Opowieść (nie) całkiem otrycka

Najtrudniej przychodzi znaleźć właściwe słowa, gdy się chce opisać nastrój, przeżycie, ludzkie sprawy. A to właśnie muszę spróbować zrobić, żeby opowiedzieć, co mi się przydarzyło w Moskwie.

Byłem tam służbowo. Zima, czas przed Świętami Bożego Narodzenia, Moskwa udekorowana jak Las Vegas, śnieg, mróz.

Dogadałem się z klientem, więc zaprosił mnie „koniecznie odwiedzić jego miasto, poznać ojca, etc. Uważacie – w Kastromie, kilkaset km na północ od Moskwy. Kupiliśmy bilety (trzeba pokazać paszport przy zakupie biletów kolejowych) i całą noc jechaliśmy. Sypialnym, bo tam nie ma innych.

Kastroma jak Radom z wklejonym kawałkiem starego Zamościa. Rodzina – mocna i bardzo gościnna. Efekt? Nieźle podciętego wsadzili mnie do nocnego pociągu powrotnego do Moskwy. W moim wagonie jechała grupa komandosów, którzy z przepustki wracali na front ... do Czeczenii. Oni w moro, ja w garniturze (i dwa razy starszy), ale wypiliśmy jak bracia. Z Saszą wdałem się w dyskusję o życiu i śmierci. Stwierdził, że gówno wiem. I miał rację. On mając 23 lata wiedział, niestety, znacznie więcej.

Rano obudził mnie konduktor. Piąta rano, ciemno, dojechaliśmy. Nie pozwolił mi zostać jeszcze trochę w tym ciepłym pociągu: „Nie nada, my w Maskwie". Zjawił się Sasza.

„Tak szto, pajdiom?" Przypomniałem sobie, że umówiliśmy się wczoraj, że pójdziemy razem „w Maskwu", bo i on i ja mamy parę godzin do zabicia. On miał pociąg wieczorem, ja samolot do W-wy po południu. Wysiedliśmy, pierwsze kroki (szybkie!) skierowaliśmy do toalety, a tam nad umywalkami napis „Mycia nóg w umywalkach zabrania się". Czemadany zostawiliśmy w dworcowej przechowalni bagażu i wyszliśmy na ulicę. Ciemno, zimno, śnieg do pół łydki, a ja w czarnych półbutach. Skacowany, niewyspany, zmarznięty. Kolo dworca jedyny otwarty o tej porze bar. Wypiliśmy po podłej kawie i ruszyliśmy w surrealistyczny spacer. Pusto, żywego ducha, tylko co kilkaset metrów baba odśnieża ulicę (tam robią to baby. Nie oburzajcie się – naprawdę nie mogę powiedzieć „kobiety").

No więc znajetie: zima, maroz, a my idiom, szagajem pa Maskwie. Pić się chce, a tu wszystko pozamykane. Na dodatek Sasza na trzeźwo okazał się bardzo małomówny. Idziemy, nic nie gadamy. Od czasu do czasu mówię coś „dla paddierżki razgawora".

- Sasza, a zabiłeś ty kogo na tej wojnie?
- Da, ubił.
- A wielu?
- Nu nieskolko.

Patrzę na niego i widzę młodego człowieka z oczami starca. Oczami, które wszystko widziały. Nie gada, bo i o czym. Młody chłopak z ciężkim bagażem doświadczeń i bez przyszłości.

Idziemy przez puste, zaśnieżone moskiewskie ulice. Co jakiś czas mijamy kilkuosobowe grupki kolegów Saszy, którzy wyglądają jak patrole na służbie i tak jak my włóczą się bez celu dla zabicia czasu. Przyglądają mi się podejrzliwie, czasem przystają, zamieniamy kilka słów i kiedy Sasza wyjaśnia im, że ja swój, idą dalej.

Wreszcie pomału robi się jasno. Jest tuż przed ósmą. Z czapką na oczy, kołnierzem pod oczy i głową wkuloną w ramiona nie zauważyłem kiedy ulice wypełniły się tłumem ludzi, śpieszących do pracy. Ależ się ucieszyłem, kiedy trafiliśmy na Mac Donalda, którego właśnie otworzyli. Zrobiliśmy już pewnie ponad dziesięć kilometrów, więc z przyjemnością usiedliśmy nad kawą, colą i burgerem. Oczywiście ja płaciłem, bo Sasza nie miał w ogóle pieniędzy.

Po długim odpoczynku trzeba jednak było iść dalej – ileż można siedzieć w Mac'u. Zaczynało mi ciążyć milczące towarzystwo młodego komandosa o nieprzeniknionym spojrzeniu martwych oczu, z którego przez tych kilka godzin udało mi się wydobyć ledwie kilka zdań. Jakoś dobiliśmy do jedenastej i wtedy wpadłem na genialny pomysł. Spytałem babę z łopatą do śniegu o najbliższe kino. „A wot kinotieatr" wskazała na budynek z napisem „Casino". W Moskwie nie należy się niczemu dziwić, a kasyna są na każdym kroku, więc poszliśmy. Wchodzimy do dużego, błyszczącego kasyna, pytam o kino stojących przy wejściu goryli w garniturach. Kierują nas na piętro. Na plecach czuję ich spojrzenia, w których zdążyłem odczytać coś jak: „ty stary pedale". Spojrzałem na Saszę. Hmm faktycznie – wysoki, przystojny, barczysty.

Doszliśmy do kasy. Pytam co grają, a „diewuszka" mówi: „Wsio eta ljubow" [All You need is love z Hue Grantem]. Było mi wszystko jedno. Tylko - te spojrzenia ochroniarzy... No trudno. Kupiłem w bufecie po flaszce coli i usiedliśmy w miękkich fotelach. Zrobiło się ciepło, wygodnie i miło. Zaczął się film. Nigdy wcześniej go nie widziałem, okazał się dobry, coraz bardziej mnie wciągał. Na moment zapomniałem o Moskwie, Saszy, zimie. Przeniosłem się w inny świat. Kiedy zerknąłem na Saszę, zobaczyłem w świetle padającym na ekran zupełnie inną twarz. Twarz dziecka. Błyszczące oczy, naiwny, nieuświadomiony uśmiech. Jakby włączył po raz pierwszy mięśnie twarzy, których nigdy nie używał. Zapomniał o całym rzeczywistym świecie, odpłynął.

Kiedy się żegnaliśmy, Sasza powiedział mi, że ostatnio był w kinie jak miał 12 lat, że pochodzi z jakiegoś sioła na Syberii, że nigdy nie był nigdzie za granicą, że Moskwa to dla niego szczyt wyobrażeń o cywilizowanym świecie. Podczas krótkiej drogi powrotnej po bagaże zostawione w przechowalni dworcowej, opowiedział mi całe swoje życie „sprzed wojny".

I teraz powiedzcie – jest to otrycka opowieść, czy nie jest?

Julo Głowacki



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011