1989 - 2001

MOJA HISTORIA OTRYTU

1989 - 2001

Po raz pierwszy przyjechałem na Otryt do Chaty Socjologa w 1989 roku. Miałem przerwę pomiędzy maturą pisemną i ustną, a że mieszkałem w niedalekim Przemyślu wyjazd nie sprawiał mi żadnego problemu. Wsiadłem do autobusu PKS i za 2 godziny byłem już w Ustrzykach Dolnych. Stamtąd ruszyłem jak prawie każdy świeży bieszczadnik do Ustrzyk Górnych. Poznałem tam gościa, który zaprowadził mnie do magicznego - jak to odkreślił - miejsca. A była to oczywiście Chata Socjologa - nasza Chata. Leźliśmy z Połoniny Wetlińskiej przez Dwernik Kamień na Otryt. Na Dwernik Kamieniu spotkaliśmy ówczesnego gospodarza - Maruchę. Złapała nas totalna ulewa, a że mieliśmy na sobie wielkie i ciężkie plecaki szliśmy bardzo wolno. Do Chatki dotarliśmy późnym wieczorem. Weszliśmy do środka całkowicie mokrzy. Nie mieliśmy na sobie ani jednego suchego ciucha. W środku było masę ludzi, trafiliśmy na obóz filozoficzny z filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. Przysiadłem przed wielkim rozpalonym kominkiem, a z kuchni otrzymaliśmy wielki kubek gorącej herbaty. Przy kominku siedziało sympatyczne dziewczę, z którym, a jakże, zaraz nawiązałem znajomość. Ja wówczas jeszcze maturzysta, a ona już studentka chyba 2 roku filozofii. Tak mi się tam spodobało, że zostałem przez kilka dni. Nie musiałem się martwić ani o jedzenie, ani o zapłatę za nocleg. Przyłączyłem się po prostu do obozu. Za spanie płaciłem symboliczną złotówkę, za to musiałem popracować na rzecz Chaty, czyli rąbać drewno, nosić wodę etc... Tak się wkomponowałem, że ani ówczesny gospodarz, ani szefowa obozu, nie wiedzieli kim jestem. Jak się później dowiedziałem myśleli, że jestem facetem jednej z uczestniczek obozu. A czy tak było czy nie zostanie to moją tajemnicą.

Od tego czasu przyjeżdżałem na Otryt kilka razy w roku. Po maturze dostałem się na studia w Krakowie, studia, które nie miały nic wspólnego z socjologią, psychologią czy temu podobnymi naukami. Ale przez to nie czułem się bynajmniej w jakikolwiek sposób ignorowany. Wręcz przeciwnie. Pomyślałem, iż sylwester 90-91 należy przeżyć właśnie tam - w Chacie Socjologa. Tak też zrobiłem.

Przez następne 2 lata niestety przyjeżdżałem troszeczkę rzadziej, co bynajmniej nie oznaczało niechęci z mojej strony do Otrytu. Bodajże od roku 1993 byłem już praktycznie stałym gościem Chatki. Zostałem wtajemniczany w wiele spraw klubowych i "chacianych". Poznałem w tych latach ludzi, którzy pomogli mi się później zaaklimatyzować w nielubianej przeze mnie Warszawie. Przyjeżdżałem na każdego Barana i Sylwestra. Nie opuszczałem żadnej okazji odwiedzenia Otrytu. Zauważyłem jednak z niepokojem, że Chata, a raczej jej stan się pogarszał. Ząb czasu nadwerężył drewnianą konstrukcję Chaty, a z remontami było coraz gorzej. Prezesem Klubu Otryckiego był wtedy Mariusz Rz., gospodarzem Andrzej zwany także, a może przede wszystkim, Leninem. Ja nazywałem go Gruby (bynajmniej nie z powodu tuszy). Bodajże w roku 93 lub 94 odbył się Sylwester, podczas którego o mały włos nie spłonęła Chata. Prawdopodobnie było to podpalenie, ale tego do końca nie wie nikt. Wtedy brałem czynny udział w gaszeniu palącego się kawałka dachu koło komina. Wdrapałem się na drabinę z gaśnicą, a gaśnica, jak się okazało była delikatnie mówiąc zepsuta. Na szczęście ogień nie był duży i to co wypłynęło z gaśnicy starczyło, by ugasić pożar. Później były rozprawy ówczesnych władz Klubu, czy aby gospodarz nadaje się dalej na gospodarza, czy należy go zmienić. Ale tak było ponoć zawsze, o czym przekonałem się osobiście kilka lat później.

Po tym sławetnym Sylwestrze sprawa troszeczkę przycichła. Nie wiem dokładnie co się działo, ponieważ miałam rzadki kontakt z Klubowiczami - studiowałem w Krakowie, a do Warszawy jakoś mi spieszno nie było. Gruby dalej gospodarzył na Otrycie, a Klub chyba zapomniał o tym co się stało (jeżeli się mylę proszę o sprostowanie).

Po roku 94 bywałem bardzo często na Otrycie. W zasadzie średnia roczna wychodziła w okolicach 10-12 razy. Poznałem kolejnych gospodarzy, a jak się później okazało zastępców gospodarza, ponieważ Gruby nie za bardzo "kochał" Otryt zimą (co jestem w stanie zrozumieć, bez urazy oczywiście), więc wynajdował chętnych do pilnowania Chaty w okresie "bezludzkim". Poznałem wtedy hrabiego, Bińka, Piotrka. Znajomość z hrabią jakoś nie układała się zbyt dobrze. Później słyszałem, że wielokrotnie zastawiał Chatę bez opieki, a czasami popełniał podstawowe błędy. Potrafił napalić w kominku prawie tak, że żar się z niego wysypywał, sam natomiast napajał się horyłką i kładł się obok pieca. To chyba czyjś duch czuwa nad tym miejscem, że nie stała się jakaś tragedia. Z Bińkiem nasza znajomość układała się w miarę poprawnie. Był jeszcze Piotrek, ale nie wysiedział w Chacie dłużej niż 2 miesiące. Miał widocznie dość samotności i uciekł jak tylko nadarzyła się okazja. W pamięć wbił się tym, że chciał oddawać plastikowe opakowania w zamian, jak to określił, za tkaninę polarową. Nie wiem skąd miał takie pomysły. Ale z drugiej strony Otryt zawsze miał dziwnych rezydentów. Po jakimś czasie dowiedziałem się, iż ów Piotruś miał wybadać sprawę zrobienia bazy narkotykowej w Chacie. Uff!

W tym czasie niestety Klub jakby przestał interesować się tym, co dzieje się w Chacie, co robi gospodarz. Przestał jakby istnieć. Nie wiem dlaczego tak się stało, ale... Popełnionych masę błędów i wiele spraw zostało zawalonych. Wspomnieć należy choćby umowę o dzierżawę terenu i chaty.

W końcu nadszedł rok w którym Chata obchodziła 25 - te urodziny. Ja byłem już tak zaangażowany emocjonalnie w Chatę, a jednocześnie posiadałem pewne umiejętności organizacyjne, że zostało postanowione, iż wespół z Leninem zrobimy imprezę 25-lecia Chaty. Myślę, że impreza nam się udała, przy współpracy innych stałych bywalców i ludzi kochających to miejsce. Nie czas teraz aby wymieniać z nazwiska, myślę, że wiecie czyja to zasługa.

Impreza ta, miała jakby bezpośredni wpływ na to, że zacząłem się baczniej przyglądać i interesować tym, co dzieje się w Chacie. Coraz bardziej widziałem, że z ideą Otrytu jest coraz gorzej, że Chata się prawie wali, że... Ponieważ musiałem opuścić Kraków w poszukiwaniu "chleba", wylądowałem w Warszawie, gdzie miałem bezpośredni kontakt z Otrytczykami.

W końcu dojrzała w mojej głowie myśl uporządkowania spraw Klubu, Chaty. Niejako sam się wybrałem prezesem Klubu (skromny jestem, nie?). Pomocników także miałem zacnych: Kubę Krupę, Kazimierę, czy Joannę i Andrzejka Pawlików, i kilka jeszcze innych osób. Lenin w tym czasie zaczął przebąkiwać, że nie ma już ochoty następny, ósmy rok gospodarzyć na Otrycie. Nie wdawałem się w domysły dlaczego, ale z drugiej strony jestem w stanie go zrozumieć. Po kilkunastu latach bywania na Górze a chyba przez siedem gospodarowania, też miałbym dość. Umówiliśmy się, że od wiosny 98 roku musimy znaleźć nowego gospodarza. Tak więc od wiosny 98 roku na Górze zainstalował się nowy gospodarz - Wojtek Ciombor.

A w Warszawie trzeba było uporządkować sprawy formalne. Czyli urząd miasta, skarbówka, statut, praktycznie reaktywować Stowarzyszenie i wiele innych. Trzeba było także pomyśleć o pieniądzach na remont Chaty. Ale jakoś się udało. Sprawy formalne zostały wyprostowane, nie było to łatwe, ale udało się, pieniądze na najpilniejszy remont także się znalazły. Dzięki Kubie, który pożyczył ze swojej kieszeni. On także jeździł co 2 tygodnie i remontował wespół z Wojtkiem Chatę. Do dnia dzisiejszego udało się załatwić wiele spraw. Remontu wymaga jeszcze: natychmiast dach i ujęcie. A to niestety przekracza nasze możliwości.

I tym optymistycznym akcentem kończę opowieść o mojej przygodzie z Otrytem. Chyba faktycznie jest to magiczne miejsce. Niektórzy twierdza, że jest tam schowany pod ziemią Czakram i chyba coś w tym jest.

Grzegorz Baltazar Kajdrowicz



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011