Riki-tiki

MÓJ PIERWSZY RAZ

„Riki-tiki"

Bieszczady od zawsze były dla mnie miejscem wyjątkowym, leżącym na krańcu Polski. Wyprawa w te małe, acz malownicze góry zawsze kojarzyć mi się będzie z całonocną, kilkunastogodzinną jazdą w pociągu relacji Warszawa - Zagórz. Podczas jednej z takich podróży w listopadzie 2001 poznałem człowieka, który nauczył mnie grać kośćmi w „riki-tiki". On też pierwszy wspomniał mi o Chacie Socjologa.

Zawsze największą frajdę sprawiało mi chodzenie z plecakiem od schroniska do schroniska. Dawało mi to możliwość poznawania co wieczór nowych ludzi i nowego miejsca.

Mieliśmy w ten długi weekend listopadowy z kolegą ambitne plany wycieczkowe, ale nijak nie pasowało nam choćby przejście przez Otryt, który zawsze leżał z dala od uczęszczanych przeze mnie tras. Toteż pierwszy raz na podejściu niebieskim szlakiem od Dwernika znalazłem się dopiero w połowie sierpnia 2003.W Bieszczady przyjechałem wtedy na dwa tygodnie, więc po oprowadzeniu mojej dziewczyny i kolegów po wszystkich znanych mi miejscach postanowiłem zapędzić się w nieznane i z Koliby zamiast na Połoninę Caryńską ruszyć w stronę pasma Otrytu.

Pamiętam, że lato tego roku było wyjątkowo upalne i suche, we wszystkich odwiedzonych wtedy przez nas schroniskach były problemy z wodą, to też byliśmy przygotowani, że i tym razem kąpiel pod prysznicem może nas ominąć. Lecz to, co zastaliśmy trochę nas zaskoczyło. Zamiast schroniska zastaliśmy dziurę w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jak się dowiedzieliśmy stara Chata spaliła się kilka miesięcy wcześniej i właśnie trwało wylewanie fundamentów pod nową. Myślałem wtedy, że odbudowie schroniska patronuje PTTK lub coś w tym stylu. Na pierwszy rzut oka wyglądało wszystko całkiem fachowo, koparka, betoniarka, det i mnóstwo innych profesjonalnych sprzętów. Pomimo strasznego upału mnóstwo ludzi z długimi włosami uwijało się przy wylewaniu betonu, chcieli najwidoczniej zdążyć przed wiszącą od dłuższego czasu w powietrzu burzą. Nie przyszła mi wtedy ani przez chwilę do głowy myśl, że Chatę odbudowuje banda zapaleńców, którzy nie mają o tym kompletnie żadnego pojęcia. Tym bardziej nie myślałem, że za rok dołączę do tej grupy, a Nowa Chata stanie się moim drugim domem, że porzucę chodzenie po górach na rzecz pracy przy wykańczaniu tego, jak mi się wtedy wydawało jednego z wielu bieszczadzkich schronisk.

Po obejrzeniu placu budowy postanowiliśmy ze znajomymi znaleźć miejsce gdzie moglibyśmy rozbić namioty, a następnie zrobić sobie posiłek. Kasia, jak się później okazało, ówczesna dziewczyna gospodarza chaty,(a wtedy to w zasadzie Lektorium?) pokazała nam miejsca, w których jeszcze kilka dni wcześniej stały namioty. W pamięć zapadło mi wtedy wypowiedziane przez nią zdanie „ale jak byście chcieli rozbić się gdzieś indziej to tylko powiedzcie, to przyjdę z kosą i wykoszę". Chodząc, wraz z Kasią, w poszukiwaniu miejsca na mój namiocik poznawałem okolicę Otrytu. Dowiedziałem gdzie jest wiata, Lektorium, południowe ujęcie wody, w którym zresztą nijak nie dało się uświadczyć H2O. Od razu miejsce to wydało mi się inne niż schroniska, do których do tej pory trafiałem. Nie chodzi tu o spartańskie warunki, bo zdarzało mi się nocować w górach i pod gołym niebem tuż przy szlaku. Zaintrygowała mnie beztroska ludzi w tym miejscu. Nie przeszkadzały im zarośnięte ścieżki, rozpadający się mostek, góry śmieci piętrzące się przed Lektorium, nie było sztywnie wyznaczonych miejsc pod namioty, każdy rozbijał się gdzie chciał. Gdy zapytaliśmy się o wrzątek ktoś wskazał nam wiadro wody, drewno i „kozę" w Lektorium wydawało mi się wtedy , że w tym miejscu czas zatrzymał się kilkanaście a może i więcej lat temu. Brak prądu, bieżącej wody i jak okiem sięgnąć żadnych śladów cywilizacji. Gospodarz ze swoimi dredami komponował się idealnie z miejscem, jakby przybrał barwy ochronne. Był niedostępny, tajemniczy a jednocześnie intrygujący. Wziął od nas dokumenty, opłatę za nocleg i to był mój jedyny kontakt z nim. Wszystko wokół toczyło się własnym życiem, nikt w zasadzie nie zauważył, że przyszliśmy. Byliśmy tego dnia jedynymi turystami,. Widać było, że ludzie, których tu zastaliśmy są zgraną paczką, raczej zamkniętą na przechodzących ludzi. Wieczorem pod wiatą byłą impreza przy ognisku, ale ze względu na zbliżającą się burzę nie zabawiliśmy długo. Jedyną osobą, którą wtedy zapamiętałem był Richey z Texasu. Pomyślałem sobie wtedy, ten to się musi tutaj dopiero dziwnie czuć. Następnego dnia rano wyszło słońce i po burzy nie było ani śladu. Rano zwinęliśmy namioty, zjedliśmy śniadanie i zeszliśmy do Dwernika. Spędziliśmy chwilę przed sklepem Doroty czekając na stopa i pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych. Przez kolejne kilka dni, które spędziłem wtedy w Bieszczadach, wracałem myślami do tego miejsca, porównywałem je do odwiedzanych schronisk i intrygowało mnie co stanie na tych fundamentach, które z takim zapałem stawiali wtedy budowniczowie chaty. Postanowiłem, że w następne wakacje, w trakcie wyjazdu w Bieszczady przyjdę na Otryt i zobaczę jak postępują prace.

P.S. Szukam osoby, którą poznałem w pociągu w długi weekend Święta Zmarłych w 2001 r., która nauczyła mnie grać w „riki-tiki", a przede wszystkim zaprosiła na Otryt.

GROTEK
Marek Grotowski 2005



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011