Portret podwójny

Portret podwójny

Gdy pierwszy raz byłem w Chacie największą furorę jako pretekst do całonocnych nasiadów robiła mafia. Tak wiem, wiele z was nienawidzi tej gry z całego serca. Zabrała ona dostatecznie wiele cennego czasu, który można by było spożytkować na chlanie oraz prowokowała do wydobywania z siebie raczej bardziej niż mniej artykułowanych dźwięków. Poza tym gra ta rozwala osobowość i niszczy integralność psychicznej struktury. Jednak wtedy Chata opanowana była przez fanatyków, którzy rozpoczynali o 23:00 wielogodzinne dyskusje o tym kto jest, a kto nie jest i dlaczego, by zakończyć o jakiejś 6-7 rano rytualnym powitaniem Słońca oddając ziemi resztki wody, jak im pozostała w organizmach i wdychając pierwszy od kilku godzin haust powietrza nieskażonego alkoholowo-nikotynowymi oparami. Strasznie to było jałowe, ale, jak już powiedziałem, cieszyło się niemałą popularnością.

lenin.jpg 10.7 KBKtóregoś ranka, gdy wszyscy wychodzili pożegnać się z nocą, ilość uderzeń drzwi o futrynę okazała się być znacząco i odczuwalnie liczniejsza i głośniejsza niż zwykle. Doprowadziło to do obudzenia Gospodarza. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że Gospodarz był w owym czasie zapalonym giełdowym graczem... ooops, przepraszam, inwestorem i codziennie o siódmej słuchał radia, by szybko zejść do Lutowisk i złożyć telefonicznie odpowiednie zlecenie. W związku z tym każda godzina snu była na wagę złota, tym bardziej, że prawdopodobnie nerwy również nie pomagały zasnąć w tej głośnej Chacie.

Ja i jeszcze troje innych osób nie mieliśmy jednak dość, wcale nie chciało nam się spać, procenty z głów już całkowicie wyparowały, więc co? Brydżyk? Brydżyk. Tym bardziej, że dzień taki piękny, powietrze rześkie, ptaszki śpiewają, słonko świeci, nie można spać w takich warunkach! Trzeba na ławeczkach przed Chatą zagrać w karciochy. Jedno rozdanie, drugie rozdanie...

- Czy was to naprawdę już do końca pop.......ło?!! Przecież wy to normalnie k...a jesteście pop......eni do końca!!! Ja rozumiem, że nie musicie spać, ale k...a dlaczego innym spać nie dacie!!? Człowiek rano musi wstać, to już się nie wyśpi, bo taka banda pop......eńców przyjeżdża i k...a wszystkich w d..ie mają! - zelektryzował nas głos dobiegający od wejścia.lenin2.jpg 15.2 KB Stał tam Gospodarz i wyklinał na nas na czym świat stoi. Jak już mówiłem byłem tam dopiero od kilku dni więc nie bardzo czułem się na siłach aby zareagować w jakikolwiek sposób. Zdążyła mi tylko przemknąć przez głowę myśl, że przecież nie poskarży się mojemu wychowawcy, bo jestem pod swoją opieką, a ja nie mogę odwołać się do wyższej instancji, bo on tu dla siebie był najwyższą instancją. Miałem ogromne poczucie niesprawiedliwości, bo nie czułem się winny za puszczane przez wychodzących w zapomnienie drzwi dość głośnym hukiem domagające się odrobiny pieszczoty dla klamki. Nie byłem jedyny, który w ten sposób pomyślał. Odechciało nam się grać w brydża. Poszliśmy spać. Do końca wyjazdu omijałem się z Gospodarzem szerokim łukiem. Nie przełamał mojego uprzedzenia nawet organizacyjny talent Gospodarza wykorzystywany skrupulatnie do wciągania najbardziej opornych do bycia razem i roztrząsania tych bardziej i mniej oczywistych kwestii.

Następnym razem jak byłem na Otrycie, a było to pamiętnego maja 1996 roku, nie było już takich traumatycznych przeżyć. Raz tylko przeżyłem chwilę grozy, gdy usiadł koło mnie przy stole jakiś potężny kolo, z czarnymi kędzierzawymi włosami opadającymi w nieładzie na czoło, najprawdopodobniej przykrywając ukryte tam rogi. Omiatał on przestrzeń dzikimi oczami, które widziały na pewno co innego niż moje; wskazywał na to nieobecny charakter jego wzroku i pełny kieliszek przed nosem grzejący się ku mojemu rozdrażnieniu na tyle długo, by za każdą kolejką zmusić mnie do pogonienia niebezpiecznie wyglądającego sąsiada. Niestety miejsce obok niego było bardzo strategiczne, pozwalało w każdej chwili wstać lub przysiąść się w odpowiednim dla mnie momencie, dlatego niechętny byłem jakiejkolwiek zmianie, tym bardziej, że strach i niepokój o własną duszę łagodzony był zmniejszającym wszelkie napięcia napojem bogów krążącym w moich żyłach.

Wyszedłem na balkon na papierosa, a gdy wróciłem zostałem zaczepiony przez tego jegomościa wespół z jego kolegą, który był równie chudy jak ja, jednak o głowę wyższy. Otoczyli mnie z dwóch stron i ten szatański wzrok, tonem nie znoszącym sprzeciwu poprosił mnie, żebym wyszedł razem z nimi na chwilę przed Chatę.biniek.jpg 15.2 KB Odruchowo się spiąłem, ale żeby nie zadrażniać, spytałem: ale po co? - Nie no, bez obawy, po prostu mamy do ciebie pewną sprawę, nie masz się co bać, po prostu taka drobna rzecz... W oczach stanęły mi opowieści mojego ojca o wiejskich weselach, na których dawano gościowi butelkę, która zostawała mu wbita w zęby, gdy przechylał ją do picia. Przypomniałem sobie też wszystkie te sytuacje, gdy byłem brany za jakiegoś stolarza z Bydgoszczy lub innego takiego. Zaraz jednak się opamiętałem i wytłumaczyłem sobie, że przecież jesteśmy na Otrycie, a to nie jest kolo, który przyjechał tu pierwszy raz, bo jest przez "starszych" raczej rozpoznawany, więc chyba mi nic nie powinno się stać, a w każdym bądź razie raczej przeżyję. Chyba że gość zabierze mnie ze sobą prosto do piekła. Ale w tym przypadku to i tak przed nim nie umknę.

Ku własnej głupocie, wbrew wszelkim ostrzeżeniom i wbrew zdrowemu rozsądkowi wyszedłem z nimi przed Chatę. Tam w ciemnościach i w zimnie zapaliliśmy po papierosku, pośmialiśmy się trochę nerwowo, pożartowaliśmy, aż w końcu zniecierpliwiony spytałem: co to za sprawa? Hmm, no widzisz, bo my chcieliśmy cię zapytać... bo widzisz, hm, bo my tu mamy, hm, ze sobą fajeczkę, i czy nie chciałbyś coś może... tego... dołączyć do nas... idziemy za jakiś czas do lektorium... co ty na to?

Kamień z mojego serca rąbnął o ziemię odłamkami resztek obaw przeganiając wszelkie złe duchy. Podzieliłem się z niedoszłymi oprawcami moimi obawami przed wyjściem na dwór i zacząłem im robić wyrzuty, że taki wstęp zrobili do tego, i że nie lada strachu się najadłem. Czarny kędzierzawy huknął mnie wtedy w plecy i zawył: noo, ja od razu wiedziałem, że ty to swój chłop jesteś! igor.jpg 9.3 KBTej nocy po powrocie z lektorium miałem dziwne zwidy. Stojąc w kominkowej widziałem dwie niewiasty, które pojawiły się w Chacie z plecakami na plecach o godzinie drugiej w nocy. Później jeszcze próbowałem nawet z nimi rozmawiać, a jeszcze później się dowiedziałem, że to nie były żadne zwidy i że owe dziewczynki we dwie weszły rzeczywiście o drugiej w nocy na Górę, co więcej zrobiły to bez latarek i będąc na Otrycie po raz drugi w życiu. A jeszcze później dowiedziałem się, że jedna z nich, ta blond anielica z włosami do pasa zakrywającymi nieskalane skrzydła, zostanie kobietą mojego życia. Ale to już zupełnie inna historia...

Igor Czajka



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011