III Dni Filmowe

III Dni Filmowe na Otrycie

Trochę przypadkowo jestem powołany do zdania relacji z tej wspaniałej imprezy. Raz, że widziałem jej początek, środek i koniec; dwa: znam dobrze organizatorkę – Anię – zaś Patryk wskazał mnie swym długim palcem: „Napiszesz relację..”

Wspomniałem, iż Dni były wspaniałe – i wyjątkowo czuję, że wiem o czym piszę. Udało się wciągnąć do Chaty wielu młodych adeptów socjologii, którzy nigdy wcześniej się Tam nie spotkali. Większość uczestników Dni stanowili studenci IV roku socjologii, a dodatkowo w Chacie był niesamowity Chrystian Belwit, porównywany do Włóczykija z Muminków Mirek z Łodzi, wpadał Prezes Klubu. Bezskutecznie na filmy czekała czwórka z Wrocławia, nie wspomnę o przelotnych grupkach namiotowo – wyalienowanych.

Początkowo Dni stały pod znakiem kłopotów technicznych. Wojtek założył Otrycki Zakład Przewozu Agregatów, którego zielony pojazd regularnie kursował na dół i z powrotem. Gdy już mieliśmy prąd szwankowało video, ponoć z winy słabej jakości kaset. Na szczęście dzięki agrafce łączącej jakieś kabelki było stereo... Cudna Ania – operator – poradziła sobie ze wszystkim budząc niekłamany podziw pseudo fachowców i licznych o tej porze roku świetlików, tłumnie przylatujących w okolice Chaty.

Dni Filmowe zaczęliśmy ambitnie, od „Straży przybocznej” Kurosawy. Poczynania dzielnego samurajskiego szeryfa z powołania zostały przyjęte z szacunkiem acz niezrozumieniem. Następnego ranka odbyła się bardzo poważna dyskusja nad sposobem wyboru filmów. Pomyślicie „Rejs” – błędnie. Tak się złożyło, że przy nowych ławach przed Chatą zebrał się kwiat modułu formalnego z Instytutu Socjologii i dyskutanci przez godzinę gorącej debaty nie powiedzieli ani krztyny bzdury! Ostatecznie wybrano metodę polegającą na rozdzieleniu trzech równoważnych głosów. Tak się jakoś złożyło, że metoda okazała się niekonkluzywna...

Cokolwiek byłoby ustalone Otryccy Elektrycy Wojtki wyłożyli kwestię jasno: dajemy prąd i ma być „Shrek”. Wieczorem obejrzeliśmy więc ów wieloznaczny film oraz „Wilcze echa”, bez których już nie wyobrażam sobie Dni Filmowych. Dzielne przygody ex chorążego Słotwiny walczącego z bandą Moronia oraz koleje romansu Tekli i Aldka Piwka na tle okolic Otrytu można porównywać jedynie z innym DKFowym klasykiem - „Rękopisem..”. Kontynuując wątki azjatycko - szeryfowskie zobaczyliśmy „Ghost Doga” Jarmuscha. Pół Kominkowej szeptało „Power in wisdom” i kiwała głowami w rytm basów RZA, drugie pół spało... Kolejnego dnia „Blask”, podczas którego co poniektórzy podpatrywali metody podszczypywania kobiet w kościele oraz „Fight Club”, który jako jedyny wzbudził kontrowersje i był przedmiotem dyskusji przez dwa dni. Na szczęście byli wśród nas schizofrenicy, domniemani zbawcy ludzkości i miłośnicy przywalenia komuś w mordę potrafiący zrozumieć potrzeby przystojnych bohaterów tego filmu i wyjaśnić to delikatnym (choć po bieszczadzku twardym) paniom.

Ale trzeba przypomnieć, że w czerwcu ciemno robi się dopiero po 20. Coś trzeba było robić w dzień. Trafiła się świetna pogoda, więc sporo było wycieczek w miejsca bliższe i dalsze, które z chęcią podpowiadał Wojtek. W pewnym momencie pogoda była aż za dobra, to zaś spowodowało kłopoty z wodą. Za to kąpiel w dopływie Sanu sprawiała przyjemność niezwykłą, zwłaszcza że niedaleko w Dwerniku młodzi ludzie – muzycy? – otworzyli nową knajpę z dobrą muzyką i fatalnym żarciem.

W samej Chacie muzycznie było nieźle. Porządnych gitarzystów było więcej niż gitar, szybko się dostroili i naprawdę wymiatali. Dodatkowo Belwit udanie wprowadzał nowoprzybyłych w otryckie melodie i wybaczyć można mu straszliwe wycie „Don’t let me down”. Szkoda że Igor ze swą harmonijką dojechał po imrezie bo byłby już bigband, a i bongosów psychologów wszystkim brakowało!

Niedyskretnie wypytywałem uczestników o wrażenia. Wszystkim się podobało, wręcz PODOBAŁO. Kolejne osoby poczuły magię Chaty, z czego pozostaje się tylko cieszyć – bo wszak jest bynajmniej nie obojętne.

Jerzy Kołaczyński



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011