Moja Historia - Pawlik

Krótka (?) historia mojego Otrytu (w odcinkach)
Część I

1. Przydługi wstęp

Ech Komisarzu, nie dziwię się, że było Ci ciężko zabrać się do pisania (patrz jeden z ostatnich Biuletynów), ale jak tu odmówić Małgosi, szczególnie, że teraz to przecież Miłościwie Nam Panująca Prezesowa. Takoż i ja w ciężkich bólach zdecydowałem się napisać w końcu kilka słów. Jak się na koniec okazało, zajęło mi to dużo więcej czasu i papieru niż się spodziewałem...

* * *

Dla mnie historia Otrytu zaczyna się w styczniu 1984 (wcześniej była prehistoria znana mi jedynie z ustnych przekazów bardziej lub mniej sędziwych bajarzy). Zaglądając w tę zamierzchłą przeszłość zdałem sobie sprawę, że dziesiątki, setki wspomnień związanych z Tym Miejscem stanowią w mojej głowie straszliwie nieuporządkowany miszmasz – mieszają mi się daty, chronologia zdarzeń, ich logiczny (?) porządek. Zdałem sobie sprawę, że jedyną możliwością względnego ich uporządkowania jest przypisanie zdarzeń do konkretnych ludzi i że moja otrycka historia, to tak naprawdę historia ludzi, których tam poznawałem, z którymi tam żyłem. Ludzi, którzy byli tam zanim ja się pojawiłem oraz którzy pojawili się po mnie, tych którzy przychodzili i albo zostawali na dłużej, albo odchodzili po jakimś czasie, ale nawet Ci, których już na Otrycie nie ma pozostawili po sobie wyraźny ślad i w jakimś sensie ukształtowali także mnie - takiego, jakim jestem.

2. Na początku był Łoziński...

A właściwie Profesor Łoziński, bo na „ty” przeszliśmy dopiero ładnych kilka lat później. To on namówił do wyjazdu w Bieszczady grupkę nieopierzonych, świeżo upieczonych studentów psychologii. A my, zafascynowani jego osobą słuchaliśmy o tajemniczym, magicznym miejscu na szczycie góry i podjęliśmy decyzję, która dla mnie okazała się jedną z najważniejszych w życiu. Dominika, Czukcza, Baśka, Monika, Sandra, Hanka, Mutor, Martin, Alek, Lodzia... wszystkich nie wymienię. Wspinaliśmy się pod górę i człapaliśmy w dół w głębokim śniegu i siarczystym mrozie naszej pierwszej studenckiej zimy i byliśmy szczęśliwi. To nic, że kulig u Polańskiego się nie udał, bo konie i sanie nie chciały iść przez głębokie zaspy; to nic, że południowy wiatr wywiewał z Chaty każdą, nawet najmniejszą kalorię, że wodę trzeba było wytapiać ze śniegu, a potem i tak przez noc zamarzała; to nic, że Witek wszystkich równo opierdalał za bezdurno – byliśmy szczęśliwi i dla wielu z nas na całe lata Otryt stał się NASZ.

Po jakimś czasie do tego pierwszego grona dołączały kolejne osoby, jak choćby Iza, Jacek Ochman czy moja późniejsza małżonka – Joanna. Seminaria, obozy naukowe (lub „paranaukowe”), a nawet terapeutyczne i oczywiście wszystkie wyjazdy niezorganizowane, czasem po kilkanaście razy w roku – choćby na chwilę – przez kilka lat Chata przeżywała niezły najazd psychologów (myślę, że niektórzy Otrytczycy jeszcze to ze zgrozą wspominają...). Po latach większość tych ludzi jakoś się rozpierzchła, ale nic to – tamte chwile zawsze pozostaną dla mnie bardzo żywym wspomnieniem. A wszystko przez Jurka Łozińskiego. Dzięki Jerzy!

3. Starzy Otrytczycy

Nie sposób napisać o wszystkich, bo w tamtych czasach było ich jeszcze bardzo wielu. Jedni starsi, inni mniej, ale wszyscy dostojni, obnoszący się ze swoją starootryckością, mądrzy doświadczeniem lat spędzonych na heroicznym budowaniu Świętego Miejsca. Nie kpię (no może troszeczkę), mnie rzeczywiście imponowali i sprawiali, że chciałem wniknąć głębiej w to miejsce, ten klimat, zobaczyć i poczuć tak jak oni potrafią.

Taki na przykład Szczupły – Redaktor Naczelny. Na początku trochę się go bałem, ale potem okazał się wspaniałym kompanem zarówno do rozmów (szczególnie o moich – jak przystało na młodego psychologa - problemach wewnętrznych), jak i do pracy czy zabawy. W dzień machający niestrudzenie siekierą lub kilofem, a wieczorami niedbale uwodzący wszystkie młode adeptki otryckości opowieściami o czasach Tytanów, kiedy to w dzień ciężka praca, pot i łzy, a nocą spirytus wiadrami i sperma po ścianach... Dzielnie wspomagał go w tym ostatnim zajęciu Filip – pierwszy poznany przeze mnie Prezes. Prawdziwa dusza towarzystwa, niestrudzony imprezowicz, przy którym trudno się było nudzić, ale i sprawny organizator z dobrymi pomysłami i umiejętnością wprowadzania ich w życie (np. wspólnie usunęliśmy z Regulaminu Chaty punkt o ciszy nocnej, gdy podczas jednej z imprez jacyś turyści zaczęli protestować, że głośno, że gitara, że 3 nad ranem...).

Był też oczywiście Komisarz, barwny swoim upowsko - komandoskim image (Rambo przy nim to mały pikuś), wydzierający się na wszystkich, że „zaraz nóż w stopę”. Jego wytwór alkoholowy zwany komisarzówką (na początku myślałem, że chodzi o córkę – tak zachwalał) urósł do miana legendy, zanim pierwszy raz dane mi go było spróbować. We wszystkim świetnie zorientowany, nieustannie spiskujący, plotkujący i próbujący czymś / kimś manipulować, ale w gruncie rzeczy – złote serce. Z wielką przyjemnością do dziś słucham jego opowieści o „tamtych czasach”, barwniejszych zresztą z każdym dniem. Jeśli chodzi o opowieści, to był też taki niepozorny gość – cichy, trochę misiowaty, emanujący spokojem i ciepłem, na tle rozedrganych, często neurotycznych dusz otryckich – Andrzej Grądzki. Z zamiłowania historyk, kronikarz, etnograf i animator społeczno-kulturalny. Z nikim tak dobrze nie siedziało się późno w nocy przy kominku, w opustoszałej po trudach dnia i wieczora Chacie, patrząc w ogień, słuchając jego niespiesznych, leniwych wręcz galicyjsko - bieszczadzkich legend. Albo po prostu milcząc do siebie.

No i jeszcze Gierbisz, z niepowtarzalnym poczuciem humoru i drobnymi, od niechcenia rzucanymi złośliwościami, które mogły skończyć się płaczem ze śmiechu... lub ze złości – w zależności czy dotyczyły kogoś innego czy właśnie ciebie. Celował w doprowadzaniu niewiast na skraj załamania nerwowego. Niejednokrotnie pomagał mu w tym Kazimiera, wieczny (do czasu) kawaler, traktujący życie i płeć przeciwną z pewnym filozoficznym dystansem i swoistą wyższością. Wtedy jeszcze nie spodziewałem się, że to właśnie z nim spośród Starych Otrytczyków połączą mnie najtrwalsze przyjacielskie więzi, choć swojego czasu odradzał mi małżeństwo (i widzisz Krzysiu, który z nas dwóch ma zawsze rację?).

W tej gęstwinie mężczyzn bywały też oczywiście kobiety, ale w moich oczach tylko jedna z nich w pełni mogła dostąpić miana Starego Otrytczyka. Jedna, ale jaka. Kto z Was nie znał w tamtych czasach Ewy Lewickiej, ten nie zrozumie roli, jaką odgrywała jedyna w historii Kobieta-Prezes, potrafiąca żelazną ręką trzymać porządek na Otrycie, a równocześnie, we właściwy tylko niewiastom sposób wprowadzać atmosferę domowego ciepła i wspólnoty (jeśli tylko chciała).

Niektórym osobom pamiętającym tamte czasy, lub znającym je z opowieści innych, zabraknie tu pewnie wspomnienia o Heńkach – Banaszaku i Kliszce (Wielkim Animatorze) czy Wojtkach – Jóźwiaku i Sadym, o Belwicie i ABYm albo o wielu innych osobach. Cóż, to w końcu nie „Prawdziwa historia Otrytu” tylko moja własna...

4. I nieco młodsi

Na początek dwaj przyjaciele z socjologii Jarek i Artur, szybko awansujący w strukturach Klubu aż do funkcji Prezesa (jeden po drugim, choć w odwrotnej kolejności, jeśli mnie pamięć nie myli). Pełni energii i młodzieńczego zapału potrafili łączyć (pozorne?) sprzeczności imprezowania i filozoficznej chwilami zadumy. Szczególnie w przypadku Jarka z jego gitarą, niewinnym spojrzeniem i skłonnością do słodkich, wermutowatych trunków dawało to wyjątkowy, zapadający w pamięć efekt. Trochę jakby zdystansowany Grześ Kostrzewski – ani stary, ani młody (oczywiście w sensie Otryckości), nie mogący do końca zdecydować czy jest macho jak Komisarz, czy jednak przeszkadzają mu pewne braki cywilizacyjne i siermiężność warunków. Jak wielu Otrytczyków niezbyt skłonny do zwierzeń i dłuższych pogawędek, ale dobry kompan do współbycia, nawet w dość ekstremalnych warunkach. Grzesiowi zawdzięczam wspaniałe „himalaje”, w których jeździłem w Bieszczady przez 12 lat – w życiu nie miałem takich butów i pewnie już nigdy takich mieć nie będę.

Jedną z najważniejszych postaci tego pokolenia – jeśli nie najważniejszą z nich - był Malutki. Na początku długopióry „hipis w podartych spodniach” – cichy, z nieśmiałym uśmiechem na ustach i nieodłączną gitarą w ręku. Rozkręcał się wraz z upływem czasu i nieuchronnym rozwojem otryckich korzeni, a w miarę rozwoju kolejnych imprez rozkręcał się jeszcze bardziej i grał, grał, grał... I do tego jeszcze śpiewał i to tak, że wszystkie panienki natychmiast się w nim zakochiwały i były gotowe rzucić się w ogień na jedno jego skinienie. Ale cóż – on nie zwracał na to specjalnej uwagi (a może w ogóle tego nie dostrzegał?) pochłonięty swoją sztuką z jednej, a organizowaniem, animowaniem, Działaniem (tak jest – takim przez duże „D”) i przewodzeniem, a poza tym, i tak w głowie mu była tylko Ta Jedna... Jeden z młodszych wiekiem Prezesów, miłościwie nam panujący przez trzy lub cztery kolejne kadencje i bez wątpienia można by mu przyznać (dożywotni chyba) tytuł „Najdłuższego Prezesa Klubu Otryckiego”. Muszę wyznać, że okres, kiedy Malutki był Prezesem, a Marucha Gospodarzem (wrócę jeszcze do tego za chwilę) był i pozostanie dla mnie najwspanialszym czasem funkcjonowania Chaty i Klubu – to se ne vrati. Cały czas coś się działo – i w Chacie i w Warszawie. Obozy naukowe i remontowe, zerówki, festyny w Chmielu, działalność wydawnicza i oczywiście imprezy, jakich świat nie widział i atmosfera, do której tęsknię od lat. Kto nie widział Malutkiego w walonkach i czapce-uszatce, który mimo dręczącej go choroby próbuje trafiać siekierą w pieniek, ten nie wie ile stracił.

W tym mniej więcej okresie – bardzo dla Klubu płodnym – pojawiło się w kręgu otryckim wiele innych, młodszych (choć czasem tylko stażem) osób. No i wreszcie kilka niewiast, które na trwałe wpisały się w naszą historię (złośliwcy ukuli nawet na ich określenie termin „Ciotki otryckie”). Wśród nich: podbijająca męskie serca Ariadna o wyjątkowo ciętym języku, zupełnie nie przystającym do jej miłej oku powierzchowności; wspomniana już (choć nie z imienia) Malina, koło której nikt nie przechodził obojętnie – ta uroda, ten głos, te paznokietki malu-malu, etc.; Iza – wzór pracowitości, opiekuńczości i dobrego serca czy Ola – miła, delikatna, a przy tym wspaniały kumpel na każdą okazję, do tańca i do różańca. Również wtedy mniej więcej „zaistniała” w środowisku otryckim moja przyszła żona – Joanna: przyjechała po raz pierwszy i zakochała się tak samo jak ja. Nie mogę też nie wspomnieć w tym momencie Bogny, która co prawda raczej koncentrowała swą działalność w Warszawie, ale stanowiła super ważny element spajający środowisko starszych i młodszych Otrytczyków także poza Chatą. Imprezy u Widłów przeszły oczywiście do historii, więc nie będę ich szczegółowo opisywał, bo – primo: sam nie wszystko pamiętam – i secundo: kto był ten wie, a kto nie był i tak nie zrozumie.

Wraz z opisanymi niewiastami w Klubie i okolicach przybywało też coraz to młodszych facetów, a niektórzy z nich, jak Przemek czy Mario nawet zostawali Prezesami. A w tzw. międzyczasie Kuba Fotograf starał się wszystko utrwalić na kliszach. I tak to się toczyło...

cdn...

Andrzej Pawlik



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011