Γде Ваш Командир?

Było to w rok, albo dwa, po stanie wojennym. Jeden z pierwszych wyjaz-dów w Bieszczady. Pamiętam, skrzyk-nąłem grupkę kolegów i jedziemy. Wówczas wyprawa w nieznane, jesz-cze nie na Otryt. Wybraliśmy wariacką trasę. Do Przemyśla, a stamtąd dalej, do Ustrzyk via Soviet-skij Sojuz, który jeszcze trzymał się mocno. Ktokolwiek jechał, ten wie: pociąg zatrzymuje się w szczerym polu. Z baraku wysypują się sołdaty i zajmują miejsca u wejść do wagonów. Kałachy na plecach, gogle na kaukaskich oczach; очень cерьёзно.

Był to czas, kto to pamięta, gdy większość ludzi podróżowała publicznymi środkami transportu. W czasie wakacji skutkowało to takim tłokiem, że zajęcie miejsca w przedziale pociągu pozostawało jedynie marzeniem. Tak też było w naszym przypadku. W niemożliwym tłoku udało się jednak zająć strategiczne miejsce pomiędzy kiblem a łącznikiem wagonów. Przy tym, całkiem sprawnie, zablokowaliśmy przejście. Wśród naszych nie-chcianych towarzyszy podróży, sołdatów czyniących призор, był także лейтенант-поручнк. Zadaniem owego wysłannika władzy, było udrożnić przejście dla swych podkomendnych. Toteż ochoczo zabrał się do pracy. Stanął przed nami i zagaił. Но ребята, где ваш командир? Popatrzyliśmy na siebie i zgodnie odpowiedzieliśmy: товарищ лейтенан, у нас нет командира. Na co on: как ето нет командира? My: но нет. On: нет? My: нет. On: нет??? My: НЕТ! No, zasępił się sołdat i начал думать. Oj dumał, dumał i wydumał. Nagle, eureka! У вас нет командира? Ето значит: у вас анархия! Pomnijcie kontekst. Polski pociąg w Sovietskim Sojuzie. W rok po stanie wojennym. A tu takie jaja. Wszyscy, którzy usłyszeli towarzysza-lejtnanta gruchnęli śmiechem. Zaś biedny towarzysz, do końca podróży nie mógł zrozumieć, z czego to śmieją się te lachy. Wysiadł ogłupiały.

Niedługo potem zawitałem na Otryt. Pamiętam jedną z pierwszych poważniejszych prac, naprawę gon-tów na lektorium. Pewien chudzielec, wołają na niego Szczupły, zaprasza mnie do wspólnej pracy. Gaworzymy, żartujemy, robota sama się dzieje. Czuję, że to znacząca osoba, ale on traktuje mnie jako partnera w robocie. Po prostu, dwóch facetów umówiło się, że wspólnie coś zrobią. Za chwilę spotykam innego jegomościa. O tym obecni w Chacie mówią Klicho. Widzę, że ludzie odnoszą się do niego z szacunkiem. Jednocześnie siadamy do quasi-naukowej dyskusji o... już nie pamiętam. Każdy ma coś do powiedzenia, a chwilami dr K. jest zakrzykiwany przez oponentów. Myślę sobie, gdzie ten командир? A его нет. Jak to możliwe, że tak wielkie przedsięwzięcie się kręci. No to nie tak, że nie ma „znaczących innych". Szybko mogę zorientować się, kto wywiera wpływ. Ale to wpływ i już.

Do dziś zachodzę w głowę, jak to możliwe, że banda zdeklarowanych indywidualistów potrafiła skrzyknąć się, dwa razy zbudować Chatę i za-chować ciągłość przez z górą trzy-dzieści lat? A może to tak, że w tym całym popapranym świecie jest to miejsce, gdzie ludzie robią tylko to co chcą, a nie co muszą, bo przecież...

Czasami przychodzimy i odchodzi-my. Otryt jest czasem realnością a czasem wspomnieniem. Losy nasze różnie się dzieją. Ale nawet ci, którzy z różnych powodów czasowo odpadają, zachowują coś, co trudno nazwać, ale bez czego nie byliby do końca tymi kim są. Dlaczego? Bo tak. I tego biedny лейтенант-поручнк pewnie nie zrozumie.

Waldek Dymarczyk



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011