Baran 2000

Baran
30.IX.2000

Tegoroczny Baran upłynął mi pod znakiem oczekiwania. Najpierw nie mogłem doczekać się wyjazdu. Gdy czas nadszedł, zebrałem manatki i razem z Jaśkiem ruszyliśmy po raz kolejny przywitać się z górami. Zanim jednak dotarliśmy na Otryt spędziliśmy trochę czasu na dotknięciu wzrokiem fragmentu Beskidu Niskiego. Po odwiedzinach Magury Małastowskiej, Wołowca (Stasiuka swoją obecnością nie niepokoiliśmy) oraz Bartnego, po czterystu pięćdziesięciu przesiadkach między pociągiem a autobusem i odwrotnie, dotarliśmy wreszcie ciemną nocą (jak zwykle) do celu naszych wojaży, do miejsca magicznego, do Chaty Socjologa. Jednak dotarcie do celu podróży nie zakończyło stanu oczekiwania. Zmienił się, a raczej przesunął jego przedmiot. Oczekiwanie na spotkanie z Otrytem ustąpiło miejsca oczekiwaniu na Nią. Pewną osłodą tych kilku dni był fakt, iż razem ze mną czekała cała Chata; nawet jeżeli teraz temu zaprzeczy, to fakt ten nie ulega wątpliwości. Kiedy wreszcie i to oczekiwanie znalazło swoje rozwiązanie, przyszła wreszcie kolej na Barana.

Zwierzę, za radą Kuby zostało przywiezione aż z Gorlic. Pieczone ponoć przez jakąś koszmarną ilość czasu w specjalnych warunkach rzeczywiście odbiegało od standardowego barana, którego mogliśmy "zakosztować" w latach ubiegłych. Mięso nie było półsurowe, ani żylaste, ani w jakikolwiek inny sposób nie takie jak powinno być. Jedynym mankamentem był fakt, iż zupełnie niepotrzebnie nażarłem się wcześniej pierogów ruskich, które były też fantastyczne (wiadomo - miejscowy wyrób), nauczony doświadczeniem z lat ubiegłych. Niestety. W tym roku barana właściwie tylko podgrzewaliśmy, a nie piekliśmy, więc okres między pierogami a mięsem okazał się jak dla mnie za krótki. Żołądek mój pozwolił mi jedynie spróbować tego wybornego mięsa.

Tu właśnie chciałbym poddać pod rozwagę Klubowiczów jedną rzecz. Moim zdaniem, jedną z przyczyn, dla których niektórzy nie byli w pełni usatysfakcjonowani atmosferą na baranie był brak OCZEKIWANIA, rytuału PIECZENIA. Baran w tym roku był po prostu za krótko. Ledwo przyszedł już został zjedzony. Brak kilkugodzinnego wpatrywania się w powstawanie żaru, długiego pilnowania zwierza, co by się nie spalił, ciągłego kursowania między Chatą a ogniskiem. To wszystko gdzieś rozmydliło i tak nadwątloną innymi sprawami atmosferę.

Jednak nie mogę zgodzić się, że Baran tegoroczny należy do nieudanych. Wiadomo, łatwiej się pisze o niedociągnięciach. Jednak trzeba pamiętać także o tym co wyszło. A przecież był już moment, gdy cała impreza stała pod znakiem zapytania. Mimo wszystko zmobilizowaliśmy się i sprawiliśmy wspólnie, że Baran połączył nas wszystkich po raz kolejny. I nie chcę pamiętać, iż ten z tamtym kłócił się jak zwykle. Lub ktoś stroił nieprzyjazne miny. I niech żałuje ten, kto zwątpił w Wielką Moc Otrytu i wyjechał lub nie przyjechał. Chata Socjologa nie toleruje przewlekłych waśni. Te zostać muszą na dole. I zostają. Nawet jeśli jakiś wiatr od czasu do czasu przywieje ten przykry zapach miasta. Duch Otrytu posilony baranim mięsem i energetycznym napojem bogów pokazał na co go stać rankiem następnego dnia po wieczornej uczcie. Odświeżające i tchnące młodzieńczym absurdem przedstawienie grupy artystycznej Vasco Ansamble zintegrowało towarzystwo i stało się osią zabawy na ładnych parę godzin.

Trudno było wyjeżdżać z Otrytu.
Jak co roku.
Ale tym razem najbardziej.
Jak co roku...

Igor Czajka



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011