Słów parę o wyprawie zimowej w Gorgany

styczeń 2004

Wyprawa w składzie: ja, Marcin Ząbek oraz Michała Kukuła.

Michał był uczestnikiem przejścia Karpat 3 lata temu. Kontakt nawiązaliśmy przez Andrzeja Wielochę, szefa mojego „łuku Karpat" z 1980 roku.

Łuk Karpat to przejście 2000 km w czasie jednej nieprzerwanej ekspedycji.

Odbyliśmy parę zebrań organizowanych w moim mieszkaniu. Michał, człowiek z takim dorobkiem jak przejście całych Karpat, wydało się że nie będzie żadnych niespodzianek. Ale niestety często jest tak, że człowiek jak nie odczuje na własnej skórze to nie uwierzy mimo, że tłumaczyliśmy mu, że jest zasadnicza różnica między latem a zimą.

Michał zabrał ze sobą jeden polar i jakiś sweterek wiatrem poszyty.

Kurteczka i śpiwór puchowy go nie ratowały niestety. Z perspektywy czasu który upłynął stwierdzam że to była nasza wina.

Po prostu powinniśmy wymusić na facecie, żeby się zaopatrzył w profesjonalny sprzęt, Tymczasem ustawicznie marzł i to było jedna z przyczyn, że wreszcie się wycofał.

Drugą przyczyną były słabe buty. My z Marcinem tradycyjnie już wzięliśmy skorupy. Michał powiedział, że skórzane buty wystarczą. No więc dobrze. Na to wszystko jeszcze nakładają się problemy materialne, bo skorupy kosztują ok. 1.000,-zł Tak czy inaczej zemściło się to, bo skórzane buty nie wytrzymały, mróz był wściekły, wiatr 40km.h, Michał podjął decyzję o wycofaniu się czwartego dnia wyprawy po nocy spędzonej za zboczu Prełuki w bacówce w której wiatr hulał w środku przez szpary.

Termometr wskazywał temperaturę minus 27 C. W tej temperaturze nawet benzyna niechętnie reaguje na płomień zapalniczki, zajmując się bardzo powoli, jak na filmie w zwolnionym tempie. Każdy ruch musi być wtedy przemyślany. Wszystko jest sztywne. Pękają klamry od plecaka, pojawiają się trudności z oddychaniem. Czy wiecie jak wygląda sen w tych warunkach????

Człowiek budzi się parę razy w ciągu nocy, mroźne kłucia docierają przez cztery polary i puch do kręgosłupa. Wydychane powietrze do środka śpiwora zamienia się w lodowych kołnierz na zewnątrz śpiwora. To powietrze, które ma w sobie wilgoć wnika w puch przez pertex i tam zalega w postaci drobinek lodu.

Śpiwór staje się cięższy i zalodzony słabiej grzeje, czasami jest tak zimno, że na kurtce goratexowej od wewnątrz tworzy się warstwa lodu.

Zalodzone są brwi a nawet rzęsy.

Wracając do poranka w bacówce na Prełuce. Wstałem o szóstej rano, wbiłem się w sztywne skorupy na nogi, gotuję herbatę, Marcin i Michał po wyjściu z namiotu rozstawionego w bacówce stwierdzili, że była to najzimniejsza noc na całej wyprawie. Michał oświadczył, że podjął decyzję o wycofaniu się, bo jeżeli tego nie zrobi to straci nogi.

Michał zszedł na stronę zakarpacką do wsi i następnego dnia autobusem pojechał do Lwowa. Miał szczęście, bo rzeka, która go dzieliła od wsi była zamarznięta. Po powrocie do kraju stwierdził, że wszystkie nasze ostrzeżenia sobie zlekceważył i to był jego błąd.

My z Marcinem kontynuowaliśmy trasę. Wejście na Basztul trwające 5 godzin, przy 20-to stopniowym mrozie i wietrze nadwyrężyło słabe punkty u Marcina. Pechowy stan zapalny panewki ścięgna w prawym nadgarstku, ujawniał się trzeszczeniem przy każdym kroku. I jakby tego było mało Marcin stracił paznokcie u dużych palców u nóg. Jego skorupy były za ciasne, co ciekawe w tegorocznej wyprawie sytuacja ta się już nie powtórzyła, botki wewnętrzne się po prostu ułożyły. Po wejściu na Basztul, czekały nas 2 godziny marszu na skraj lasu. Ale grań była zalodzona, Marcin nie miał raków, a wicher nas kład. Upadek w tych warunkach mógłby się zakończyć tragicznie. W dodatku zamarzł mu suwak w kurtce. Wzięła mnie cholera, musieliśmy podjąć decyzję o wycofaniu się...

Kierunek Osmołoda na północ, dolina Łomnicy 32 km. I tam również nie odbyło się bez przygód. Dolina miejscami bardzo wąska, a więc o trawersowaniu stromego zbocza nie było mowy.

Szliśmy po zamarzniętej rzece. Lód miejscami spiętrzony tworzył fantastyczne formy i czasami woda płynęła na wierzchu mimo 15-tu stopni mrozu parując jak z gejzeru. Trzy dni walczyliśmy z tą doliną.

Ale potem w Osmołodzie grzane piwo, koniaczek i jako takie normalne jedzenie.

Czuliśmy się usatysfakcjonowani tę walką.

Po powrocie do kraju, w szpitalu przemyskim, Marcin dostał gips na ten zbolały nadgarstek.

I okazało się, że była to poważna sprawa, decyzja o szybszym wycofaniu się była bardzo potrzebna.

I to tyle w dużym skrócie oczywiście.

Trudno to opisać. Dla pobudzenia wyobraźni, aby zrozumieć te przeżycia można porównać mróz dajmy na to w mieście – idziemy do pracy, siedzimy w biurze, potem wychodzimy na mróz i wracamy do domu, szybko do ciepłego pomieszczenia. Wszystko jest ok. nawet jak trochę zmarzniemy po drodze. A tam nie.

Tam się trwa bez przerwy w mrozie 50-70 godzin, a czasami dłużej.

No ale ja po prostu to lubię...

DON GORE
Piotr Kurowski 2004



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011