Sprawozdanie Olka

Sprawozdanie z pobytu na Otrycie
Ze czterech słonecznych dni listopadowych roku poprzedniego
tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego

Kiedy to było - nie pomnę dokładnie. Pamięć już nie ta, często już zawodzi w natłoku spraw i historii... Z tej wyprawy otryckiej obrazów porwanych strzępy wciąż powracają co noc, szarpiąc ciało i duszę siłą przeszłych czynów...

Noc była ciemna i wiatr wiał zimny kiedy żeśmy miasto stołeczne opuszczali by powrócić na miejsce znane jeszcze niewielu, a jednak w legendach i klechdach na imprezach wszelakich często wspominane.

Pamiętam jak dziś kiedyśmy niedługo po wschodzie słońca, bez mała w dziesiątkę najodważniejszych i najbardziej wytrwałych stanęli przed zdradliwym obliczem Góry w Dwerniku. Ci spośród nas, którzy po raz pierwszy mieli walczyć z Górą, bez respektu i szacunku należnemu miejscu naparli na nią sądząc, że cel już blisko, że przyroda im sprzyja, a słońce cel wskazuje... A poranek piękny był natenczas, orzeźwiający chłodem nadchodzącej zimy powoli wypierającej ostatnie dni jesieni. Widać już było na zboczach ślady roztopu pierwszych śniegu opadów, które jeszcze nazat kilka dni sięgać miały dwóch łokciów. I w taki dzień ruszyli my pod górę. Starsi, bardziej doświadczeni ostrożnie, zaś młodzi raźno na ścieżkę wstąpili błotną, skrytą gęstwiną drzew i kniei, do celu upragnionego wiodącą. Czy kogoś spotkaliśmy - nie pomnę. Nie niepokojeni przez dziką zwierzynę przebrnęliśmy leśne rozstaje, by po kilku krótkich popasach na zboczu, dotrzeć na odkrytą polanę i rozbić się obozem na zdawien upragnionej Górze Otryckiej. Od tego momentu wszystko już przestaje być takie jasne; obrazy tracą swą ostrość, mylą się postacie... Te kilka dni i nocy, które jak jedna chwila minęły na onej wyprawie, na zawsze pozostaną tajemnicą dla niektórych członków wyprawy. Pamiętam, jak w pierwszą noc dotarła druga grupa wędrowców spod barw Vasco, pamiętam jak ich pieśń niosła się po lesie wyprzedzając śpiewających długie staje, i jak w oczekiwaniu upływały nam godziny, zanim cienie z lasu w ciało postaci znajomych się przyoblekły. Ale czy to, że niektórzy potem latania zażywali jak ptacy jakowyś, czy to, że rozbroić się z broni białej wszyscy musieli, bo inaczej sobie, albo toć i innym krzywdę mogli uczynić, czy to że osoby, bez siły cielesnej, a jedynie ducha siłą przemieszczały się dosyć raźno, i czy to, że z jednej chaty nagle kilka powstało w umysłach kilku... I te pieśni szalone, i szkła nieprzebrane, i braki poranków, i lodowatość nocy ostatniej, i brak snu, i niebo burzowe w nocy gniewnie piorunami ciskające... to do dziś dnia jawi się jak historie z granicy snu i jawy.

Miejsce to magiczne za każdym razem jednak dbało o nas, gościło i chroniło przed większymi uszczerbkami na zdrowiu, niż te czynione zwykle. Straty były, a jakże, ale tam, na górze, jakoś małe miały znaczenie. I cóż z tego, że przeróżnych przedmiotów gromadę pozostawiono po wyprawie, cóż że choroba niektórych po powrocie złożyła na tygodnie długie, a inni magii bieszczadzkich rozstajów starali się próżno szukać wśród betonów stolicy przez następny jeszcze tydzień... Przez długi czas potem jeszcze ci, którzy w wyprawie szalonej percypować się zdecydowali wspominali nocne wyprawy do wsi i miasteczek po trunki kolorowe, gdzie indziej niezwyczajne, i po prowiant spożywany jakby od niechcenia i przypadkiem... I gdy głośnym meeeczeniem się potem witali, lub pieśń sławetną o socjologach podejmowali wiadomo było wszem i wobec - to oni, ci którzy się nie dali... (tym razem).

Alexander Marchlewski



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011