...tytułu nie ma i nie będzie.

Nie można wejść do tej samej rzeki. Można – ale nie bezkarnie, nie bezboleśnie. W sobotę rano byłem jeszcze na Otrycie. W niedzielę zamiast leżeć i pognić sobie troszeczkę na kanapie, wybrałem się na rodzinną wycieczkę po Roztoczu – nie umiałbym wysiedzieć w domu. W Józefowie (tym roztoczańskim) wysiadałem z samochodu... a za skwerkiem w barze Knieja ktoś zastanawiał się „Kim właściwie była ta piękna pani"... Gardło ściśnięte aż do skowytu, ból. Dwa dni potem próbuję dodzwonić się do Malutkiego, nie udaje mi się, dzwonię do Joanny – „Witaj Andrzejku, co, stęskniłeś się? Bo my też." No tak, właśnie tak...

Malutki mnie rozwalił. Jestem rozpieprzony jak rozpadająca się książka. Okładka kiedyś sklejona z kilku warstw kartonu, teraz zwilgotniała, odpada wyklejka, odkleja się grzbiet, pękają nici, wysypują się kartki.

W sobotę w Ustrzykach Jerzy, Szczupły i ja pomachaliśmy sobie jeszcze na pożegnanie i zaczął się mój powrót. Wracałem w jakimś oczadzeniu, ogłupieniu, znieczulony i obolały – choć przecież widziałem wszystko, nie przegapiłem tym razem Kuźminy ale całkiem przytomny to ja nie byłem. Zwaliło się na mnie to wszystko, co zdarzyło się w poprzednim tygodniu. Dopiero teraz, w zapyziałym przegrzanym autobusie, gdy przed oczami zaczęły się przesuwać jakieś nie powiązane ze sobą migawki, jakieś nieostre przydymione obrazy, zobaczyłem gdzieś w cieniu, między Jerzym, Ewą a może w zupełnie innym miejscu tych Innych. Bardzo brak mi Olka.

Właściwie nie byłem pewien czy chcę pojechać na Otryt. Malutki namawiał, agitował, jak to on – delikatnie, nienachalnie, po przyjacielsku. I namówił, zaczarował – jak to on. Gdy się już zdecydowałem – miałem tremę graniczącą wręcz z paniką – im bliżej wyjazdu, tym większą. Malutki dzwonił, pisał, upewniał się i mówił te straszne, najstraszniejsze słowa – Liczę Na Ciebie. I na Kacpra i na Olę. Panika mnie żarła...

Towarzystwo Olgi i Kacpra, to w gruncie rzeczy było jakimś dla mnie alibi. Obiecałem Bliźniakom wyjazd i cholernie głupio przed własnymi dziećmi byłoby z tego zrezygnować. Całe szczęście, że mam kilka przesiadek. Niespodziewane spotkanie w Przemyślu i zaskakujące w Ustrzykach, w jakiś dziwny sposób poprawiają mi nastrój. Będzie dobrze.

Lutowiska. Z autobusu wysiadam oczywiście na górnym przystanku. Te same ale jakże odmienione. (banał!) Jak we śnie – coś bardzo dobrze znanego i zarazem innego. Ta sama przestrzeń wypełniona różnymi, nowymi detalami. Gdzieś tu było kino Granica... No tak, a gdzie indziej, daleko stąd było kino Tanew... Teraz jakiś barek czy kawiarenka, ale nie umiem wysiedzieć, zaglądam na szosę, może ktoś...?

Trzeba w końcu iść. Nie mogę doczekać się żwirówki. Najpierw będzie żwirówka...

Wchodzimy. Jest CHATA. Kilka osób rozładowuje gonty. Ciekawe, który to Gospodarz... Pewnie ten. Co powiedzieć? Prawdę mówiąc czuję się dość głupio. Wchodzimy do Chaty. Herbata. Czekamy. Jest już ciemno pojawia się Jerzy zrzuca plecak i mówi, że musi jeszcze wrócić po Ewę. Po chwili łapię latarkę i wychodzę. Słyszę ich, widzę... „Z daleka cię poznałam". Spać idę późno, chyba ostatni, ale nie usypiam, to jakaś półdrzemka bo słyszę jak ktoś wchodzi. To Malutki przyjechał nareszcie i przywiózł mojego Kacpra – Bliźniaki są w komplecie. Mogę spać.

„Kto to jest? – zapytał mnie Maras o Ewę. To jest Ewa Lewicka – odpowiadam. Taaaaak??? To jest ta słynna Ewa???". Nie dziwię się tym pytaniom – nazajutrz rano po przyjeździe, jeszcze przed śniadaniem Ewa pogoniła psa i zarządziła wielkie sprzątanie.

Znamy się tak długo, wiem dokładnie od kiedy, chociaż mogliśmy się zetknąć wcześniej. A poznaliśmy się w początku sierpnia 1982 r. i było to na Otrycie. Chatą niepodzielnie władał Almatur, zamknięta dla ruchu turystycznego – a w szczególności dla otrytczyków. By tam pojechać należało mieć dobre wsparcie, lepsze niż to, które dawał Almatur i ja takie coś miałem. Ewa i Bartek przyjechali w ciemno...

Stałem w drzwiach do chaty, patrzyłem jak masywne kulki gradu układają się w coraz grubszą warstwę. Poczułem coś za sobą albo usłyszałem szelest a może niczego nie słyszałem. Obejrzałem się. Ewa. Malutki. Stali za mną i patrzyli a ja zobaczyłem w ich spojrzeniach... nie wiem co to było. Patrzyliśmy, czekaliśmy razem. Ulga. Uwierzyłem, ze Bliźniakom nic się nie stanie. Rzeczywiście nawet kataru nie złapali.

„...Jerzy zerwał się od stolika i krzyknął: - Już byli! Już tu byli!". Konsumenci z innych stolików głośno i żarliwie poparli Jerzego. To była kolejna orkiestra cygańska przeszkadzająca biesiadować w Staropolu. Olek zaproponował natychmiastowe wypicie wszystkiego, co mieliśmy na stoliku ale Jerzy zapadł w jakieś takie ponure milczenie. Po wyjściu muzykantów jakoś udało nam się ponownie rozkręcić. Hm, na pewno się udało – wyszliśmy ostatni i to nie ponaglani przez personel.

Ostatni dzień pracy, ostatnie godziny - ostatnie gonty przybijałem razem z Jerzym, mieliśmy świetny patent na przyspieszenie pracy – zbyt późno.

Widzę z dachu, że pojawił się ktoś, kto kiedyś, dawno temu zaproponował mi wyjazd na Otryt na obóz zimowy. Można powiedzieć - główny winowajca. Niesie dwa wiadra pełne pomyj. Ostrożnie. Dostojnie. Jeszcze nie jestem pewien; trochę gontów przybiliśmy, stoję dość wysoko... Odwróć się człowieku – jakoś nie mogę jednak krzyknąć, ale wreszcie ten na dole odwraca się, usłyszał bardzo głośny łomot młotka i nareszcie się odwraca – powoli, ostrożnie, dostojnie. Oczywiście! To on! A to ja! Stawia (ostrożnie itd. ) wiadra na ziemi i macha mi ręką – z pewnym oczywiście dostojeństwem. Rozpoznaliśmy się.

Mam nieuleczalną słabość do Szczupłego – sentyment, który sam Szczupły może wyśmiać, wyśmiać w swój szczupakowski niepowtarzalny sposób. I bardzo chciałbym te jego kpinki usłyszeć. Szczupły i Henryk to moi otryccy ojcowie. (do licha brzmi to strasznie – ale tak po prostu jest)

Mam w piwnicy jakieś próbki ropy naftowej. Chciałem sobie przypomnieć zapach gontów, ale to jednak nie było to samo. I nie dlatego pewnie, że to nie jest karpacka ropa.

Andrzej Grądzki

Obiecałem, że napiszę coś o obozie GTG. „Mimo tych starań – jakieś poczucie niedosytu i nierzetelności" (list od Olka, Warszawa, kaw. Bazyliszek 18.12.1996, godz. 18.00)



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011