Otryt dał mi wiarę

(Tytuł rodem z Radia Maryja. Trudno, świetnie.)

Byłem przez 14 lat menadżerem w firmie, którą stworzyłem w 1993 roku. Na początku nazywała się „Jutor". Firma przepoczwarzała się, a ja awansowałem. Było super dopóki ją budowałem. Żyłem, jakby na kredyt. Moje pomysły były ciągle w przedzie przed bieżącymi obrotami i możliwościami. Stał za mną kapitał, miałem stałe zaplecze: dobrą pensję, auto

nolimit i dodatki typu komórka, laptop, etc. No i miałem całkowicie wolne ręce. Kiedy na początku nowego tysiąclecia spytałem mojego ówczesnego szefa czy zgadza się ze mną, że czas „uderzyć" na Rosję, odpowiedział: „nie mam pojęcia. Ale, skoro Ty tak twierdzisz, to uderzaj."

Jednak przyszła kryska na Matyska – w 2003 roku kupili nas Amerykanie – firma „world wide" Simpson Strong-Tie. Firma akcyjna, solidna, uczciwa i do bólu zorganizowana: żadnej improwizacji, wszystko zgodnie z planem. Po prostu „korporacja". Coraz bardziej byłem związany gorsetem „action plan'ów", „target'ów", „report'ów" i budżetów. Moje życie zawodowe zaczęło się sprowadzać do Excella. Coraz bardziej byłem ucieleśnieniem marzeń młodych japiszonów: spotkania top managementu w szklanych pułapkach Paryża, Amsterdamu, Barcelony, drogie hotele i restauracje.

Zacząłem nie lubić mojej pracy. Ale, cóż – miałem już swoje lata (i byle jakie, nikomu niepotrzebne, wykształcenie etnograficzne), rodzinę dość liczną (choć śliczną) i dwa domy na utrzymaniu. Zacząłem się męczyć w nie swojej skórze. Wbrew temu, co mówi Komisarz, nie jestem „wyznania handlowego". Nie do tego się urodziłem. A tu czysty handel: zamówienia towaru, zamówienia klientów, decyzje o rabatach, magazyn i remanent co kwartał, problemy na poziomie „slow-mooving-items". Ale poczucie obowiązku kazało mi trwać na posterunku.

I wtedy, zbiegiem okoliczności, pojawiła się potrzeba odbudowy Chaty. No, jeśli budować, to ja jak najbardziej. Miałem jeszcze na tyle luzu w firmie, że mogłem „skoncentrować się na regionie południowo-wschodnim" i zrobić w 2004 roku ok. 12000 km na Otryt i z powrotem.

Gorset coraz bardziej zaciskał się, a ja się coraz bardziej dusiłem.

Męczyłem się tak dwa lata, udając kogoś, kim nie byłem.

A Chata powstała z martwych. Udało się. To był wielki sukces. Między innymi – mój.

W 2006, dokładnie 30-go grudnia skończyłem 50 lat. To taki moment, że albo zalegasz na kanapie i czekając na emeryturę, niczego już nie stworzysz. Albo, napniesz wątłe mięśnie i znowu zaczniesz coś od nowa. Jesteś słabszy od młodych, ale z drugiej strony – mądrzejszy. No, w każdym razie – bardziej doświadczony. Jednak decyzja to trudna, zwłaszcza, jeśli jest się ...koziorożcem. My nie podejmujemy decyzji ot tak: hop siup. O, nie! Nie jesteśmy spontaniczni, ani wyluzowani. Za to uczciwi i solidni (a to dodatkowy balast).

Przyszedł Sylwester 2006. Oczywiście w Chacie. I cudowne, niezapomniane, wyjątkowe urodziny dzień wcześniej. W amoku alkoholowym irracjonalne poczucie buntu, które narastało we mnie od kilkudziesięciu miesięcy pękło jak wrzód. Wracałem do Warszawy obolały, ale pewny swego.

Styczeń upłynął mi w firmie na pakowaniu kilkunastu lat w kartony. Co kilka dni wywoziłem kolejną porcję swoich zbiorów. Firma była moim drugim domem i nazbierało się tego.

Z końcem stycznia miałem wizytę mojego nowego szefa na Europę - Martina. Typowy yuppie – mógłby równie dobrze sprzedawać złącza ciesielskie jak bieliznę damską. To mi pomogło – mój stary szef przed odejściem na emeryturę powiedział, że wierzy we mnie. Ten mnie nie znał, byłem jakąś tam figurą na wielkiej szachownicy biznesu.

Martin przepytał mnie ze wszystkich możliwych liczb i wskaźników świadczących o progresie. Odpowiedziałem na circa 50% pytań. Kierując się instynktem zawodowego tropiciela spytał: „Julek, czy ty aby chcesz tu jeszcze pracować?" Wziąłem głęboki oddech i odpowiedziałem: „właściwie to już nie". „Tak właśnie czułem" odpowiedział Martin. Potem, ucieszeni zgodnością poglądów na temat mojej przyszłości w firmie Simpson, ustaliliśmy tylko termin wypowiedzenia, odprawę i parę innych prozaicznych rzeczy, które pozwoliły mi przeżyć kilka następnych miesięcy. I odpalić swoją nową firmę... „Jutor".

Myślałem: co tak naprawdę umożliwiło odbudowanie Chaty? Przecież, gdybym złożył w firmie Simpson taki projekt odbudowy, jaki mieliśmy w Klubie Otryckim, wywaliliby mnie na zbity pysk dyscyplinarnie. O, na pewno nie „za porozumieniem stron"! Więc jakim cudem nam się udało? Co nas pchało do przodu?

Tylko jedno: WIARA. Nic więcej nie mieliśmy. Zupełnie jak ja na początku lat 90-tych, gdy udało mi się wskoczyć do ostatniego wagonu pociągu zwanego „kapitalizmem" i założyć z dwoma Duńczykami spółkę „Jutor". I zupełnie jak na początku lat 80-tych, gdy przerażony poinformowałem mojego tatę, że Beata jest w ciąży i będę się żenił. Tata odpowiedział: „co się martwisz, Pan Bóg dał dziecko, da i na dziecko". No i dał (na troje!).

Propagowałem Otryt jak mogłem na wszelkich moich konferencjach budowlanych. Zwłaszcza, że musiałem „pozyskiwać" (cyt. z Krzysiaczka) materiały budowlane. Pokazywałem filmy „Otryckiej Wytwórni Filmowej" (cyt. z Radnego), opowiadałem o idei „bycia razem" (cyt. z Igorka), próbowałem wpleść w serię prezentacji firmowych motyw abstrakcyjny. Któregoś razu po takiej prezentacji zawisł mi u gardła mój kolega, właściciel sporej firmy produkującej ok. 70 domów rocznie (głównie dla Hiszpanii) i po paru głębszych zdobył się na szczere pytanie:

- Julo, ty nie p...dol, tylko ty mi powiedz: CO TY Z TEGO MASZ?

Nie wiedziałem „co ja z tego mam", ale musiałem coś racjonalnego odpowiedzieć. Wzniosłem się na szczyty intelektu i spytałem kolegę:

- Masz dom letni?
- Mam.
- A twoi koledzy mają?
- Mają.
- I co – odwiedzacie się?
- A, daj spokój, ciągle są kłótnie: „ostatnio byliśmy u ciebie, to teraz przyjedźcie do mnie". No i kilka razy mnie okradli. Wszystko wynieśli. A włożyłem tyle, że już bym dwa domy letnie wybudował.
- No widzisz. A ja mam dom letni na spółkę z 40-tką przyjaciół, z którymi lubię spędzać czas, przyjeżdżam kiedy chcę, chaty pilnuje gospodarz, a kosztuje mnie to tylko 300zł rocznie.

Kolega popadł na chwilę w zadumę.

- Ty wiesz, to niegłupie. Teraz rozumiem.

G... rozumiał, a ja też niewiele więcej. Dopiero teraz wiem, że Chata dała mi więcej, niż ja jej. Odbudowa Chaty pomogła mi uwierzyć, że „chcieć to móc". Że, skoro udało się postawić taką zaje... konstrukcję, w takich warunkach i wbrew logice, to przecież musi się udać w normalnych ramach. W przekonaniu tym utwierdzali mnie tacy wariaci jak Maras, Iwan i Wojtek, którzy byli gotowi skoczyć ze mną w głęboką wodę, żeby nauczyć się pływać. Opiliśmy się sporo tej zimnej wody, ale jest coraz lepiej. Budujemy domy z drewna i mamy już czym się pochwalić.

Otryt zmienił moje życie.

Dał mi wiarę.

Juliusz „Julo" Głowacki

Ps. Beata właśnie przeczytała ten tekst i wystawiła krótką recenzję: „Dzień dobry, mam na imię Julo, mam 50 lat i jestem Otrytczykiem" :-)



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011