Część artystyczna

Część artystyczna

Kilka dni temu jeden z moich znajomych, który w chwilach wolnych od studiowania zajmuję się redagowaniem szalenie poczytnego w pewnych kręgach pisma, poprosił mnie o napisanie "ot, kilku słów" na temat jednego z ważniejszych w tegorocznym kalendarzu świąt stowarzyszenia, w ramiona którego pchnął mnie ostatnio wyrok Opatrzności (swoją drogą ciekawe, czy to będzie dożywocie).

Z początku (jako że przydarzyło mi się być gospodynią przyjemniejszej części tej imprezy) wzdragałam się przed jednoznacznym formułowaniem opinii (co, w rzeczy samej, wynikało z obawy przed pomówieniem o chwalipięctwo, samochwalstwo i chwalilubstwo lub inną równie odrażającą cechę). Jednakże obecnie, będąc na lekkim rauszu (nie powiem po czym, żeby wam smutno nie było) zmieniłam o ileś tam stopni moje stanowisko i aktualnie wychodzę z założenia, że nie należy uchylać się od sprawiedliwej i konstruktywnej pochwały.

Prawdę powiedziawszy, napełniło mnie bezmiernym smutkiem, że jeszcze nigdzie oficjalnie nie wyrażono słów uznania dla odwagi i poświęcenia tej młodej jeszcze (wg wiarygodnych źródeł) osoby, która nie bacząc na surowe normy obyczajowe panujące w tych szerokościach geograficznych i możliwość utraty raz na zawsze dobrego imienia w kręgach sąsiedzkich (co, jak się łatwo domyślać grozi dożywotnim staropanieństwem), nie wahała się przyjąć w zacnych progach swego rodzinnego domu bandy 40 rozbójników, łącznie - rzecz jasna - z Ali Babą (co po szybkim przeliczeniu daje pełne 42 osoby). Jakżeż byłoby to ładnie, gdyby w jakimś oficjalnym dokumencie znalazły się słowa "nie zawiodła położonego w niej zaufania", albo "z powierzonych jej obowiązków wywiązała się bez zarzutu". Smutne to, że samemu trzeba się dobijać o słowa pochwały.

Dla informacji nieobecnych, przyjęcie odbywało się w stojącym wśród starego parku małym dworku, w którym oprócz ogromnego salonu z tarasem, znajdował się także szereg przytulnych buduarów, służących wygodzie co bardziej znużonych alkoholem gości, przestronna kuchnia, z której nieustannie dochodziły zapachy pieczonych na ruszcie przysmaków i między wieloma innymi (o których już nie wspomnę) jeszcze jedno pomieszczenie wykorzystywane dla celów zarówno przyjmowania jak i zwracania wysokiej jakości trunków. Dla koneserów (a takich była przecież większość) podawano piwo, które wspaniale smakowało i nikomu nie szkodziło, dopóki było się trzeźwym. Wino (dla starannie dobranego grona gości) serwowano w leżącym nieco na uboczu małym gabineciku, który oprócz takich niewątpliwych walorów jak zapas kilku butelek za kanapą, posiadał tęże kanapę, zamykane na klucz drzwi i przyćmione światło.

Głównymi atrakcjami wieczoru były popisy muzyczne dużej grupy włościan (głównie z okolic naddnieprzańskich), z których jeden, sądząc po wielkiej czapie i takimż pistolecie, przybywał prosto z Siczy. Innym godnym odnotowania wydarzeniem był panicz z wielce poważanej w całym powiecie oficerskiej rodziny męczący sadystycznie naszą poczciwą Sztukę oraz rodowita Francuzka (bawiąca w naszym kraju tylko przejazdem) dokonująca heroicznych wysiłków w celu skomunikowania się (zapewne wiedziona jakaś nagłą potrzebą).

Część gości zaczęła rozjeżdżać się już po północy. Większość jednak ruszyła w drogę powrotną dopiero o pierwszym pianiu. Z dziedzińca dochodziło rżenie zaprzężonych do powozów koni, panie nerwowym (acz wciąż konkretnym) ruchem sprawdzały stan swej biżuterii, panowie szarmancko podawali im futra. Przez chwilę słychać było jeszcze łajania zaspanej służby i gromkie okrzyki woźniców. Potem wszystko ucichło, a we dworku została jeszcze tylko garstka z wolna zasypiających gości, którzy wkrótce też ułożyli się na spoczynek w pokojach gościnnych.

Rankiem, wyspanym i wypoczętym podano śniadanko złożone ze świeżutkich wiejskich produktów, a gospodyni ze łzami w oczach prosiła zbierających się do odjazdu gości o pozostanie. Z kuchni dobiegało stukanie garnków i szum wody. Służba swą nieczułą ręką zacierała ostatnie ślady nocy.


Ariadna Henclewska



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011