Otryt jak stare buty

OTRYT JAK STARE BUTY

Zjazd sentymentalny - tak nazwaliśmy - nasz wypad na Otryt. Dla niektórych był to powrót do Chaty po 10 latach. Chyba nie było ani jednej osoby, która nie obawiała się tego spotkania po latach. Wyposażeni w rodziny, dzieci, pracę, zmarszczki i nadwagę oraz codzienne problemy ludzi dorosłych zastanawialiśmy się czy to w ogóle ma sens. Czy nie okaże się, że do siebie zupełnie nie pasujemy i razem nie pasujemy już do Chaty. Okazało się, że można cofnąć czas...

MALINA:
- Było NADZWYCZAJNIE!
Może dlatego, że chciałam, żeby było po prostu tak jak dawniej. I tak było. A nawet lepiej.
Dlaczego? Ponieważ pozbyliśmy się dawnych pretensji. Pretensji do bycia np. Najlepszym Śpiewakiem, Najlepszym Gawędziarzem, Największym Roztargnionym, Osobą Pozostającą w Najlepszych Kontaktach z Gospodarzem Chaty, Największym Pijakiem, Najlepszym Kucharzem, Największym Plotkarzem etc, etc... Zrealizowaliśmy już w życiu swoje ambicje i teraz to już była sielanka. Ot tak sobie i ze sobą - byliśmy sobą. Cichsi, łagodniejsi, ładniejsi, bogatsi o kupę wspomnień a czasem też ładnych małżonków, ładne dzieci, ładną pracę itd...Dziewczyny zgrabne, obowiązkowo bez cellulitu, zadbane, uśmiechnięte. Panowie przystojni, w pachnących czarnych bokserkach (Mario, nie ustaliliśmy, jakiego płynu do płukania używasz - od razu wyjaśniam, że Mario prezentował bokserki, po wyjęciu ich z plecaka, zanim trafiły na jego pupę). Troszkę delikatniejsi i bardziej eteryczni - Grześ Kostrzewski, nieboraczek, miał zadyszkę po wniesieniu dwóch kubełków z wodą. A ile musiałam się nagadać, żeby go do spacerku z kubełkami namówić!
Kuba fotograf nam zmężniał, wydoroślał; Komisarz i Waldek z Łodzi przyglądali się nam wzrokiem pełnym zadumy i wzruszenia. Tak szczęśliwi tatusiowie patrzą na swoje dziatki. Kuba Antoszewski wygrywał nastroje i podgrzewał atmosferę na wszelkich sprzętach i przedmiotach, które wpadły w jego jazzowe ręce. Mateczki. Iza i Agniecha dochowały się takich "warkoczyków", że aż zazdrość chwyta. Mówię to jako "posiadaczka" samych siusiaków. Mój Jasiek doszedł do tego samego wniosku, ponieważ dogadał się z cieniem Emilki, że zajmie jego miejsce na czas pobytu na Otrycie. Natomiast Mario Rzanny został jednogłośnie okrzyknięty najbardziej ukochanym wujkiem wszystkich małoletnich Otrytczyków i (jak to będzie?) Otrytek, Otrytinek, Otrytczanek?.
Kacha, taka sama Kacha, tyle że jakaś drobniejsza i Niekudłata. Przemek - jak dawniej baczny i cichy obserwator. Magda Majewska/ Dobrowolska też nie sprawiła zawodu i mimo że na co dzień, po operacji strun głosowych, mówi normalnie, to była tak miła i na czas wyjazdu nieźle ochrypła. Nawet Waldek Witkowski wszedł do Chałupy pełen dawnego animuszu, z nieco wyższym czołem niż dawniej ale za to z dużo młodszą, niż wcześniej bywało, towarzyszką:)
Moja koleżanka z BR TVP SA, Bożenka, twierdziła zawsze: "Sam się nie pochwalisz, chodzisz jak opluty!". Nie licząc więc na pochwały pozwoliłam sobie wziąć sprawy w swoje ręce. Tym bardziej, że powyższe zawiera szczerą prawdę.
Pozdrawiam Was wszystkich - Wielkich Obecnych i Nieobecnych. Myślę, że pomysł ponawiania Zjazdu w tym właśnie gronie, raz do roku, w formie jakiegoś przedłużonego weekendu, jest znakomity. I już się zapisuję na kolejny wyjazd.

MAGDA:
Od rana zbieram się, żeby do Was napisać i trochę poprawić sobie samopoczucie. Bo jakie ono może być kiedy jeszcze wczoraj było taaaak PIĘKNIE. Trochę się bałam tego wyjazdu, ale nakręcona mailowymi "zachętami" pojechałam. I było tak, jak kiedyś. Pięknie, nastrojowo i odrobinę leniwie. I ludzie, jeżeli się zmienili, to tylko in plus. Niektórzy zmężnieli, inni dojrzali, a kibitki - jedna w drugą piękniejsza.
Było jakoś tak spokojniej niż kiedyś, ale nie w sensie braku czynów, ale wewnętrznego spokoju.
Szczególnie wzruszył mnie Komisarz. Już nie "MACZO" za wszelką cenę, ale zakochany Mariusz w niejakiej Hance i Maurycym!, Na Otrycie, jako ten "ojciec". Dzięki Ci Komisarz, za cudowny balsam na me sterane struny głosowe (śmietana+miód+cytryna=przepis już przeze mnie kupiony). I Grześ, jakiś taki spokojniejszy i dobre wino popijający (czyżby "komisarzówka" kuła go już teraz w ząbki?). Co prawda sądząc po "przygodach" jakie spotkały go w drodze powrotnej do domu, nie pozbył się do końca "fantazji ułańskiej".
Cóż, było pięknie i te Bieszczady takie kolorowe.

OLA:
Bardzo było miło Was wszystkich zobaczyć. Dla mnie też Otryt okazał się jak stare buty (cytuje Izę), wygodny, domowy, a podejście jakby krótsze (?). Żeby się dołączyć do ogólnych wyrazów wdzięczności, wielkie podziękowania Markowi Malutkiemu, Kasi, Andrzejowi Gradzkiemu i Mariowi za chwalebny czyn mobilizacyjny. Osobne podziękowania dla Przemka, który wrócił ze mną do Warszawy lawetą i bez zbędnej przemocy skłonił do udania się na Otryt w tradycyjna, osiemnastogodzinną podroż. Podróż była to fantastycznie otrycka z trzema przesiadkami i poranną kiełbasą z grilla na dworcu w Przemyślu. Słowem, prawdziwe katharsis. Bardzo też dzięki Joannie i Andrzejowi i Markowi za powrót, bo uratowali dzień, który miał być nieskończenie smutny z powodu wyjazdu. I Gwizdkowi, który biedny pozmywał za nas wszystkich naczynia na niewdzięcznej, ostatniej wachcie.

ARIADNA: Umiłowani Bracia i Siostry
Jeszcze dwa dni temu byliśmy razem, ale oto niezbadane wyroki Pańskie rozproszyły nasze stadko po różnych biurach i kantorkach, gdzie teraz gapimy się bezmyślnie w ekran komputera, by ukryć przed szefami swą niechęć do pracy.
Było uroczo, chociaż Mario uszczęśliwił mnie naprawdę bardzo lekką wachtą trwającą prawie całą sobotę i składającą się z kilku wyszukanych dań. Na szczęście nieoceniony Komisarz umiał usmażyć szpyrkę i zrobić pomidorową ze śmietany i musztardy. Kaśce Kudłatej i Malinie dziękuję za to że pożyczyły mi laczki, których zapomniałam zabrać. I chcę jeszcze raz kategorycznie zaprzeczyć plotkom, by Kudłata chrapała. To na pewno byli turyści. Mam nadzieję, że wszyscy zakopani zostali odkopani, a ich bardzo ładne samochody wciąż nadają się do użytku. Grzesiu, dojechałeś?

GRZEŚ KOSTRZEWSKI:
Jestem szczęśliwy! Spotkałem bandę inteligentnych i wesołych ludzi. Jak zawsze w Klubie Otryckim. A o to w świecie najtrudniej. Dookoła prawie same głąby i ponuraki. Choć już i łzy były na Otrycie. Łzy po Wojtku. Ja zwyczajnie tęsknię za Nim.
Informuję, że fakty opisane przez Kubę są prawdziwe. Lecz pozwolę sobie przedstawić Wam swoją interpretację tego zdarzenia. Uczynię to po powrocie z Palermo, gdzie udaję się by odetchnąć atmosferą pełną zrozumienia dla mojego widzenia świata. Jadę tam gdzie nie zdewaluowały się pojęcia honoru i lojalności. I gdzie moi tamtejsi przyjaciele w pełni rozumieją i popierają moje sposoby prowadzenia interesów i rozstrzygania ewentualnych sporów.
Obiecuję, że siedząc na plaży i popijając wino pomyślę o Was. Przez chwilę.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011