Pierwszy pobyt

Otryt – pierwszy pobyt
Fragment większej całości
(uwaga – będą nieocenzurowane wyrażenia ostro nieparlamentarne!!!)

Powróciwszy do domu z wypadu na obóz harcerski do znajomych, który miał trwać 3 dni a skończył się po dniach 12-tu, znalazłem w skrzynce zaproszenie na obóz roku zerowego wysłane przez Klub Otrycki. Oczywiście „zerówka" miała mieć miejsce w Chacie Socjologa. Nie mając planów na ostanie 2 tygodnie moich najdłuższych w życiu wakacji postanowiłem w końcu odwiedzić miejsce, o które miało już swoją markę wśród turystycznej braci jeżdżącej w Bieszczady. Gwoli wyjaśnienia - pani dyrektor w mojej szkole pomaturalnej, kobieta nie cierpiąca mnie organicznie za nieukrywanie, iż traktuję pobyt w Studium jako przymusowy schron przed armią, wykorzystując sytuację, iż stan wojenny dawał jej szerokie prerogatywy wywaliła mnie ze swojej placówki dydaktycznej 01.04.1982 roku, za co jestem jej dozgonnie wdzięczny. Dzięki temu za drugim odejściem zdałem i dostałem się na historię co poskutkowało otrzymaniem wyżej wspomnianego zaproszenia. Ostatnie dwa tygodnie września 1982 roku. Pierwszy pobyt na Górze. Postanowiłem dojechać tym razem Soliną, rano na Centralny, nawet nie było dużego tłoku, jako że młodzież szkolna 1 września rozpoczęła naukę. Niestety, tego dnia nie dane mi było dotrzeć na miejsce, ponieważ okazało się, że na trasie, jaką jeździła Solina miała miejsce katastrofa kolejowa (oczywiście ówczesna propaganda nawet słowem się nie zająknęła o tym fakcie). Zauważyłem, że coś jest nie tak, kiedy zamiast przez Dęblin pojechaliśmy przez Radom. Potem trafił się jeszcze ponad godzinny postój w Przemyślu, i jazda przez socjalistyczną Ukrainę. W Ustrzykach wylądowałem o zmroku – zero szans na jakąkolwiek komunikację w stronę Zatwarnicy. Pozostawała perspektywa spania w wiacie przystanku PKS, ale szczęśliwe udało się znaleźć tani nocleg w hoteliku „Strwiąż" – budynek stoi do dziś, nawet chyba nie zmienił nazwy. Rano dojechałem do Chmiela – zapytałem o drogę do Chaty i po 40 minutach stanąłem przed budynkiem kształtem przypominającym domki letniskowe typu BRDA. Nie ukrywam, że wyobrażałem to sobie trochę inaczej, ale skoro już tu dotarłem, to zostaję. A kiedy siedząc w wiatrołapie usłyszałem po raz pierwszy coś na pograniczu ryku kaprala z wyciem tornado i skleiłem przeciągane sylaby w jeden wyraz „KOOORYYYTOOOOOOOOO!!!!" pomyślałem, że może jednak w końcu odnalazłem w Bieszczadach miejsce pod dachem solidniejszym, niż płótno namiotu, gdzie będę mógł przyjeżdżać. No i tak zostało na najbliższe lata, ale jak to kiedyś ktoś mądry powiedział – o tym potem. Niekiedy bywało na Otrycie tak, że ludzie, którzy tam trafiali po raz pierwszy, nie zachwycali się tym miejscem i więcej nie postawili tam stopy. Jeżeli chodzi o mnie też kształtem chaty zachwycony nie byłem, ale teraz z perspektywy lat mogę powiedzieć jedno. Miałem niesamowity fart, że trafiłem na taką ekipę ludzi będąc tam po raz pierwszy. Osoby, które pamiętam to:

1) Heniek Kliszko w aureoli „Wielkiego Szefa"
2) Wojtek Sady
3) Jagoda
4) Leszek Jesień
5) Kasia – tak jak ja świeżo upieczona studentka historii, osoba bardzo dobrze wychowana
6) Piotr Wolak
7) Zbyszek (nie pamiętam nazwiska)
8) Olek Łazarski
9) Andrzej Wiórko (znany bardziej jako Lenin)
10) Marucha

I kilkanaście innych osób, których imiona zatarł czas. Między innymi był tam gość, który wprost niesamowicie grał w szachy. Nie jest to bez związku z jedną z historii, którą zamierzam tu opisać.

Najlepiej zapamiętałem Wojtka Sadego, zagorzałego antykomunistę, który nie ukrywał swoich poglądów. Otryt zresztą był miejscem, w którym głoszenie różnych poglądów nie raziło, a nawet było w modzie. Tam naprawdę czuło się, pomimo dość ponurej rzeczywistości dookoła, atmosferę swobodnej wymiany poglądów. Wojtek – fizyk/astronom i doktor filozofii, oprócz wykonywania antysocjalistycznych piosenek własnego autorstwa przy świetnym akompaniamencie gitary, mowę miał pełną słów uznanych powszechnie za obelżywe. Była taka historia. Facet, którego umownie nazwałem Mistrzem Szachów nie miał równego sobie przeciwnika w Chacie. Rozkładał każdego na łopatki, wolniej lub szybciej, ale zawsze wygrywał. Postanowiliśmy więc zebrać się w kilku i w końcu wygrać którąś z partii. Oczywiście przewodniczącym ekipy został Wojtek. No i tu się zaczęło. Osoby wrażliwe proszę o opuszczenie tego fragmentu tekstu.

Sala kominkowa, przy stole z jednej strony Mistrz Szachów, z drugiej Sady, Marucha, ja i Lenin. Sytuacja jeszcze nie krytyczna (dla nas) ale już powoli zarysowuje się przewaga Mistrza. Nie muszę chyba przypominać, że szachy są grą dla ludzi myślących, inteligentnych i kulturalnych. I nagle jak grom z jasnego nieba Wojtek zaczyna głośno myśleć

„Panowie – jak on nam przypierdoli koniem, to nasz goniec idzie w chuj! Jeżeli zaś my mu przyjebiemy wieżą, to i wieża w pizdu i, kurwa, z nami też kiepsko".

Co ruch Mistrza Szachów, tym bardziej nasza sytuacja stawała się krytyczna, tym Wojtek coraz mniej owijał swoje analizy szachowe w bawełnę. Tymczasem dobrze wychowana Kasia patrzyła na nas coraz bardziej przerażona. Summa summarum Mistrz Szachów wygrał partię, choć jak sam przyznał, chwilami było ciężko, natomiast Kasia (K) zapytała Wojtka (W):

K: Wojtek, ty naprawdę jesteś pracownikiem naukowym i doktorem filozofii ?
W: Tak, mam nawet zajęcia ze studentami
K: To dlaczego ty tak brzydko mówisz ?
W: Bo, kurwa, muszę odreagować za cały rok !
K: a to pomaga ?
W: spróbuj, to się przekonasz

Poczym Wojtek poszedł do kuchni, gdzie po chwili usłyszeliśmy „Kuuuurwa, gdzie jest mój pierdolony kubek do herbaty???". Bladym świtem następnego ranka Kasia miała tzw. wachtę – dyżur w kuchni. Budząc się usłyszeliśmy na sali ogólnej odgłosy krzątaniny i głos naszej koleżanki – „kurwa, kurwa, kurwa, kurwa" i po chwili znowu, „chuj, kurwa, pizda". Zbiegliśmy na dół zaniepokojeni co się dzieje, a Kasia z promiennym uśmiechem powiedziała:

- Skutkuje, czuję się znacznie lepiej !

Wojtka zapamiętałam z tego pobytu jako zagorzałego antykomunistę. Kilka piosenek jego autorstwa, między innymi „Wypaczenia tak a socjalizm nie" i „Pierdolony ustrój" poprzez swoją nieskomplikowaną linię melodyczną i tekst naprawdę zabawny, łatwo wpadały w ucho i były śpiewane na Otrycie jeszcze wiele razy.

Mijały dni, przez chatę przewijali się ludzie, my wieczorami dyskutowaliśmy o Witkacym (wtedy na topie), i nawet muszę stwierdzić, że w odróżnieniu od późniejszych pobytów alkoholu nie pito wtedy na górze w nadmiarze, mogę nawet powiedzieć, że prawie wcale. Z Witkacego pamiętam, że Henryk zaaranżował któregoś wieczoru w kominkowej czytanie fragmentu „Nienasycenia" w rozbiciu na role – niestety – wybrał szczególnie nudny fragment książki mówiący o czystej formie w sztuce, zamiast jakiegoś kawałka erotycznego, co poskutkowało stopniowym wyludnianiem się kominkowej i przenoszeniem ekipy na taras. Mimo to wyznaczeni przez Kliszkę aktorzy (jako jedyni) dotrwali do końca zaznaczonego fragmentu.

Były to czasy, kiedy Bill Ptasznik odbywał przymusową separację, gospodarza praktycznie jeszcze nie było, dopiero od października mieli się w Chacie mieli pojawić się Bychawscy. Witek, późniejszy kilkuletni gospodarz, przyjechał już na barana. Wtedy też dowiedziałem się, co to jest baran. Magiczny ostatni weekend września. Co prawda nie było tego roku wielkiego spędu ludzi związanych z Klubem, ale też pojawiło się kilka ciekawych osób, nie jestem pewien ale chyba nawet pojawili się wtedy i Ewa Lewicka i Krzyś Kazimierczak. My, jako młoda siła tzn. Leszek Jesień i ja, zostaliśmy wydelegowani do Lutowisk w celu zakupu zamówionej na tę okazję gorzałki. Gorzałką okazała się „Wyborowa" o woltażu 38 procent, tzw. harcerzówka. Flaszek też nie było tyle, ile potrzeba, ale te co wzięliśmy, swoje ważyły. Podejście od Dwernika, pochmurno i parno, pod górę daleko, piwo, które wypiliśmy „Pod Żubrem" dawno wywietrzało, w końcu obaj wpadliśmy na ten sam pomysł – przysiedliśmy na zwalonym buku i cóż... jedna z butelek.... się stłukła. Może to było i nieładnie z naszej strony, ale decyzja zapadłą spontanicznie i z Leszkiem gotowi byliśmy do Ew. pokrycia kosztów straty. Na szczęście nikt nie miał do nas o to pretensji.

Do barana został 1 dzień, w którym na górze pojawił się nowy gospodarz Witek, a wraz z nim pilarze. Pilarze spuścili 2 buki, pocięli je na plastry, i uszczuplili znacznie zapas gorzałki, który był przeznaczony na imprezę. Wyrzuty sumienia z powodu uszczuplenia zapasów C2H5OH po tym fakcie jakoś nas dziwnie opuściły.

Pierwszy baran, choć mało alkoholowy, zaliczyłem do udanych. Na imprezę trafiły też osoby turystyczne płci żeńskiej, nie wiem nawet, jak się nazywały, ale tak z wyglądu estetyczne inaczej. Kiedy rano obudziliśmy się po imprezie na sali ogólnej, ze zdziwieniem zauważyliśmy jak Marucha schodzi z jedną z nich z „jaskółki". Wolak skwitował ten fakt jednym zdaniem rzuconym w stronę Maruchy:

„- no tak, nie ma brzydkich kobiet, jest tylko brak alkoholu."

Marucha miał bardzo filozoficzną minę, kiedy to usłyszał.

Poranna konkluzja Leszka i moja po baranie byłą następująca (parafrazują ze słynnego dowcipu o Hawraniu)

„ej, pół litra uz se ne wrati..." – to było w nawiązaniu do akcji pilarzy i Witka na baranowo-alkoholowe zapasy.

Pierwszy pobyt na Otrycie skończył się dla mnie potwornymi odciskami na dłoniach. Otóż w ramach prac społecznie użytecznych Kliszko zagnał wszystkich do czynności mających na celu ułatwienie Witkowi start w Chacie. Mnie przypadło w udziale porozbijanie na mniejsze kawałki plastrów ściętego buka. Zostałem zaopatrzony w tępe kliny metalowe, młot ciężki tzw. „babę", siekierę. Jedyne, czego nie dostałem, to rękawice ochronne, których chwilowo było brak. Po rozbiciu kilkunastu plastrów, z moich dłoni została krwawa miazga, w związku z czym niewiele przyczyniłem się do przetrwania pierwszej zimy na Otrycie przez rodzinę Bychawskich, a bąble na rękach skwapliwie skrywałem podczas rozpoczęcia roku akademickiego. Z pierwszego pobytu na Górze wywiozłem jak najbardziej pozytywne wrażenia – przede wszystkim miejsca, w którym naprawdę czuje się wolność, choć tylko przez krótką chwilę, co w tamtych ponurych czasach było naprawdę bardzo ważne.

Miron Kosowski



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011