Słońce, muchy i proza życia

W Chacie miałem okazję przebywać latem 1988r. Przez trzy dni była to dla mnie i mojej obecnej żony baza wypadowa do wypraw obejmujących m. in. Otryt i jego zachodnie okolice w trakcie przejścia po Bieszczadach (od Ustrzyk do Wetliny). Co zapamiętałem? Hmm... pierwszy kontakt z Otrytem nie był zbyt przyjemny dlatego, że podchodziliśmy od strony Lutowisk w południowym słońcu z plecakami, namiotem i prowiantem na plecach. Myślałem, że odsłonięta betonowo - błotnista droga to najgorsze, co nas spotyka - aby do podejścia gdzie cień drzew ochroni przed upałem. Niestety najgorsze spotkało nas na podejściu - rzuciły się na nas chmary much i chyba jeszcze jakieś inne owady - były wszędzie, właziły do oczu, uszu, nosa, kąsały gdzie popadło. Aby jakoś przetrwać trzeba było osłonić całą głowę czymś w rodzaju turbanu z bluzy dresowej zostawiając tylko małą szparkę na oczy. Jak się czułem chyba możesz sobie wyobrazić, dodam tylko, że upał był w granicach 30 st. C w cieniu i zero wiatru... Tym bardziej czułem się szczęśliwy, gdy dotarliśmy w końcu do chaty. Jak się później okazało droga, którą podchodziliśmy to stała trasa zaopatrzeniowa, po której wjeżdżał (a właściwie wspinał się) mieszkający chyba na stałe(?) na górze koń i właśnie na niego czyhały te insekty (swoją drogą współczuję osobie która towarzyszyła koniowi - a może miała jakiś sposób na owady choć o OFF-ie nikt jeszcze wtedy nie słyszał). Zresztą nie wiem może po prostu mieliśmy tego dnia pecha. Co do atmosfery w chacie to nie wiele mogę powiedzieć bo po pierwsze nie wiele pamiętam a po drugie spaliśmy w namiocie bo w chacie nie było miejsca. Ludzie z chaty żyli jakby w innym tempie, bardzo wyluzowani i chyba myliły im się pory dnia tzn. dzień z nocą, ale być może tylko sprawiali takie wrażenie. Wtedy jeszcze przez Otryt nie prowadziły żadne szlaki turystyczne (teraz pewnie już są?) i był to chyba jeden z nielicznych kawałków Bieszczad gdzie można było iść cały dzień i nie spotkać żadnego człowieka. Jeśli chodzi o sam Otryt to poza pięknym lasem pamiętam duże połacie krzewów dzikich malin o niepowtarzalnym smaku, wyschnięte źródło, na które bardzo liczyliśmy (tak to jest jak się zaufa mapie) i miejscowych ludzi zbierających jagody, którzy w tej sytuacji nam pomogli częstując pysznym kompotem oraz strome zejście do Sanu, przez który później przeprawiliśmy się wpław... Chętnie bym tam wrócił dzisiaj (nawet muchy by mi nie przeszkadzały), ale jakoś od 12 lat nie udało mi się wyjechać w góry na urlop - cóż dopadła mnie proza życia.

Piotr Dowżenko

2001



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011