KOPARKA

O tym, jak koparka na Otrycie pracowała

Ręce urywają się pod ciężarem wiader z pomyjami... Któż z nas nie zna tego uczucia? Ci, którzy w łazience spędzili "oczyszczające" chwile i chcieli to miejsce pozostawić w należytym mu stanie, doskonale pamiętają "wycieczki" w stronę Polany. Jeszcze częściej ścieżkę udeptywali Ci, do których należała wachta. Każdego dnia dziesiątki litrów wody trzeba było wynieść do miejsca, które wszyscy dobrze znamy. Jedni czynili to bez większych objawów niezadowolenia, natomiast dla niektórych stanowiło to problem na miarę poważnej wyprawy. Jednak większego wyboru nie było - wiadro do ręki, uśmiech na drogę i dzielne kopytkowanie w stronę sławojki.

Sam już nie pamiętam, kiedy przyszedł nam do głowy pomysł zmiany tego stanu rzeczy. Zapewne miało to miejsce w czasie długiego, otryckiego wieczoru obfitującego w produkty, na które monopol wciąż posiada państwo. To by też w znacznej części tłumaczyło fakt podjęcia tej, dla niektórych dziwnej, decyzji.

Kanalizacja - to z pewnością zbyt duże słowo i nie bardzo pasujące do tego miejsca, odpływ - zbyt banalne. Cóż więc chcieliśmy zrobić? Odpowiedź nasunęła się sama: wykopać wielki dół na pomyje i położyć troszeczkę ponad sto metrów rur. Może jeszcze jakiś mały filterek, albo chociaż kratka zatrzymująca większe zanieczyszczenia i problem wynoszenia wiader zostanie załatwiony raz na dłuższy czas. Pomysł wydał się o tyle ciekawy, że był straszliwie prosty. Jednak to brakujące pytanie musiało w końcu paść. Kto wykopie stumetrowy rów, głęboki na prawie metr i zakończony dużym zbiornikiem, gdy nawet nie wiadomo, czy pod cienką warstwą ziemi nie ukrywa się twarde, skaliste podłoże? Kolejne porcje eliksiru dobywane z wnętrza Mamuśki skierowały dyskusję na jeden tor. Potrzebna jest koparka...

Szybko okazało się, że w tym szaleństwie jest metoda. Tylko gdzie znaleźć sprzęt, który wjedzie pod samą Chatę? Może wykorzystać coś na bazie DT-75, potocznie zwanego detem? Może..? Tak! To jest myśl! Przecież ja mam w pracy wprost idealną do tego celu koparkę. Jest przy tym wielofunkcyjna, sterowana głosem i potrafi pracować w dowolnej czasoprzestrzeni. Dodatkową zaletą jest fakt, że z pewnością dotrze w każdy zakątek Otrytu. Pracuje stosunkowo wydajnie, nie jest kosztowna w eksploatacji, a wielomodułowa konstrukcja z aktywną redundancją znacznie podnosi wskaźniki niezawodności. Duża odporność na warunki otoczenia, elastyczne warunki klimatyczne oraz możliwość pracy z praktycznie dowolnego źródła zasilania zadecydowały, że tuż po powrocie do Krakowa zacząłem przygotowywać się do kolejnego wyjazdu, tym razem w celach remontowych.

Najtrudniejszy okazał się wybór właściwych modułów. Po kilku dniach starannego ich dopasowywania udało mi się stworzyć siedmioelementowy, dobrze współpracujący ze sobą mechanizm. Oczywiście w wersji podróżnej oraz pracującej w terenie, musiała zostać dodatkowo zaimplementowana jednostka kontrolno-sterująca. Kolejnym etapem było dokładne zaprogramowanie elementów czynnych tak, aby z możliwie największym prawdopodobieństwem wyeliminować ewentualne niespodzianki, które mogłyby przydarzyć się w czasie transportu lub pracy koparki w obszarach oddalonych od większych ośrodków cywilizacji. Teraz pozostało już tylko wygospodarować wolny tydzień i w drogę...

Podróż minęła bez specjalnych problemów i w kwietniowy poniedziałek roku dwutysięcznego, w okolicach południa znaleźliśmy się w Zagórzu. Dalsza droga też nie sprawiała większych trudności, gdyż koparka jest konstrukcją bardzo mobilną i elastyczną. Niezwykle szybko potrafi zaadoptować się do panujących warunków, a tym samym również do bieszczadzkiej komunikacji. Tym sposobem po kilku minutach załadowany bus mknął w stronę Dwernika. Gdy tylko dotarł do celu, w koparce zaindukowały się dodatkowe zapasy energii, wszystkie jej moduły automatycznie przełączyły się w znacznie wydajniejszy tryb pracy, a synchronizacja pomiędzy nimi i jednostką kontrolno-sterującą osiągnęła zadziwiający poziom. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem ją w tak dobrym stanie. Niewątpliwie zaczęła oddziaływać magia Bieszczadów.

Pora na pierwszy test. Trzeba dotrzeć do Chaty. Krótka reorganizacja układu i od tej pory koparka sama podąża wzdłuż ścieżki, jedynie od czasu do czasu korygowana przez ciągle czuwający element sterujący. Prędkość, z jaką pokonywała kolejne metry przewyższenia, była nawet dla mnie sporym zaskoczeniem. Korzystałem już wcześniej z poszczególnych jej elementów, ale nigdy przedtem współpraca z nią nie była tak łatwa i bezproblemowa. Teraz jest wręcz przyjemna. Do Chaty dotarliśmy w czasie dużo krótszym, niż godzina. Na górze czekała na mnie kolejna niespodzianka. Atmosfera tego miejsca znacznie wzmocniła zjawiska, które miały miejsce tuż po opuszczeniu busa. Koparka była gotowa do pracy. Zostały jeszcze szybko wymienione warstwy zewnętrzne, zwłaszcza te, które najbardziej narażone są na zabrudzenia. Jej moduły inteligentne szybko oceniły twardość gruntu, grubość korzeni, temperaturę otoczenia, bliskość źródeł zasilania (sklep u Doroty), możliwości regeneracji obwodów i zgłosiły gotowość do działania. Dalej wszystko było już bardzo proste. Musiała jeszcze tylko zostać określona niezbędna do prawidłowego funkcjonowania koparki czasoprzestrzeń. Po konsultacjach ustalone zostało: kopać spod Chaty, w stronę Chmiela, aż do wieczora. O resztę szczegółów dbała już wewnętrzna logika.

Z dnia na dzień powiększała się długość rowu, jak również ilość doskonale nam znanych, półlitrowych, aluminiowych pojemników po niezbędnym do funkcjonowania koparki płynie. Każdego wieczoru olbrzymie jego ilości były dostarczane przez jednostki wielofunkcyjne wprost od Doroty. W okolicach czwartku kopanie było już prawie ukończone i można było położyć rury. Analizując swoją własną wydajność i estymując czas konieczny do zakończenia pracy, koparka podjęła decyzję o przełączeniu się w tryb oszczędny. Nie chodziło tu bynajmniej o oszczędności środków materialnych, lecz własnej, fizycznej pracy. Tym sposobem więcej czasu można było przeznaczyć na pochłanianie substancji dostarczanych przez sprawnie działające moduły logistyczne. Przy tej okazji ujawniła się kolejna zaleta koparko-wnoszarki. Jedna z jednostek aktywnie udzielała się w góralskiej orkiestrze dętej, co w oryginalny sposób uprzyjemniało długie, otryckie wieczory. Niestety, Chata w tamtym okresie świeciła pustkami. Pobyt i sprawne funkcjonowanie koparki znacznie ułatwił Artuditu, dbając pieczołowicie o strawę. W sobotę przed południem prawie wszystko zostało już zakończone. Rury zostały zasypane ziemią, większe kamienie pozbierane i wygląd południowego stoku zaczął powoli powracać do stanu sprzed tygodnia. Dużym urozmaiceniem, oprócz upieczonego w czasie któregoś wieczoru barana, była wizyta pseudosurwiwalowej grupy z jednej z warszawskich firm. Współpraca z nimi, a właściwie pomoc przy przenoszeniu plecaków, zaowocowała obficie w czynniki, dzięki którym niezwykle mile zakończył się pracowity, jednak dla wszystkich bardzo miły i udany tydzień. Kolejny, upieczony w sobotę wieczorem baran uwieńczył ciężką pracę koparko-wnoszarki. W ferworze pracy powstał też dół pod służbowy kibelek.

Niestety, tydzień dobiegł końca i trzeba było opuścić to przemiłe miejsce. Ślad po ciężkiej pracy dzielnych żołnierzy z krakowskiego batalionu widoczny był jeszcze przez ponad rok, a z efektów realizacji tego niecodziennego pomysłu od kilku już miesięcy wszyscy możemy korzystać.

Marcin Ząbek



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011