Klasyczny Zestaw Otrycki

MOJA HISTORIA OTRYTU
Klasyczny Zestaw Otrycki

Chociaż niby jestem zaliczany do Starych Otrytczyków, to jednak zacząłem tam bywać, kiedy Chata już stała. Pierwszy raz przyjechałem tam w lipcu 1976, drugi raz - zimą, na Sylwestra 76/77. Byłem wtedy rok po studiach, po roku pierwszej pracy w z takim trudem wyuczonym zawodzie magistra fizyki. Bieszczady właściwie były takie same jak teraz. Tam gdzie były wtedy świeże rany-poręby, teraz rośnie spory las, i przeciwnie: gdzie był las, teraz malina. Nieodwracalnie ubyło starych grubych drzew, przede wszystkim na grzbiecie Otrytu. Nie ma już takich olbrzymich jodeł jak wtedy - ale średnio wszystko jest jak było.

Miałem szansę poznać Chatę i jej ludzi już rok wcześniej: latem 75 chodziłem po tych górach, już mieliśmy przejść całym Otrytem - ale pogoda była nie taka, czy coś innego; w końcu ominęliśmy Otryt pekaesem. Ktoś wtedy mówił, że na górze grupa studentów coś buduje... I tak nie zobaczyłem wtedy, co.

Przed latem 76 powiedział mi Wojtek Sady (dziś poważny profesor filozofii w Zielonej Górze), że na Otrycie - tam gdzie jest budowana ta Chata - będą się odbywać jakieś "działania para teatralne", jakieś warsztaty czy coś takiego...aa.jpg 13.9 KB Nikt jasno nie wiedział co to ma być, ale oczekiwania mieliśmy wysokie. Jak na szpilkach przesiedziałem w mieście do końca egzaminów wstępnych (jako młody i jeleń byłem oczywiście w komisji) - i około 20 lipca spakowałem plecak i dotarłem do Chmiela a stamtąd na Górę. Wtedy do Chaty chodziło się od Chmiela, teraz ta ścieżka chyba już zarosła.

Pamiętam świeże wióry, zapach świeżego drewna, klimat budowy, którą niby skończono, ale jeszcze wciąż trzeba coś poznawać. Zaraz na wstępnie jakiś rudzielec łudząco podobny do Rozbójnika Rumcajsa surowo mnie pouczył, jak mam trzymać siekierę. (To był Bil Ptasznik, legendarny pierwszy gospodarz chaty.) Poznałem szefa turnusu, (ś.p.) Artura Bodnara. Był jakiś Szwed dwa metry długi, z którym można było tylko po angielsku - potem z nim nosiłem długie żerdzie jodłowe i dziwiło mnie, jak szybko ten wielki chłop się męczył. Pod wieczór rozszedł się szmerek, rumor: Kliszko... Kliszko.... Nikt nie potrafił mnie uświadomić, kto to ów Kliszko, zresztą, jak się szybko przekonałem jasność informacji nie była (nigdy chyba!) najmocniejsza stroną Otryckiego światka. Henryk Kliszko rzeczywiście się pojawił, przyszedł skądś z dołu, i zainicjował Wielką Naradę wszystkich obecnych, pod hasłem: "co robić?".

Moim pierwszym wrażeniem było jakieś "deja vu". W poprzednich latach zdarzało mi się ocierać o ówczesne organizacje studenckie, i miałem nadzieję, że jako człowiek poważny i mający studia za sobą już więcej w te klimaty nie wejdę. Miałem szczerze dosyć bicia piany, budowania pozorów i szczególnej atmosferki, jaką wówczas wytwarzali tzw. działacze. A tu miałem przed oczami cały ten działacki folklor. Jednak... nie od razu, ale w końcu dałem się wciągnąć. (Oczywiście wtedy żadne "działania parateatralne" się nie odbyły.)

Bardziej niż ten pierwszy kontakt latem zauroczył mnie pobyt na Sylwestra. Ja byłem wtedy w życiu na etapie buntowanie się przeciwko estebliszmentom, nie czułem duchowego pokrewieństwa z rówieśnikami, którzy właśnie żenili się i startowali do karier na jakichś głupich etatach; czułem, że to, co osiągnąłem i kim jestem, to stanowczo za mało. Marzyły mi się bardziej spontaniczne, bardziej autentyczne stosunki miedzy ludźmi... (Czy ktoś pamięta, jakim fałszywym, zakłamanym, pozornym światem była Polska za Gierka? Wielką poczekalnią? Obejrzyjcie sobie komedie Barei.) Wtedy zimą 76/77 na Górze byłem w samym środku formowania się czegoś bardzo autentycznego...

kliszko.jpg 12.4 KBPotem byłem jeszcze dwa razy tej samej zimy. Zwolniłem się z zajęć na studiach doktoranckich (takie zabawne rzeczy wtedy robiłem...) i przesiedziałem w Chacie u boku Bila i paru innych włóczęgów dwa miesiące na wiosnę. Właśnie tak wpadłem w Otryt jak w nałóg. Czasu miałem dużo, kolej była tania, połączeń Warszawy z Bieszczadami więcej niż teraz. Zacząłem na Otrycie bywać kilkanaście razy do roku.

Wtedy też - w roku 76 i 77 - uformowało się coś, co nazywam Klasycznym Zestawem Otrytczyków. To nie byli ci pionierzy, którzy Chatę wymyślili, znaleźli dla niej miejsce i sposoby na budowę. (Nie mówię: pieniądze, bo w tamtych czasach nie o pieniądze chodziło. A o co, to mogę dla młodzieży napisać osobny artykuł uświadamiający.) Z Pionierów z chatą związali się Bil i Henryk Kliszko. Kilku z nich pojawiało się czasami, ale ton nadawał właśnie ów Klasyczny Zestaw. Wyliczę kilka osób, a jeśli kogoś pominąłem, to pod adresem Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. czekam na sprostowania. Oczywiście nie wymienię wszystkich ówczesnych stałych bywalców, tylko postaci najbardziej rzucające się w oczy.

A więc... Jurek Szczupaczyński, wtedy jeszcze student socjologii, wioślarz i jeździec, który na Otrycie realizował się w roli silnego człowieka, takiego co to wiele może i wie wszystko co trzeba; i rzeczywiście przy nim wszyscy - a zwłaszcza kobiety - czuli się bezpieczniej.

Leszek "Aby" Dolata, urodzony w Birobidżanie na Syberii, świadomy swojej rasy Żyd (kiedyś przyjechał spóźniony o dobę, bo - jak twierdził - szabes przeczekiwał na dworcu w Rzeszowie), zarazem jedyny (SIC!) w tamtych czasach anarchista i... bezpaństwowiec. Aby był bywalcem świata, studiował coś - ale nie skończył - w Berlinie (Zachodnim!), znał wszystkie możliwe języki. Kiedyś szczęka mi opadła, jak (na Górze oczywiście) rozmawiał po z Holendrami po niderlandzku. I to mało że rozmawiał - trajkotał!

Rok po mnie na Górze pojawił się nawiedzony poeta z ówczesnej stolicy polskiej awangardy, Wrocławia (świeżo w pamięci miano tam wtedy Grotowskiego i Wojaczka) - Chrystian Belwit.bb.jpg 10.9 KB Rzucił liceum, wędrował po świecie, pomieszkiwał kątem tu i ówdzie, totalny drop-out; dla kogoś takiego jedynie Bieszczady mogły być domem. Na Otrycie nauczył się grać na gitarze, i wcielił się w rolę grajka-włóczęgi, gnanego wiatrem...

Jakoś wtedy też zajrzał do chaty - i został jako wierny do dziś bywalec - kolejny otrycki oryginał, Komisarz, czyli Mariusz (nomen-omen!) Twardowski. Ten, w przeciwieństwie do brodatego Abego i włochatego Chrystiana chodził ogolony na łyso, na nadgarstkach nosił rzemienne opaski z ćwiekami, i ciężkie buty, którymi tupał. (Dziś by został zaklasyfikowany jako skin, ale wtedy takowych jeszcze nie było. Wtedy świat w ogóle miał dużo bardziej rozmyte zarysy.) Mariusz uważał się za Ukraińca i prawego dziedzica Bieszczadów, i świat widział w kategoriach swój-obcy, sojusznik-wróg, czarny-biały. Uwielbiał ryzyko i mocne wrażenia i z tego powodu chwytał żmije gołą ręką; ulubiony popis bieszczadzkich twardzieli.

Do Klasycznego Zestawu zaliczał się też (ś.p.) Artur Lignowski, zwany później Mak-Arturem, stary (doświadczeniem, nie wiekiem - kiedy go poznałem, miał 25 lat) ideowy hippis rodem ze słynnej w tym światku Mławy. Artur, zanim zamieszkał w Chacie, parę lat już żył w Bieszczadach; był wśród tych, którzy pod Połoniną Caryńską założyli wioskę wolnych ludzi i zbudowali bez niczyich pozwoleń chatki, w których mieszkali.

Kogo jeszcze muszę wymienić? Wspomniałem już Wojtka Sadego, który - chociaż nie bywał w Chacie zbyt często - był, i to się czuło, jednym z filarów tego towarzystwa. Wojtek przyniósł na Otryt kult swoich dwóch mistrzów: Wittgensteina i Krishnamurtiego. Drugim otryckim intelektualistą był Paweł Karpowicz, który wtedy jeszcze nie był ani kapłanem Zen, ani znawcą chasydyzmu, ani biegłym psychoterapeutą wyciągającym ćpunów z bagna. I wspomnieć jeszcze muszę osobliwą postać, jaką był Jarek Orłowski, charyzmatyczny i diaboliczny samozwańczy reżyser, jeżdżący z grupką oddanych sobie młodzieńców o aniołkowatym wyglądzie.

Cóż, pominąłem ze sześćdziesiąt osób - wybaczcie mi! A czemu nie wspomniałem ani jednej kobiety? Już się poprawiam. Wspomnę tylko jedną, która została mi w pamięci jako dobry duch Otrytu: Basię (wówczas) Lipińską, która jak senne marzenie unosiła się po Chacie, nucąc liryki przy gitarze... Ale Otryt, przynajmniej ówczesny, był to świat męski. Kobiety zjawiały się i z upatrzonym kandydatem na męża odpływały w doliny. Mężczyźni wracali, i wracają dotąd.

Tamta Klasyczna Epoka Otrytu skończyła się wraz z końcem lata 1980. Świat się gwałtownie wtedy przebudował. Bieszczady zeszły na daleki plan.jozwiak.jpg 7.7 KB W stanie wojennym zimą z 81 na 82 na Otryt weszli funkcjonariusze i Bila wsadzili do więzienia. Chata została zamknięta, a jej przywrócenie do życia to osobna historia.

Ja sam wtedy też się oddaliłem, ku innym "sektom i komunom". (Gdybym miał napisać całość moich wspomnień, chętnie nadałbym im właśnie taki tytuł: "Moje komuny i sekty".)

Wojciech Jóźwiak



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011