* * *

* * *

Wiec najpierw usta, delikatne, może nawet trochę dziewczęce. I śmieszny dzióbek na środku górnej wargi. Uśmiech. Niebieskie oczy okolone firanką długich rzęs i jasne, krótko przystrzyżone włosy. W tamten wieczór siedzieliśmy we czwórkę przy kominku. Dużo pił, jak każdy zresztą. Wzbudzając w jednych zgrozę, w innych rozbawienie schodził po balkonach z Jaskółki, a gdy ze zranionej nogi leciała mu krew, którą inni wspólnymi siłami starali się zatamować on słodko i niewinnie uśmiechał się. Potrafił godzinami wpatrywać się w dwóczuby świerk, drogowskaz na Arturówkę. Zrobił ze mnie małą, bezradną dziewczynkę, gdy spytał czym wypełnić straszną pustkę w życiu. Nosił w sobie wielką tajemnicę, znał się na czarnych dziurach i widział ponoć ciało ludzkie od środka. Ostatniego dnia, gdy zabrakło wódki, wspiął się po wiatrołapie do okna Służbówki by wykraść czyjąś butelkę. Ci na dole podśmiewali się z niego, Joanna mówiła coś o kryzysie wieku średniego i próbie zwrócenia na siebie uwagi dziewcząt. Uśmiechnął się ciepło swoimi nieobecnymi oczami. Brakuje mi w życiu dzikich przestrzeni, powiedział, ale tego już chyba nikt nie usłyszał.

M.F.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011