Pamiątka z Bieszczadów

Zima już odeszła na dobre, jednak ostatkiem sił sprowadziła w połowie kwietnia nawałnicę śnieżną. Obudziłem się około 10:00. Nie musiałem się nigdzie spieszyć, wszystko było przygotowane dla wiosennych turystów, a pogoda uniemożliwiała prace na zewnątrz. Zszedłem na dół akurat w chwili, gdy kolega wracał z zakupów.

- Dziś pogoda jest dla prawdziwych twardzieli - rzucił w korytarzu zdejmując przemoczone buty. Ojojoj... w mojej duszy aż zagrało. Przecież byłem twardzielem, nie wiedziałem tylko, że nie muszę nikomu tego udowadniać. Wypiłem gorącą herbatę, ubrałem się trochę cieplej niż zwykle i ruszyłem przed siebie smagany śniegiem i wiatrem. Godzinna trasa nie wydawała się inna niż zwykle. Minąłem dwa z trzech garbów na grzbiecie z przekonaniem, że Andrzej lekko przesadzał w opowieści. I w tym momencie się zaczęło. Trzeci, w sumie najłatwiejszy odcinek grzbietu zamiast 10 minut zajął mi pół godziny. Brodząc w zaspach, krok po kroku zmierzałem do zejścia, nie wierząc, że jeszcze kilkanaście minut temu szedł ktoś tędy w stronę chaty. Zejście odbyło się szybciej niż się spodziewałem. Sypki, nawiany w potwornych ilościach śnieg niósł mnie na dół na plecach nie pytając czy chce minąć wystające gałęzie lub większe piaskowce. Łąka powitała mnie śnieżną pustynią ciągnącą się w białą nicość. Po raz pierwszy w życiu nie widziałem na wyciągnięcie ręki swojej dłoni. Próbując skrócić drogę jeszcze bardziej ją wydłużyłem. Tak czy siak po dwóch godzinach dotarłem do Lutowisk. Szybkie zakupy, wypite w pośpiechu dwa piwa w gospodzie nie ogrzały wyziębionego ciała nawet o pół stopnia. Jedyny efekt był taki ze lodowa skorupa w butach roztopiła się tworząc 2 wielkie kałużę pod stołem. Chwile później byłem już w drodze powrotnej. Wiatr jakby zelżał, a zadymka ustąpiła miejsca zwykłym jak mi się wydawało opadom. Droga niosła mnie na grzbiet szybciej niż wydawałoby się to możliwe. Na grzbiecie czekał na mnie zimny, północny wiatr. Z każdą chwilą nogi stawały się coraz cięższe, a pokrywa lodowa na butach grubsza. Na ostatnim siodle straciłem przytomność. Stałem przed stromym podejściem próbując zmusić się do tego ostatniego wysiłku. Do chaty miałem już tylko kilka minut, a jednak nie potrafiłem ruszyć się z miejsca. Sekundy dłużyły się jak bezsenne godziny w nocy. Wiedziałem, że jeśli czegoś nie zrobię zostanę w tym miejscu i wychłodzę organizm do końca. Walcząc już nie z zimnem i wiatrem zatykającym płuca doszedłem stopka po stopce do ciepłego, pełnego ludzi domu. Aby nie robić zamieszania zrzuciłem plecak i wdrapałem się po schodach na drugie piętro, do ciepłego, pełnego koców pokoju. Zrzuciłem zamarzniętą odzież owinąłem nogi kocami i prosząc je żeby nie odpadły zagryzłem zęby w kocu i usnąłem wyczerpany. Kilka dni później okazało się, że sztuka po sztuce schodzą mi paznokcie.

Mimo, że minęło od tamtego czasu kilka lat paznokcie schodzą nadal, co roku - tak jak opadają liście jesienią. I właśnie teraz nadszedł ich czas.

Kuba Drohomirecki 2003



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011