


OJCIEC
Witaj żoneczko, rozpustnico! Zapomniałem już jaki jest zapach kobiety. Zmarniałaś mi troszeczkę, kiepsko wyglądasz, na pewno za dobrze w domu nie jest.


ŻONA
Ale uwierz mi, jest tutaj naprawdę wesoło.


OJCIEC
Czy dbałaś o wszystko, o cały dom? Pilnowałaś naszej córki, żeby nie grzeszyła?


ŻONA
Tak, pilnowałam i to bardzo dokładnie.


OJCIEC
Czy wszystko w porządku w domu?


ŻONA
Tak.


OJCIEC
Widzę, że popijasz wodę ognistą.


ŻONA
Zgubiłam korek od butelki i nie miałam czym zatkać. Mogła by się butelka przewrócić, albo wyparować, musiałam ją wypić do końca.


OJCIEC
Gdzie nasza córeczka?


ŻONA
Poszła się zrelaksować.


OJCIEC
Uprawia jakąś dyscyplinę sportu? Wspominała kiedyś. Podnoszenie na drążku sztywnym. Ja też uprawiam zapasy, na przeciwniku stosuję zawsze chwyt dziewięćdziesiąt dziewięć. A ty uprawiasz jakiś sport?


ŻONA
Tak. Przedtem były "Giewonty", a teraz "Klubowe".


OJCIEC
Do jakiego klubu należysz? Nie będę dociekał. Zgotowałaś coś dobrego?


ŻONA
Tak, to co zawsze.


OJCIEC
Herbata i jajka na twardo, znudziły mi się.


ŻONA
A przecież tak dawno tego nie jadłeś. Jutro ugotuję coś nowego. Herbatę i jajka na miękko.


OJCIEC
Zauważyłem u ciebie wielkie postępy w dziedzinie kuchni, widzę, nie marnujesz czasu. Kiedyś do południa spałaś, a po południu odpoczywałaś, bo się zmęczyłaś spaniem do południa.

Dzwoni telefon. Żona podnosi słuchawkę. Ojciec wychodzi.


ŻONA
Halo, kto mówi?


SYN
Syn mówi, mamo.


ŻONA
Ile ci trzeba synku pieniążków?


SYN
Tym razem mi nie trzeba, utrzymuję się z renty.


ŻONA
Zarobiłeś synku na tańcach?


SYN
Tym razem na baletach.


ŻONA
Masz jakąś sprawę?


SYN
Chciałem się dowiedzieć, co tam w domu ciekawego się wydarzyło.


ŻONA
Wiesz synku, mamy psa.


SYN
Wielki?


ŻONA
Wiesz, synku, nie znam się na rasach, ale to potężne zwierzę.


SYN
A jakiego byś chciała mieć psa mamo?


ŻONA
Wiesz, chciałabym mieć Bulboga.


SYN
To ja go mamo przerobię.


ŻONA
Dasz radę synku?


SYN
Co to jest dla mnie.


ŻONA
Jak to zrobisz?


SYN
Wezmę dwa młotki, jeden przyłożę do potylicy, a drugim przyłożę w nos i żuchwa się cofnie do tyłu, a skóra się zmarszczy.


ŻONA
A wytrzyma?


SYN
Zrobię znieczulenie.


ŻONA
Stylem do siekiery w głowę?


SYN
A ogon obetnę.


ŻONA
Ten ma długą sierść.


SYN
Zrobię postrzyżyny.


ŻONA
Wiesz, nie będzie on ładny, może dałbyś radę przerobić go na takiego cienkiego, długiego i podobnego do kija? To właśnie Jajnik się nazywa?


SYN
Czemu bym miał nie dać rady?


ŻONA
Dasz radę?


SYN
Oczywiście, naciągnę go.


ŻONA
Mocno go naciągniesz?


SYN
Tak, żeby był taki długi, by cała rodzina mogła go naraz głaskać.


ŻONA
Będzie on narowiec synku?


SYN
Tak, po piwnicach będzie buszował.


ŻONA
Ale my nie mamy piwnicy!


SYN
Nie szkodzi, zbudujemy.


ŻONA
Nie opłaca się.


SYN
To co zrobimy z psem?


ŻONA
Chciałabym, żebyś go przerobił na takiego jak ma sąsiadka, ona ma Swetera, ale ten ma krótkie włosy.


SYN
Posadzimy.


ŻONA
Ten uszy ma stojące i krótkie, a tamten u sąsiadki długie i wiszące.


SYN
Uszy naciągnę i złamię.


ŻONA
Nie będzie go bolało?


SYN
Tam jest chrząstka.


ŻONA
A ogon?


SYN
Obetnę na trzy palce.


ŻONA
A jak się nie uda ta operacja?


SYN
To zamienimy u sąsiadki, po cichu.


ŻONA
Wiedziałam, że wyrośnie z ciebie chodzący talent.


SYN
Mnie też mawiała nauczycielka z matematyki, że jestem talent.


ŻONA
Nie chcę mieć takiego samego psa jak nasza sąsiadka.


SYN
A jakiego chciałabyś mieć?


ŻONA
Może być groźny, np. Łyżeł.


SYN
Zrobimy z niego Łyżwa.


ŻONA
Potrafisz?


SYN
Czemu nie, ogon obetnę, uszy złamię, a nogi zostawię.


ŻONA
A z brzuchem co zrobisz, musi mieć taki podkasany.


SYN
Nie damy mu jeść, a żołądek przyrośnie mu do kręgosłupa i później będzie żył bez jedzenia.


ŻONA
Nie będzie chciał jeść tej kiełbasy ślimakowej.


SYN
Serka Salami też nie będzie chciał.


ŻONA
Chciałabym mieć takiego małego Dupelka.


SYN
To ja go skrócę, będzie pokojowiec.


ŻONA
Nie chcę pokojowca, bo będzie świnił za szafą.


SYN
To jakiego chcesz?


ŻONA
Niech zostanie taki jaki jest.


SYN
A jaka to rasa mamo?


ŻONA
Nie wiem, może ty wiesz? Zawsze lepiej znałeś się na psach.


SYN
Posłuchaj uważnie, czy prawe ucho ma wiszące?


ŻONA
Tak.


SYN
Czy lewe ucho ma stojące?


ŻONA
Tak.


SYN
Czy ogon ma podkasany do góry?


ŻONA
Tak.


SYN
Czy sierść ma długą i wiszącą?


ŻONA
Tak.


SYN
Czy zębów ma cały pysk?


ŻONA
Tak.


SYN
Czy jest szczepiony na wściekliznę?


ŻONA
Tak, może gryźć śmiało.


SYN
Powiedz mi czy jest wielki?


ŻONA
Jak cielę, ale dalej nie wiem, co to za rasa.


SYN
Ten pies jest wielorasowy, ma dwadzieścia ras w sobie i jest to na pewno pikuś szorstkowłosy.
Ale teraz powiedz mi, co tam wydarzyło się u znajomych i sąsiadów.


ŻONA
Wiesz, Kaśka wyszła, a Zośka zaszła, były dwa pogrzeby, trzy urodziny i jeden gwałt. Ale z tym gwałtem to do dzisiaj nie wiadomo, kto kogo gwałcił. Ona twierdzi, że się jemu opierała o szafę, on ją napastował na sucho, ona wzywała pomocy, a on leżał na podłodze i przyjechała karetka na światełku, w samo południe, i zabrali jego, ją zostawili. Ona z tej rozpaczy we wściekłość wpadła, wszystkich mężczyzn rompać chciała. Przyszło dwóch panów w białych kitlach, w biały golfik z długimi rękawami ją ubrali, wzięli ją pod boki i jak kochankę do samochodu włożyli, i na światełku w drogę ruszyli. Wszyscy mężczyźni za nią spoglądali i szeptem sobie o niej opowiadali. Ja też z boku stałam i się tej sprawie przyglądałam.


SYN
Wiesz mamo, kończmy tę rozmowę, bo mój portfel jest długi jak miesiąc, a chudy jak wypłata.


ŻONA
Aż tak źle z Tobą?


SYN
Przydarzyło mi się.


ŻONA
A więc baw się dobrze synku, życzę ci szerokiej drogi i głębokich rowów. Do widzenia.


SYN
Do widzenia.

Odkłada słuchawkę i siada przy stole. Wchodzi Ojciec.


OJCIEC
Co poza tym w domu się wydarzyło?


ŻONA
Przyszedł list od naszego synalka. Przeczytaj, co on ciekawego pisze.


OJCIEC

Czyta

Kochani rodzice. Pieniążków nie przysyłajcie, będę się utrzymywał z tego, co mi dadzą. Te skarpety co stoją za kanapą, to je wyprać. Meszty obłocone, które stoją w okolicach sieni, proszę je wyczyścić. Garnitur w jasny prążek, to proszę dać dużo formaliny, bo wrócę za pięć niedziel palmowych. Mam tutaj dużo kolegów, którzy też odpoczywają. Jeden zabłądził w banku, a inni przewieźli się nie swoim wozem. Jeden jest taki numerant, który wywijał innym numery, a na koniec to jemu numer wywinęli. Jest ze mną na wczasach i odpoczywa po tych numerach. Jest taki jeden gość, który sprzedał wszystkie naczynia kuchenne żony, bo stwierdził, że są niepotrzebne, żona ich nie używa, a kuchnia jest cały czas zimna.
Fajnie jest tutaj, mamy taki ładny garniturek w paski, nawet podpisany "ZK", żeby ktoś nie zamienił. Chodzę też na spacery, na trzydzieści minut i zażywam kąpieli pod prysznicem. Jak dobrze będę się sprawował, to przyjadę do domu na przepustkę. Kończę ten krótki list i pozdrawiam wszystkich.

Odkłada list.

Fajnie, że napisał, a ty mu odpisałaś?


ŻONA
Jeszcze nie.


OJCIEC
To bierz coś do pisania, papier i pisz. Ja będę dyktował:
Kochany synku. Kiedy będziesz wracał z wczasów, to chciałbym żebyś zrobił zakupy. Kup jeden chleb, pół kilo smalcu i kilogram cebuli.


ŻONA
Ale on przyjedzie za pięć niedziel palmowych.


OJCIEC
Może przyjedzie na przepustkę za dobre sprawowanie, wypoczęty, zdrów jak ryba. Powinien coś nowego wprowadzić w naszym domu, jakieś zmianki. Ale dużo wody jeszcze w rzece upłynie. Zobaczymy jak będzie wyglądał. Teraz powiedz mi, gdzie jest nasza córka?


ŻONA
Nie wiem. Pójdę ją zawołać.


OJCIEC
Idź, chciałbym z nią porozmawiać. Idź ją przyprowadź.

Żona wychodzi po córkę i za chwilę wchodzą obie. Ojciec stoi i czeka. Córka ma smutny wyraz twarzy, jakby coś przeskrobała.


OJCIEC
Witaj córko marnotrawna! Fajnie, że cię widzę. Idąc do domu wszystkiego się o tobie dowiedziałem, choć wcale tego nie chciałem. Teraz najdrobniejsze kłamstwo obróci się przeciwko tobie. Przyznaj się dobrowolnie, bo może być gorzej.


CÓRKA
Ależ tatusiu, ja byłam grzeczna i święta jak aniołek.


OJCIEC
Znam ja ciebie aniołku, tylko ci rogów brakuje.


CÓRKA
Trafiłeś na plotkarzy, a oni z igły robią widły. Ja jak widzisz taka nie jestem. Zawsze jestem taka zadbana i poważna.


OJCIEC
Jest coś w tych plotkach, ja też miałem kiedyś taką przygodę w Bandrowie. Puściłem bąka, a w firmie w Ustrzykach powiedzieli, że w portki narobiłem. Ale jest tu coś prawdy.


ŻONA
Chciałam wyjść do toalety.


OJCIEC
Nie mam nic przeciwko temu. Bierz dwa kołki, jeden wbijesz w ziemię i będziesz się go trzymać, żeby cię wiatr nie porwał.


ŻONA
A po co mi ten drugi?


OJCIEC
Będziesz się broniła, żeby cię wilki nie zjadły.

Żona wychodzi do toalety, ale zatrzymuje się przed kotarą.


OJCIEC
Poczekaj! Masz bilet do twojego pałacu.

Daje jej kawałek papieru toaletowego. Żona wychodzi.


OJCIEC
No, a teraz możemy porozmawiać. Podczas mojej nieobecności w domu były tańce, hulanka, swawola. Małoście daczy mojej nie rozwalili. Siadałaś w końcu stołu, podparłaś się jak basza, wzięłaś flaszkę w dwie garście, jednym cmokiem z gwinta wyciągnęłaś pół basa. Hi, hi, ha, ha. I do kelnera wołasz: wódki dawaj mój malutki. A kiedy się tak porządnie upiłaś, to na stole kankana zatańczyłaś.


CÓRKA
Ależ tatusiu! To nie jest prawda.


OJCIEC
Do szkoły też nie chodzisz, tylko na wagary. Uczennicą dobrą nie jesteś. Jak mi się dobrze przypomina, gdzieś na trzeciej czy czwartej pozycji w szkole.


CÓRKA
Tak, tak tatusiu, na trzeciej.


OJCIEC
Ale od końca! Co robiłaś z narzeczonym też wiem i za to wszystko poniesiesz wielką karę. A kara musi być bolesna, długa, uciążliwa, męcząca i cierpiąca.

Córka zaczyna płakać, a łzy wyciera w rękaw. Ojciec przystawia swoją chusteczkę do jej nosa, a ona bardzo mocno dmucha.


OJCIEC
Teraz to ja ci porządnie dupę skroję.>

Wstaje z krzesła, ściąga pasek od spodni, składa na dwoje. Córka siedzi po przeciwnej stronie. Ojciec obchodzi dookoła stolik, a Córka wstaje z krzesła i ucieka przed Ojcem dookoła stolika.


OJCIEC

Krzyczy

A teraz nie próbuj daleko uciekać, bo jak ja cię dorwę, to tak ci wleję, że ci dupa pęknie w najgrubszym miejscu na połowę.


CÓRKA
Ależ tatusiu, ja już tak nie będę robiła.

Ojciec łapie Córkę za kołnierzyk i prowadzi do krzesła. Córka nie chce iść.


CÓRKA
Będzie fest bolało!


OJCIEC
Kara musi być bolesna. Na krzesło!

Córka przechyla się na krześle, a Ojciec podciąga jej krótką sukienkę i przykłada pasek.


CÓRKA
Boli!


OJCIEC
Musi boleć. Po to cię bije, żeby bolało. Zrobię ci porządne pranie majtek na dupie. Musisz czuć żelazną rękę. Rozum przepędzę z dołu do góry. Tylko żeby nie poszedł w góry. Nie odpal teraz czasem z jednorury i woń rozniosła się aż pod chmury.


CÓRKA
Przestań! Nie bij tatusiu kochany, obiecuję ci poprawę na milion procent. Będę Cię teraz i zawsze przez milion lat słuchała, i zawsze jak prawdziwego ojca kochała.

Prostuje się znad wychylonego krzesła, patrzy z pokorą i wyciera nos w rękaw.


OJCIEC
Gdyby się mama pytała, to powiedz, że zbiłem cię na kwaśne jabłko, aż ci tyłek zrobił się grubszy i biedna jak bóbr płakałaś, krokodyle łzy wylewałaś i przysięgałaś, że takich brzydkich rzeczy nie będziesz przerabiała. Ale to nie wszystko. Najpierw to przed oblicze wsi postawić cię każę, skórę ci już odpowiednio wygarbowałem, a następnie do karety okutej i zakratowanej włożyć każę, wywieźć i do wielkiej wieży zamknąć każę. A u bram dwóch strażników stać będzie. I nie będzie Jasia na szkapie, który się po szklanej górze do ciebie dostanie, albo gołąbka, który ci serdeczny liścik od narzeczonego przyniesie. Posiedzisz w tej wieży, aż spoważniejesz, bo o rozum to już za późno, a następnie osobiście przewiozę cię do klasztoru. Pomożesz starcom, ułomnym, pozbawionym nogi, ręki, głowy albo innych części ciała. Dasz przykład wzorowej dziewczyny. Z burdelu do klasztoru się przeniesiesz i wszyscy we wsi chwalić cię będą, a nie jak teraz mówią źle o tobie. Starsze babcie będą cię chwaliły, może nawet i prezenty przynosiły. A chodzić będziesz w takiej sukni, a nie w takiej.

Ręką pokazuje długość na jej nodze.

A teraz idź odrabiaj lekcje i chcę u ciebie widzieć poprawę. Zawołaj mamę, jeżeli jej jeszcze wiatr nie porwał, a wilki nie zjadły.

Wchodzi Żona, Córka znika za sceną.

No co, nie była ci potrzebna siekiera do obcinania?


ŻONA
Tym razem nie, było mało, no i nie ma po czym. Tak chudo się je, a tak tłusto się robi. Przechodziłam straszne męki, bo aż stękałam.


OJCIEC
A powiedz mi, czym tyłek wycierałaś?


ŻONA
Gazetą.


OJCIEC
Ty wiesz, że w gazetach piszą o nas, o kraju, o partii, o polityce i są podobizny np. Lecha albo Wojciecha, a ty ich twarzą obcierasz swoją twarz, to jest prawdziwa zniewaga.
Powiedz, czym wycierałaś?


ŻONA
Palcem.


OJCIEC
Ty wiesz, że witając się ze mną, dajesz mi rękę. Właśnie tym palcem dotykasz mojego palca. Znieważyłaś swój palec i całą rękę.


ŻONA
To co miałam zrobić?


OJCIEC
Poczekać, aż ci tyłek wyschnie, a jeżeli już koniecznie chcesz wycierać, to na jednej rolce nawijasz czysty papier, na drugiej brudny, a potem wypierze ci proszek "ZOMO" wszystkie brudy świata. Wysuszysz i po problemie. A teraz zejdźmy z wszystkich kibli świata i powiedz, co zrobiłaś podczas mojej nieobecności.


ŻONA
Posprzątałam w kuchni, wyniosłam opakowania szklane, puste i niepotrzebne, i pilnowałam jak oka w głowie naszej córuni.


OJCIEC
A ogródki obrobione?


ŻONA
Tak.


OJCIEC
Idę sprawdzić.

Wychodzi i za chwilę wraca.

To ogród? Przypomina mi dżunglę brazylijską. Tam roślinność jest bujna i wyższa od płotu, a przedrzeć się przez ogród to wielki problem, bo na ścieżce rozrósł się i zdziczał wielki agrest. Musiałbym wziąć tasak i wyciąć sobie drogę.


ŻONA
Nie krzycz tak na mnie, bo w końcu to ja pójdę na ulicę zarobić na swoim ogródku.

Kładzie ręce na udach i podciąga je w górę.


OJCIEC
To idź, pies by cię nie chciał z kulawą nogą. Ten twój ogródek zarośnięty jest jak broda Miczurina, tylko bruzda przeorana i nie wiadomo kiedy była ostatni raz używana. Dlaczego ja dwadzieścia lat temu powiedziałem "tak", a teraz siedzę i rozmyślam "pu pos gamoto"?


ŻONA
Dłużej nie wytrzymam, mam cię po dziurki w nosie. Jeszcze nie zdążyłeś płaszcza powiesić, a już awantura. Inni mężowie inaczej podchodzą do tej sprawy.


OJCIEC
Chcesz odejść, proszę bardzo. Siadaj na miotłę i leć babajago do swojej chatki na kurzej stopce. A jesienią nie zapomnij, jest zlot czarownic. Dużo ci nie brakuje, możesz nakręcić piękne filmy, horrory, masz do tego predyspozycje.


ŻONA
Dłużej nie wytrzymam. Pakuję się i wyjeżdżam, a kuchnia teraz naprawdę będzie zimna. Trafisz na pewno na gorszą, co ci nie ugotuje.


OJCIEC
Ty to szalenie gotowałaś. Herbata i jajka na twardo. Znudziły mi się.

Żona wychodzi za kotarę i stamtąd wychodzi ubrana jak do podróży. W ręku trzyma walizkę.


ŻONA
Wyjeżdżam jak najdalej stąd, ale mam jeszcze jeden problem. Wszystko się zgadza oprócz kasy.


OJCIEC
To ile mam ci dać na wieczne nieoddanie?


ŻONA
Pięć tysięcy, bo tyle kosztuje w jedną stronę.

Bierze od Ojca banknot.


OJCIEC
Z tobą prowadziłem zawsze wielki biznes. Wkładałem pieniążki jak do ruskiego banku i nigdy grosza nie wyjmowałem.


ŻONA
Dałeś mi dziesięć tysięcy, nie mam ci wydać.

OJCIEC
Nie szkodzi, przyda ci się na bilet powrotny.


ŻONA
I tak nie wrócę.


OJCIEC
Wyrzeka się żaba wody.

Żona wychodzi. Wchodzi Zięć i przechadza się po scenie.


OJCIEC
Widzę, że jacyś obcy ludzie po moim domu się przechadzają, a mi o tym nic nie wiadomo. Czy mógłbyś się choć przedstawić? Bo czuję się tutaj jak na dworcu. Nie masz walizki, a czy masz w ogóle bilet wstępu do tego domu? Nie myśl sobie chłopie, że jesteś w burdelu. To jest bardzo poważna i szanująca się rodzina.


ZIĘĆ
Tak, oczywiście. Zgadzam się, zauważyłem to. Czy pan jest może gospodarzem tego domu? Bo do tej pory było wielu gospodarzy różnych różnistych, wysokich, niskich, grubych, kulawych, łysych, z małą polanką i bez polanki, w peruce i bez peruki. Ale tak czy owak witam nowego gospodarza w starym domu. Dobrze że się spotkaliśmy, bo już powinniśmy byli zrobić to dawno temu.


OJCIEC
Aż tak źle ze mną przecież nie jest. Powiedz mi pan, kim jesteś.


ZIĘĆ
Jestem narzeczonym pańskiej córki.


OJCIEC
A to już całkiem zmienia postać rzeczy, to właśnie pan ma być moim zięciem, a ja pana poznaję dopiero teraz. Pan cały czas podczas mojej nieobecności przebywał w tym domu z moją córką sam na sam i dopuszczał się Pan z moją córką różnych rzeczy. Ja czuję się w tym domu bardzo obco. Traktują mnie jak gościa, a ja tu jestem przecież gospodarzem. Powiedz mi mój kochasiu, bo ja to wszystko wiem, co robiłeś z moja córką?


ZIĘĆ
Gimnastykowałem się z nią w różnych pozycjach.


OJCIEC
Czy wszystkie pozycje przerobiłeś, może jakaś sprawiła ci trudność?


ZIĘĆ
Przerobiłem wszystkie z wyjątkiem jednej, sprawiło mi to kłopot.


OJCIEC
Jaka pozycja?


ZIĘĆ
Na żółwia.


OJCIEC
Pierwszy raz słyszę. Mógłbyś mi objaśnić, bo mi czasami trzeba "Bolka i Lolka" rozszerzyć i objaśnić o co tam naprawdę chodzi.


ZIĘĆ
Prosto. Wannę na łeb i od tyłu.


OJCIEC
Ty rozpustniku, uwodzicielu cudzych żon! To ty z moją córą takich rzeczy się dopuszczasz? Pójdziesz do spowiedzi. Staniesz przed księdzem, wyspowiadasz się ze wszystkiego co zrobiłeś, a jeżeli tego nie zrobisz, to dostaniesz czarną polewkę. Po twojej twarzy widzę, że to jest dla ciebie najlepszy przysmak. Przypilnuję żebyś spotkał się z księdzem sam na sam. Teraz zatelefonuję do niego, niech tu przyjdzie.

Podchodzi do telefonu i kręci korbką, bierze słuchawkę.

Halo! Plebanek, wita cię serdecznie parafianin. Potrzebuję cię... Nie, to nie jest ostatnie namaszczenie, byłem wiele razy w życiu namaszczony.

Lewą ręką pociera wzdłuż karku, na znak picia alkoholu.

Mój zięć pragnie się wyspowiadać. Tak, tak... Jeszcze dycha, życie z wolna popycha... Kropidła nie trzeba, jest żywy... Dobrze, w porządku, niech ksiądz przyjdzie tutaj.

Ojciec odkłada słuchawkę. Odwraca się do Zięcia. Wchodzi Ksiądz.


KSIĄDZ
Pochwalony.


ZIĘĆ
Amen.


OJCIEC
Proszę księdza, chciałbym żeby mój Zięć teraz szczerze wyznał swe grzeszki. Mam nadzieję, a ma on znikome szanse, że ksiądz go rozgrzeszy. Zostawiam was sam na sam.

Wychodzi. Ksiądz z Zięciem zostają sami. Ksiądz siada na krześle, Zięć obok. Spowiada się do ucha Księdzu.


ZIĘĆ
Proszę księdza, całowałem.


KSIĄDZ
Ależ chłopcze, to wielka rozpusta, przecież całowałeś pannę w usta.


ZIĘĆ
Troszkę niżej, proszę księdza.


KSIĄDZ
Ależ chłopcze, co za gust, nie miałeś gdzie całować, tylko prosto w biust?


ZIĘĆ
Troszkę niżej, proszę księdza.


KSIĄDZ
Ależ chłopcze, zrobiłeś duży występek, nie miałeś gdzie całować tylko w pępek?


ZIĘĆ
Troszkę niżej, proszę księdza.


KSIĄDZ
Chłopcze, to jest stuprocentowa nuda, nie miałeś gdzie całować, tylko w uda?


ZIĘĆ
Troszkę wyżej, proszę księdza.


KSIĄDZ
Precz smarkaczu! Bo cię gwizdnę. Całowałeś pannę prosto w pipę. Nie dostaniesz synku u mnie rozgrzeszenia. Won! Precz! Wynocha stąd!

Zięć wstaje z krzesła.


ZIĘĆ
Do widzenia.


KSIĄDZ
Będziesz synku milion lat w piekle smołę ważył. Szatan wziął cię w swoje ramiona. Z kim ty się synku zadałeś. Grzech i rozpusta są w twoim ciele. Sam Szatan cię opętał. Niech Bóg ci przebaczy grzechy, bo ja nie dam rady. Złymi torami się prowadzisz. Uważaj żebyś się nie wykoleił.


ZIĘĆ
Plebanku, niech cię diabeł weźmie na rogi i do piekła trąci.

Przykłada dwa palce do głowy imitując rogi i wybiega ze sceny.


KSIĄDZ
Dzisiejsza młodzież. Tam gdzie jest strona, tam jest żona, a gdzie parafia, tam dziecko. Jest jak krzywe dziecko, które trzeba naprostować. Ta młodzież jak chwast się pleni. Wszystkich mężczyzn wciągnąć do armii zbawienia, niech służą ojczyźnie, a nie tym rozpustnicom.

Wychodzi. Wchodzi Zięć, chwyta za telefon, kręci korbką i mówi do słuchawki:


ZIĘĆ
Halo. Czy pan psychiatra? Proszę przyjechać, jak najszybciej... Tak, podaję adres: Naftowa 5.

Odkłada słuchawkę. Wchodzi Ojciec.


OJCIEC
Tak. Ksiądz ci grzeszków nie przepuścił i jednak czarna polewka będzie ci musiała smakować.


ZIĘĆ
Trudno. Ale teścia córka i tak jest brzydka i kuleje.


OJCIEC
Ale pod pierzyną nie kuleje, jest ciemno i nie widać.

Na scenę wbiega dwóch panów z noszami.

Ależ panowie, ja jestem normalny, nawet kierowca w autobusie wie, bo mnie pytał: "Pan noramlny?". Ja mówię: "Tak, ależ w porządku", "Niech się pan nie denerwuje", mówi kierowca, "cztery tysiące pan płaci". Panowie to jakaś pomyłka.

Ojciec zostaje złapany. Sanitariusze nakładają mu kaftan bezpieczeństwa, kładą go na noszach i wynoszą ze sceny. Wchodzi Córka.


CÓRKA
Cisza i smutno tu.


ZIĘĆ
Podpal chałupę, to zaraz z całych Ustrzyk zlecą się i będzie wesoło. Grzać się będą.


CÓRKA
Grzać to by się wszyscy chcieli, ale podpalić nie ma komu.


ZIĘĆ
Jak już chcesz podpalić, to podpal pod piecem i ugotuj coś.


CÓRKA
Ugotuję to co mama gotuje dla mojego ojca.


ZIĘĆ
To dobrze, dopiero nasz balet życiowy się zaczyna.

Wchodzi Żona z walizką, w płaszczu i rozgląda się wkoło. Na chwilę zapada cisza.


ŻONA
Romantycznie to tu jest. Po drodze zrobiłam zakupy. Kupiłam chleb, pół kilo smalcu, kilo cebuli i śledzia.


ZIĘĆ
A ja kupiłem coś, w czym rybka lubi pływać.


CÓRKA
Zrobię herbatę i jajka na twardo. Będzie klawo jak cholera, libacja na 150 fajerek.


ŻONA
A gdzie ojciec?


CÓRKA
Pojechał na wczasy do czubków.




K O N I E C



POWRÓT

Antoni Ciombor - Tragedia

Antoni Ciombor

Scenariusz do sztuki teatralnej pod tytułem:

Tragedia


osoby:
Narzeczony
Narzeczona


W tle muzycznym, "Z drzazgi smolnej", C.K. Norwida w wykonaniu Stana Borysa.

 

Plan wierszem:

  1. Miłość-uczucie, oddanie, wierność, plan na jutro.
  2. Więzienie-smutek, żal, tęsknota, załamanie wiary w siebie.
  3. Śmierć-życie nie ma sensu, odejść na zawsze.


WPROWADZENIE

Spotkanie narzeczonego i narzeczonej, może to być park, jest jedna ławka, parę drzew, czyli plener. Są szczęśliwi razem, czują się wolni i są weseli, radośni.

Żyją współczesnością i zapominają o tym wszystkim, co ich otacza. Liczą się tylko oni o ich szczęściu niech dowie się cały świat, niech wszyscy wiedzą, że oni są szczęśliwi, wolni i weseli, że oni się kochają i nigdy o sobie nie zapomną. Lecz dochodzi do tragedii, główny bohater trafia do więzienia za działalność polityczną i sam nie może się pogodzić z własnym losem. Zostaje odrzucony od swojej narzeczonej, bo siedział w więzieniu. Dochodzi do wniosku, że życie nie ma sensu, trzeba odejść na zawsze tam gdzie nie ma grzechów, złości i nienawiści. Gdzie wszyscy są szczęśliwi, wolni i weseli

Narzeczona i narzeczony przychodzą do siebie z naprzeciwka i się spotykają na scenie. Ubrani są na biało, dziewczyna w sukni a chłopak w koszuli i białych spodniach. Tak romantycznie razem wyglądają. Na scenie są drzewa, ławeczka, kwiaty.

Akt I

Dzień dobry, dziewczynko moja
Dzień dobry, moje kochanie.
Cześć, taka jesteś zakochana
może z tego powodu nie wyspana
Dziewczynko moja, jak trudno w to uwierzyć
ach masz już osiemnaście lat.
Moje kochanie a jak ten czas ucieka.
Piszę do Ciebie ten liścik
z głębi serca, nie z daleka.
Moja kochana fajnie, że przyszłaś
fajnie, że jesteś fajnie, że kochasz.
Moja dziewczynko, wielki jest świat
my jesteśmy jak dwa gołąbki
szczęśliwi, wolni i weseli
i zawsze się będziemy kochali
i nigdy o sobie nie będziemy zapominali.
Dziewczynko moja nie smuć się
nie smuć się, śmiej się
bo żalu nie trzeba mieć,
trzeba się dzisiaj śmiać.
Takie ładne oczka masz,
czemuż łzy mają lać,
czemuż są zabłąkane,
smutne zamazane.
Ja Cię teraz pocałuję
i tak będzie zawsze.
Słodkie usta masz,
słodkie bardzo słodkie.
Wziąłbym od Ciebie usta Twoje,
chciałbym, żeby były zawsze słodkie,
były słodkie stale,
były słodkie do końca.
Wstrzymaj Moje kochanie zegar
na pewien czas
lecz naszej miłości nie zatrzymasz
na żaden czas.
Kiedy Ciebie nie ma
tak powoli, ten czas ucieka
i piszę ustami taki liścik kochany
do Ciebie z daleka taki kochany.
Moja kochana, kącik jest taki maleńki
ale nasza miłość jest bardzo, bardzo duża.
Dotknij tutaj, jak to maleńkie serduszko
tak głośno do Ciebie puka.
Ty masz swoje serduszko
jak ono cudownie bije
jak codziennie ono żyje
i jak dzwon żelazny bije.
Serduszko moje kochane,
zapukaj do mnie tak szczerze,
zapukaj bardzo, bardzo głośno,
stuknij wielką potężną miłością.
Chciałbym, żeby się połączyły na zawsze
połączyły się wielką miłością
i zawsze razem będziemy stale
będziemy do końca życia.
Chciałbym, żeby szczęście nam sprzyjało
i słoneczko zawsze świeciło
i ptaszki nam przyśpiewywały
i wielką miłością się upajały.
Razem w miłości żyjemy,
będziemy zawsze razem,
pójdziemy daleko przed siebie,
przez piękny polski kraj.
Moja kochana, złapiemy się za rączki
ściśniemy sobie dłonie, o tak
pójdziemy razem przez ten wielki świat.
Pójdziemy szczęśliwi, wolni i weseli obydwoje.
Moim wielkim marzeniem jest
żebyśmy razem brnęli
przez to życie różami usłane
lecz każda róża kolce ma.
Życie to nie jest wielki sen
to przetrwać nie jeden dzień
to przetrwać cały wielki czas
aż nadejdzie naturalny kres.
A żyć codziennie trzeba
codziennie trzeba się śmiać
oczami patrzeć na ten świat .
Złapmy się za rączki
ściśnijmy sobie dłonie 
chodźmy się bawić
razem obydwoje

Akt II

Akcja toczy się w więzieniu w połowie lat siedemdziesiątych. Bohater zostaje skazany za działalność polityczną.

Jaki piękny jest dzisiaj dzień
a dzisiaj jest 26 czerwiec,
pachną polne kwiaty
i lekko szumią drzewa.
A ja idę szeroką ulicą
jak okręt otwarty.
Serce moje wzburzone,
twarz szara, pusta, zamknięta.
Ja razem z tłumem maszeruję.
mamy jeden wspólny cel
do jednej tarczy mierzymy
o wspólny walczymy chleb.
Idą robotnicy i chłopi
młodzi i starsi wszyscy
ja i ty.
Siostra z piersią rozdartą
z twarzą pełną pogardy.
Szliśmy tak prosto i otwarcie
w sercu był jeden wspólny cel
o wspólne życie walczyłem
o szary codzienny chleb.
Kordon jak ośmiornica 
zamyka się
i pałą przez łeb
tak mówią zomowcy
to jest nasz chleb.
Pała jak miecz tnie
przecina i rozgarnia
każdy chce z duszą uciec
lecz ciało nie pozwala.
Widzę twarz mężczyzny zbitą,
że kość jest złamana
plecy są już sine
a ciało w bruk wdeptane.
W końcu mnie pochwycono,
ręce mi skuto i złożono
i jak przestępcę, zbrodniarza, prowadzono.
Bito, kopano: wzgardzono.
Przede mną ścieżka zdrowia
nie drzewami lecz klawiszami wysadzana
lecz tą ścieżką  iść musiałem
i pały na plecy i nogi obrywałem.
Do celi jako śmiecia wrzucono
przy tym kopa w tyłek przyłożono.
A ja na środku celi leżałem
i wielki żal w sercu miałem.
Dlaczego? Ojczyzno moja
tylko oczy wilcze świecą
jak dwa żary, takim młody
leżę na wpół martwy.
A tu kraty codziennie widzę
codzienny smutek, wszyscy razem
codziennie to samo podają
ten czarny chleb ta czarna kawa.
Ta zupa naga i chuda
listek czasem się trafia
lecz trudno go wyłowić
bo przed łyżką zmyka.
Jutro nas wszystkich rozłączą,
każdy będzie teraz sam
i będzie miał czas
przemyśleć nad samym sobą.
trzydzieści nocy płakałem
trzydzieści nocy siedziałem
trzydzieści nocy straconych
trzydzieści nocy zgubionych.
Kiedy sam w celi siedziałem
i wielki żal w sercu posiadałem
i sam do siebie gadam
i razem z myszką się swatam.
Myszka mała w gości przyszła
ja ją chlebem tylko częstuję
dałem jej tylko słowo
i własne łzy.
Nigdy myszka o mnie nie zapominała
zawsze do mnie przybywała.
Ja z nią jak z matką rozmawiam
i to co w środku mam to daję.
Kiedy pakować mi się kazali
myszka do mej celi przyszła.
Wyciągnąłem dłoń a na mej dłoni
ryjek swój wsparła, wąs uniosła.
Patrzyłem w jej oczy
a myszka w moje
żal, smutek i łzy
tam w środku widziałem.
Kiedy mnie prowadzono
myszka łzami się oblała
bo ona wiedziała,
że z przyjacielem się rozstała.
Wywieźli mnie daleko
myszka biedna tam została
i przyjaciela znaleźć nie chciała.
Dzisiaj to wszystko porwał wiatr
ale oboje jesteśmy w myślach
i spadnie zawsze łezka,
rozłączeni na zawsze z myszką.

Akt III

Główny bohater jest zmęczony tym wszystkim co go otacza. Opuścił więzienie i jest bardzo załamany psychicznie i fizycznie. Jeszcze w dodatku opuszczają go najbliżsi znajomi i koledzy. Dochodzi do wniosku, że życie nie ma sensu i trzeba odejść na zawsze, czyli popełnia samobójstwo. W trzecim akcie mężczyzna ubrany jest w białe spodnie i białą koszulę.

Dziewczyno moja fajnie, że jesteś
dziewczyno moja fajnie, że żyjesz,
że oczy masz szeroko otwarte
a głowę wzniesioną wysoko.
Zobacz ja też jeszcze żyję
oczy jak dwa żary się palą.
Ciało na wpół martwe
a dusza jeszcze trwa.
Cieszę się, że cię znowu zobaczyłem,
że coś do Ciebie dobrego mówiłem
i myślę, że coś z tego zrozumiałaś
i sobie w środku zostawiasz.
Bo wiesz w więzieniu wakacje spędziłem
w środku życie całe straciłem
a ile nocy nie przespałem
śmierć przez sen widziałem.
Ja z Tobą się wiązałam
ja z Tobą żyć chciałam
ale ty w więzieniu siedziałeś
mnie opuścić zechciej.
Tutaj na ciebie czekałam
tutaj łzy ci przekazałam
tutaj myślami z tobą byłam
mój kochany Ciebie lubiłam.
Chcę Ciebie zbić, katować
ale nie chcę Ciebie na zawsze stracić.
Chcę Ciebie codziennie lubować
i zawsze codziennie całować.
Ja wiem, że każde z nas
pójdzie swoją drogą
choćby od początku
spotkajmy się na tym szarym smutnym końcu.
Dziewczynko moja!
Mam już tak dużo lat
i zmęczyłem się życiem, samotnością, rozpaczą.
Moja kochana
tak mało cię znam, 
tak mało cię już widzę
tak mało słyszę twoich słów.
Brak mi, brak mi bliskości
tak bardzo mało ja tobie w życiu powiedziałem
uwierz mi, nie zdążyłem, odjechałem
tam gdzie nie ma grzechów, złości, nienawiści.
Gdzie wszystkie dusze są
szczęśliwe, wolne i wesołe
i zawsze się kochają
i nigdy o sobie nie zapominają.
Ojczyzno moja
już odchodzę,
tyle rzeczy nie zrobionych,
tyle spraw nie załatwionych.
Stracona minuta
zgubiona chwila
zmarnowane lata
zgniłe życie.
Zmęczyłem się
moje życie
już dawno skończyło się.
Smutku, żalu, rozpaczy
już od was wszystkich odchodzę
ale w sercu mam żal
do samego siebie
i do Ciebie ojczyzno Polsko,
że żyjąc w tym kraju
tak mało tobie powiedziałem
naprawdę, nie zdążyłem odjechałem.
To nie kraj to nie moja ojczyzna
to prawdziwa banda, której nigdy nie zrozumiem.
Każda ziemia jest piękna
tylko człowiek zły los na tej ziemi zgotował.
Ojczyzno moja
dam Ci wszystko
to co mam w sobie w środku
łzy.

Bohater, który jest sam na scenie, wyciąga nóż i wbija go sobie w brzuch w okolicy pępka. Krew wycieka z rany i powoli spływa po spodniach. Wykonuje ruchy wargami, tak jakby chciał coś powiedzieć, przekazać komuś ostatnią wiadomość. Upada na ziemię, zwija się w bębenek. Nie wykonuje żadnych ruchów, umiera. Przychodzi dziewczyna, ma białą sukienkę z czarnym warkoczem. Klęka, wyciąga ręce dotyka jego policzka i płacząc mówi:

Mój kochany, już odchodzisz
a ja Cię tak bardzo mocno kochałam
w sercu nosiłam nigdy nie wyrzuciłam
nawet przez sekundę nie straciłam.
Ale uwierz mi
będę do końca życia pamiętała
kolor twoich jasnych oczu
i ich jasne spojrzenie.
Ale w moim maleńkim serduszku
będę zawsze słyszała szmery
twoich bliskich kroków
i twoje jasne kochane spojrzenie.
Tyle rzeczy nie dokończyłeś
tyle spraw nie domówiłeś.
Dlaczego mi nie powiedziałeś
tylko odejść ode mnie musiałeś.
Bo życie Twoje i tak jest częścią mojego życia.
I szał szczęścia ogarnął
dwie bezsilne dusze.
I złączył je w jedną duszę
szczęśliwą, wolną i wesołą.
I zawsze myśmy się kochali
i nigdy o sobie nie zapominali.
Ty odchodzisz a ja zostaję
jak ten listek na drzewie
jak kwiat uschnięty.
Jestem jak dziecko zagubiona,
będę się teraz zawsze starała
chodzić twoimi ścieżkami.
Będę Cię zawsze doceniała
i do końca życia, mój kochany, kochała.



powrót

Krótko ostrzyżony, jest to postać bardzo młoda. Wraca do swojej dziewczyny zostaje nie zaakceptowany, po prostu wyrzucony z domu narzeczonej. Decyduje się na opuszczenie tego miasta w którym mieszka narzeczona. Jego psychika z chwili na chwilę pogarsza się. Z pracy też zostaje wyrzucony, mało kto go akceptuje.

Antoni Ciombor - Bajka o Wilku i Sierotce Marysi

Antoni Ciombor

Scenariusz do sztuki teatralnej pod tytułem:

Bajka o Wilku i Sierotce Marysi


osoby:
Sierotka
Wilk
Gajowy


WPROWADZENIE

Akcja rozgrywa się w czasach mickiewiczowskich. Marysia nie ma rodziców i mieszka razem z babcią w pobliżu lasu. Pewnego dnia wybrała się do lasu na jagody z dzbankiem i co Marysię Sierotkę spotkało w lesie to jest w bajce.
Marysia ubrana jest po wiejsku, w stroju średniowiecznym, suknia układanka, buty zwykłe, proste bez pończoch ani rajstop, włosy splecione w warkocz, bez makijażu. Koniecznie chustka na głowie, koszula biała i gorset.

WYGLĄD SCENY

Kilka drzewek, ma to przypominać las i to wszystko, co rośnie w lesie, krzaczki, maliny, jagody, itd.. A w rogu sceny może być domek, w którym mieszka Sierotka Marysia. 
Sierotka Marysia z dzbankiem wychodzi na scenę, przed domem się przechadza i mówi sama do siebie.


Obserwator

Pośród gór i lasów, Marysia Sierotka mieszkała
A jak wiadomo, rodziców, braci, rodziny nie miała
Lata te jej życia uciekały ni w dostatku, ni w biedzie
A wy Państwo nawet o tym nie wiecie 
Jak jej żyć było smutno pod lasem nie w powiecie
Bo tylko szczere pole z okna zawsze widziała
Nieraz na dworze, przed domem na ławce siedziała
I w wielką otchłań, lasów, puszczy spoglądała
Nieraz o szczęściu, miłości, przyjaźni, sobie myślała
Ale cóż biedna sierotka, od początku bywała
Nigdy nikogo bliskiego przy sobie nie miała
A kiedy sroga zima się do końca zbliżała
To twarz Marysi się zawsze promieniała, uśmiechała
I w taki oto sposób, Marysia wiosnę zawsze witała
Ten promyk słońca, najlepiej, szczerze bardzo kochała
Swoimi jasnymi oczyma w blask się wpatrywała
A w swojej duszy, szczęśliwa, miła zawsze bywała
Kiedy na ziemię biały śnieg, puszysty padał
Białą pierzynę na las, łąki, pola, stawy, nakładał
Tak natura ziemię w swoje ręce bierze, składa
I teraz już nic przez sześć miesięcy nie gada
Natura ziemię w swoje ręce bierze i składa
Tak sumienie Marysi o tym wszystkim opowiada
W wielką potężną harmonię składa
A ta bajka o jej całym życiu opowiada

Sierotka Marysia z dzbankiem wychodzi na scenę, przed domem się przechadza i mówi sama do siebie:

Marysia

Biedna ja jestem Marysia, na tym świecie
Wiedzą ludzie tutaj we wsi i naszym powiecie
Szczęścia ja w swoim życiu nie zaznałam
Przez całe życie, jakie trwałam, to tylko biedowałam
Bo tak naprawdę, nikt mnie nie chciawszy
Bo ja biedną dziewczyną, urodzić się musiawszy
A moi rodzice na suchoty razem poumierali
I w jednym grobie ich dwoje powkładali
Od tego dnia ja biedna na tym świecie zostałam,
nieraz nad swym losem szarym zapłakałam
I łzy na próżno na ten świat szary wylewałam
Delikatnie, spokojnie na tę ziemię spoglądałam
Choć uboga ziemia, ale ja ją darem nasycałam
A to, co ja w sercu swoim własnym posiadam
Nie tylko sobie, ale całemu światu gadam
I wam wszystkim w darze, to wszystko składam
A teraz ja na polanę na jagody iść muszę
I w oto tej chwili swoje ciało, serce, ruszę

Marysia bierze dzbanek i idzie do lasu na jagody, po drodze mija wąwozy, drzewa, krzaki, maliny, jeżyny, aż w końcu dociera na polanę, na której jest dużo krzaków jagody i tam zaczyna zbierać jagody. A tu z lasu wychodzi wilk a Marysia zajęta zbieraniem jagód, wilka nie widzi. Wilk skrada się i z chwili na chwilę jest coraz bliżej. Marysia go zauważa i się strasznie wystraszyła. A wilk mówi:

Wilk

Ach witaj Marysiu, przez tyle lat na Ciebie czekałem
Zawsze o Tobie ja tak bardzo myślałem
Aż wreszcie tutaj Ty mi z dzbanem przywędrowałaś
O jagodach sobie tak bardzo mocno pomyślałaś
I największy dzban, jaki miałaś ze sobą zabrałaś
Widzę, że w dzbanie połowę już nazbierałaś
Z natchnieniem wielkim, ty to nazbierałaś
Nawet się wcale na prawo na lewo nie rozglądałaś
A ja Ciebie od samego domu obserwuję 
Jak szłaś ścieżką leśną, na oku Cię miałem
I krok w krok za Tobą człapałem
Aż tutaj w to miejsce ja zawędrowałem
I w tym wielkim jagodzisku ja Cię dorwałem
A powiem Ci szczerze, że dzisiaj śniadania nie zajadałem
A właśnie na Ciebie, Marysiu smaka miałem

Marysia

Ależ wilku! Mój ty wielki, silny i bardzo kochany
Widzę, że jesteś dzisiaj nie wyspany
Ale nie przejmuj się, ja Tobie będę bajki opowiadać
Wszystkie słowa w wielką harmonię składać
I Tobie, mój wilczku od serduszka dawać
A ja nie chcę Ciebie, wilczku do złego namawiać
Ja zawsze dobro, dobrem wszystkim odpłacałam
Dzięki temu wszystkiemu, dlatego ja przetrwałam
I dlatego dzisiaj, ja na jagódki przyjść zechciałam

Wilk

Ależ rozumiem, moja Marysiu ty lubiana
Jesteś w mych myślach, tak bardzo roześmiana
Myślę, że będzie mi się z tobą rozmawiało
A moje serduszko, już do Ciebie tak mocno zadrżało

Marysia

Czy ty się wilku za daleko nie posuwałeś?
Coś bardzo złego na końcu języka miałeś
Ty coś bardzo złego, na mnie knujesz
Widzę, że w moich myślach mnie szczujesz
Wiem z Twoich oczu, że zło oznajmujesz
Ty wilku, Ty chodząc, Ty mnie obserwujesz
I w taki oto sposób, złe wieści snujesz
I moje wszystkie myśli w środku odgadujesz

Wilk

Ależ Marysiu! Ja Ciebie zjeść na razie nie chciałem
Ja Ciebie tylko w myślach swych dotykałem
Ale nie przejmuj się, ja Ciebie, tylko tak zatrzymałem
Teraz to Ty wcale nie bój się, żebyś tylko stała
Żebyś mi przypadkiem, drapaka nie dała
Chciałbym, żebyś mi teraz nie uciekała
I tak Ciebie dopaść muszę
I rozpalam teraz, w tym momencie, swoją duszę
Na początku po dobroci ja Ciebie ucałuję
W taki oto sposób, ja Cię mocno lubuję
I coś fajnego w Tobie ja czuję
I w tym całym momencie, ja Ciebie mocno lizuję
I całą taką, jaka jesteś Cię ja kupuję
I w taki oto sposób, ja Cię oznajmuję

Marysia

Wiesz wilku, może my coś zakombinujemy
Ale najpierw coś wspólnie zjemy
Widzisz, pełen dzban jagód ja nazbierałam
Zbierałam te jagódki, tak bardzo się starałam
I najładniejsze, jakie były, ja je pozbierałam
I bardzo o czystość i estetykę ja dbałam
Ale o Tobie wilczku, ja wcale nie myślałam
A tu raptem z krzaków ty wyskoczyłeś
I do mnie się bardzo zbliżyłeś
Ale widzisz ja wcale nie uciekałam
Chociaż to wszystko w myślach sobie składałam
I chciałabym, abyśmy wspólnie sobie pogadali
Być może, byśmy naprawdę się dogadali
Wspólne interesy, razem my nakładali
Bo pełen dzban jagódek ja nazbierałam
I ja już do domu, iść sobie pomyślałam
A tu Ty wyskoczyłeś, a ja ze strachu zadrżałam
Dobrze, że dzbana ze strachu nie wypuszczałam

Wilk

Marysiu, ja wcale jagódek nie miałem
Ja je tylko do żołądka czasami zbierałem
A głodny, ja zawsze w swym życiu bywałem
Nigdy jeżynek, malinek i jagódek nie odrzucałem
Dzięki temu, daję Ci słowo, ja przetrwałem
I oto w tej chwili, ja jagódki od Ciebie odmawiałem
A coś innego od Ciebie ja zechciałem

Marysia

Ja taka biedna, sierotka na świecie bywałam
Wiesz, tak mało w swym życiu ja jadałam
Ponieważ, też, co dobrego nie miałem
Żebra moje spod koszuli, wszystkie wystawały 
Tak źle o mnie one świadczyć zechciały

Wilk

Ależ każda kosteczka w mięso jest oblana
Każda kosteczka na zjedzenie jest skazana
I będę ją delikatnie teraz próbował
I tak bardzo spokojnie ja ją całował

Marysia szuka sposobu przechytrzenia wilka, sposobu uratowania siebie, tak mówi do wilka:

Marysia

Ale wilku mój kochany, widzę, że jesteś nie wyspany
Naprawdę jesteś przeze mnie bardzo lubiany
Ja Tobie kurkę z jarzynami dobrze nafaszeruję
I ja ją najpierw porządnie przygotuję, ja dla Ciebie ugotuję

Wilk

Nigdy w życiu ja kurek nie zajadałem
Zawsze kurki od siebie ja odpychałem
Niech Marysia z lisem się skontaktuje
A każdy lisek, pierzaste ptactwo konsumuje

Marysia

Może ja Tobie wilczku, kluski z serem przygotuję
A przyrządzać to bardzo lubię, kocham i szanuję

Wilk

Nigdy w życiu jaroszem ja nie bywałem
Zawsze bacy baranki ja zajadałem
Ach te baranki, mi zawsze bardzo smakowały
Chociaż mnie w moim życiu wcale nie lubiały
Kiedy do koszar owiec, ja się zakradałem
Ale teraz Marysiu ty przed moim obliczem stałaś
Widzę, że ze strachu, naprawdę zadrżałaś

Marysia

Ja wiem, że ty mnie zjeść teraz zechciawszy
A może, ja Tobie zjeść coś teraz dawszy

Wilk

A cóż takiego, byś mi Marysiu przygotowała?
Co, naprawdę zjeść byś mi dała

Marysia

Ja tobie surówkę z czerwonej kapusty przygotuję
Surówka zawsze bardzo dobrze wszystkim smakuje
Kto kapustę za młodu zajadawszy
ten sędziwego wieku doczekawszy

Wilk

Niech no Marysia, się z kozą skontaktuje
Każda koza jeść kapustę bardzo lubuje
Najpierw każdą główkę bardzo mocno ucałuje
A następnie ze smaczkiem ją skonsumuje
Będziesz dzisiaj Marysiu ze smaczkiem zjedzona
Jesteś dla mnie bardzo ulubiona

Marysia

Wiesz wilczku, ja Tobie dzisiaj ślimaki przygotuję
Robić to bardzo mocno, zawsze szanuję
A później sosem z moreli po wierzchu poleję
A Ty sam wiesz, co się w brzuszku dzieje

Wilk

Nigdy w życiu we Francji ja nie bywałem
Tego kraju ja nigdy w swym życiu nie znałem i nie poznałem
Ale kiedy będą Francuzi, tutaj gościli
Wszyscy Francuzi ślimaki bardzo mocno lubili
Ale Ty mi będziesz Marysiu, lepiej od ślimaka smakowała
Widzę, że mnie wcale nie polubiłaś
Ślimaków w lesie mam, co niemiara
Chodzą w gromadach jak wielka chmara
Ja ich nigdy w swym życiu nie zaczepiałem
Pamiętam, że kiedyś ze ślimakiem się ścigałem
I dodam Ci szczerze, że wyścig ja wygrałem

Marysia

Może byś rybkę w majonezie Ty zajadał
I bajkę taką fajną opowiadał
A rybek w Sanie, jest zawsze bardzo wiele
Ja łowię rybki zawsze w każdą niedzielę
A w domu mam cztery pstrągi przygotowane
Chodź, idziemy niech ja już wstanę

Wilk

Nigdy Marysiu, się z tego miejsca nie ruszę
Prawdę w oczy teraz my sobie wmówimy
Chociaż nie jesteś wcale ze mną umówiona
Będziesz dzisiaj, Ty Marysiu na obiad zjedzona
A widzę, że jesteś bardzo mocno Ty spasiona
Będziesz przysmakiem Ty dzisiaj, moja ulubiona
Jesteś dla mnie dzisiaj, tutaj Ty stworzona

Marysia

Ależ wilczku, może my się po dobremu dogadamy
Może te nasze słowa, w jedną harmonię się poskładają
Wiesz, że ja w lesie na zawsze pozostanę
Kocham to wszystko, Ciebie, leśne gaje
I razem wilczku my w lesie pozostaniemy
My o tym wspólnie wiemy

Wilk

Wiesz Marysiu, może byśmy razem zamieszkali
Razem coś wielkiego, wspólnie my zbudowali
Piękną, cudowną, ja norę miawszy
Ja ją osobiście zbudować dla Ciebie zechciawszy
Ponieważ, Marysiu ja Ciebie bardzo polubiłem
A Tobie od serca, tak dużo ja dałem
Myślę, że na zawsze w przyjaźni pozostaniemy
My o tym wspólnie wiemy
Ponieważ ja całe życie po lasach człapałem
Ale ja o Tobie cały czas ja powiem Ci szczerze myślałem
Ciebie Marysiu tu ja w sercu targałem

Marysia

Ależ wilczku nie ma już żadnej sprawy
Jesteś taki prosty i bardzo ciekawy
A teraz ja dla Ciebie coś dobrego przygotuję
Wilczku ja bardzo Ciebie kocham i lubuję
Będziemy razem przy jednym stole zajadali
Będziemy sobie razem przy jednym stole dogadzali
Myślę wilczku, że my się zawsze dogadamy
Wszystko w jedną harmonię poskładamy

Wilk

Marysiu, czy ty mnie za dużo nie obiecujesz
Czy Ty mnie za darmo nie kupujesz?ˇTy przechytrzyć byś mnie teraz chciała
Starego wilka w zasadzkę wciągnąć miała
A ja tyle sztuczek w życiu swym poznałem
Ale nikomu o nich ja w życiu nie gadałem
Tylko ja je zawsze w swych sprawach wykorzystam
Cieszę się, że ja Ciebie w swym życiu poznałem

Marysia

Cieszę się i jest mi teraz bardzo miło
Bo tak serduszko mi teraz tutaj mówiło
A te jagódki, które ja teraz nazbierałam
Do tego wielkiego dzbana ja powkładałam
A w każdej jagódce, jedna uncja się znajduje
Mięska, a mięsko każdy wilczek bardzo lubuje
Zajadając, aż mu ślinka z ust zawsze skapuje
Proszę! Niech no wilczek do dzbana zagląda
Każdej jagódce w dzbanie się przygląda

Wilczek szybko zjada jagody a Marysia w tym czasie ucieka jak najdalej. Kiedy wilk kończy jedzenie, dookoła jest pustka. Marysia dobiega do samego domu i tam zamyka wszystkie drzwi i okna, zakłada barykady. Wilk na próżno szuka Marysi i chodzi dookoła domku. Po jakimś czasie wilk odchodzi. Marysia wychodzi na polanę i spotyka leśnika.

Leśniczy

Dzień dobry, nigdy tutaj ja ciebie nie widziałem
Cieszę się, że ja ciebie tutaj teraz spotkałem
Myślę, że my sobie razem tutaj pogadamy
O wszystkich sprawach sobie pogadamy

Marysia

Ależ mój drogi panie, zawsze jest dobre śniadanie
Wiesz, że ja nigdy w twoim towarzystwie śniadania nie jadałam
Ale o tobie ja panie leśniku dużo słyszałam
I zwierzaczki mi o tobie wszystko opowiadały
W wielką harmonię każde słowo składały
Cieszę się, że rączki twoje zwierzakom dawały
Ofiarę dla wszystkich, one ocalały
Dzięki temu, ludzie na ziemi zawsze trwają
Chociaż, nie zawsze one się kochają
Myślę, że ty mnie krzywdy robić nie będziesz
Ale ty w lesie, na polanie, będziesz wszędzie
Będziesz lasu i runa leśnego zawsze pilnował
I to życie bardzo piękne będziesz zawsze lubował

Leśniczy

Ja Marysiu o lasy zawsze bardzo mocno dbałem
Od początku mojej pracy, ja go szczegółowo poznałem
Dzięki temu rośliny i zwierzęta tutaj one trwają
I z czasem, jaki ucieka, one się zawsze poznają
Dzięki tej wielkiej symbiozie, one się bardzo znają
I człowiek też istniał będzie na łonie natury
Tylko, żeby do zwierząt nie strzelał z rury
Bo życie nasze jest od roślin i zwierząt uzależnione
Między człowiekiem a tym wszystkim umówione
Jeżeli nie będziemy dbali, życie nasze będzie skrócone
I w otchłań grobu będzie na zawsze rzucone
Bo tylko my Marysiu, razem to wszystko uratujemy
A wspólnie wszystko my o tym razem wiemy
Myślę, kiedy wspólnie interesu dopinamy
Że, wspólnie nasze serca znamy
I razem, wspólnie, nowy dom otwieramy

Marysia

Czy ty przypadkiem w słowach nie przeholowałeś?
Widzę, że umiaru tym razem nie miałeś
Ale z twoich oczu coś dobrego i fajnego wypływa
Nie jest to dla mnie, żadna na świecie nowina
A powiedz mi, jaka jest w twym sercu przyczyna

Leśniczy

Wiesz, Marysiu ja taką ładną leśniczówkę dostałem
I całe wyposażenie w tym domku zamontowałem
I nawet ogród, którego przed domem nie było
Moje ręce też ten ogród piękny uczyniło
I cały czas w naturze, to wszystko żyło
Bo tak od wieków to wszystko było
I chciałbym, żeby w lesie się nie zmieniło
To, co jest bardzo piękne, żeby zawsze wiecznie żyło
I chciałbym, zawsze tak, żeby było nam miło

Marysia

Dobrze, ja się na to wszystko zgadzam
Nigdy w życiu miłości nie zagradzam
Bo wiesz, samej smutno w życiu bywało
Nieraz moja dusza i serce płakało
Ale teraz ja ciebie, leśniku zauważyłam
Uwierz mi, ja bardzo mocno ciebie polubiłam
Myślę, że my na zawsze w lesie pozostaniemy
Już w naszych serduszkach, to wszystko wstanie

Leśniczy

Chodź Marysiu, złapiemy się za rączki
Choć jeszcze twoje rączki nie mają obrączki
Wiesz ja mam takie dwa śliczne konie
A ty masz takie piękne, ładne, cudowne dłonie
I razem przez życie sobie my powędrujemy
My razem coś do siebie bardzo czujemy
I na pewno przez życie my razem sobie pójdziemy
My o tym w naszych sercach dobrze wiemy
I powiem ci teraz bardzo mocno, wyraźnie, szczerze
Jeżeli zawsze będziemy się kochali szczerze
Razem będziemy świat budowali
Razem na ziemi będziemy trwali
I to, co jest bardzo piękne, będziemy znali
I będziemy sobie fajne rzeczy wspólnie opowiadali
Chciałbym Marysiu, żeby przyjaźń wiecznie trwała
Żeby przyjaźń zawsze piękno, co dzień budowała

Marysia

Dobrze, że szczerze i uczciwie się wypowiedziałeś
To, co w sercu miałeś na zewnątrz wylałeś
Ale myślę, że się dzisiaj i teraz dogadamy
I już w tej chwili rączki sobie podamy



powrót

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011