Moja Historia

MOJEJ HISTORII OTRYTU - CIĄG DALSZY

Każdy z nas przyjechał kiedyś na Otryt po raz pierwszy. Te pierwsze spotkania z Chatą, ich przebieg i konsekwencje są ciekawym przyczynkiem do historii rozwoju otryckiej wspólnoty. Gdyby przeprowadzić taką ankietę:"Mój pierwszy dzień na Otrycie" i zebrać wypowiedzi dawnych i obecnych, aktywnych członków Klubu, powstałby obraz Otrytu być może bardziej prawdziwy od tego, który tworzymy na podstawie różnych syntetyzujących wspomnień?

Pierwszy raz byłem na Otrycie w lecie 1976 roku. Był to pobyt krótki, zaledwie dwugodzinny. Zatrzymaliśmy się pzy Chacie by odpocząć w drodze ze Smolnika do Suchych Rzek. Był to pierwszy etap mojego z przyjaciółmi wędrowania przez Bieszczady, Beskid Niski i Sudecki, Pieniny, Gorce i Beskid Wyspowy w Tatry.

Ten pierwszy kontakt z Otrytem nie wywarł na małolatach wielkiego wrażenia. Chata była miejscem, gdzie banda półgołych brodaczy i snujących się z podkrążonymi oczyma dziewczyn wydawała się spędzać czas w sposób całkowicie bezsensowny - bez celu, przyczyny i jakiejkolwiek wyższej racji. Wszędzie panował nieład i bezruch. Dziwne wrażenie robił w tym wszystkim Lenin /mam na myśli Włodzimierza Ilicza/, którego popiersie w srebrnym metalu stało na kominku. Dla nas, naładowanych energią siedemnastolatków, cały ten obraz nie był zbyt zachęcający. Było w tym jednak coś, co w nas pozostawało, utkwiło gdzieś w podświadomości: wrażenie pociągającej pozaczasowości Otrytu. To tak, jakgdyby czas płynął tam inaczej.

Później bywałem już w Chacie każdego roku. W 1978 spędziłem tam, z przerwami, blisko trzy miesiące. Trzy długie, wakacyjne miesiące, które na Otrycie wydawały się krótką chwilą. To był właśnie ten mój "pierwszy pobyt". Choć nie uświadamiałem sobie tego wtedy, był to dla mnie bardzo ważny okres. Nadal odczuwam jego wpływ na swoje życie.

W Chacie poznałem ludzi, dzięki którym Otryt był Otrytem. Dla mnie byli nimi Wojtek Jóźwiak, Henryk Kliszko, Leszek Popowicz, Michał Gierbisz i oczywiście ówczesny Gospodarz - Bill.

Z Wojtkiem prowadziliśmy długie rozmowy, jeżeli można tak nazwać jego monologi przerywane z rzadka moimi pytaniami czy nieśmiałymi wypowiedziani. Były to rozmowy o wszystkim. To, co banalne okazywało się w nich nieraz czymś głęboko istotnym. Wiedza, którą przekazywał Wojtek pochodziła z pogranicza prawdy i nonsensu. Była wiedzą niezwykłą, tajemną, czymś bardzo różnym od napuszonej akademickiej erudycji upstrzonej cytatami z mędrców. Była to wiedza indywidualna, zmuszająca do poszukiwań i dlatego fascynująca. Trzeba było słyszeć Wojtka wygłaszającego przy śniadaniu wykłady o kulcie fallicznymr. Trzeba było go widzieć jak w wielkich kaloszach /które nie wiem dlaczego w mojej wyobraźni najbardziej przylgnęły do jego postaci/ szedł pod górę od Lutowisk mówiąc o dharmie lub piłując wielki kloo drewna rozprawiał o soteriolgii.

Mój stosunek do Wojtka był stosunkiem ucznia do jego "guru". Inaczej było z Henrykiem. Moje pierwsze kontakty z Otrytem przypadają na okres, w którym Kliszko był już i jeszcze uznaną "szarą eminencją" ruchu otryckiego. Nawet wtedy, gdy go na Otrycie nie było, odczuwało się jakiś jego trudno uchwytny wpływ na wszystko, co się tam działo. Jego znaczenie i pozycja wynikały z kilku przyczyn. Najważniejszą była chyba ta, iż Henryk słusznie czy niesłusznie uchodził jeżeli nie za jedynego, to w każdym razie za głównego Stworzyciela Chaty. Nawet osoby niechętne mu przyznawały, iż bez niego nie byłoby Otrytu. Henryk jako jedyna w tym czasie osoba dysponował w miarę zupełną informacją o wszystkim, co było z Otrytem związane. Znał wszystkich, którzy Chatę budowali i niemal wszystkich, którzy się przez nią przewinęli, I odwrotnie - wszyscy znali Henryka. Jego fajka i broda były gwarancją trwania tradycji otryckiej. Jednocześnie to przede wszystkim jego idee i pomysły były źródłem ruchu - wszystko jedno, czy był to ruch w sferze myśli jedynie, czy związany z realnymi działaniami. Nie twierdzę, że Henryk był autorem wszystkich ważnych koncepcji, które pojawiły się w środowisku otryckim. Stał się jednak w sobie tylko wiadomy sposób, wszystkich tych koncepcji arbitrem.

Mój stosunek do Henryka był mieszaniną podziwu i strachu. Podziw wynikał przede wszystkim ze świadomości faktu, iż to jego przede wszystkim energia ożywiała i łączyła ruch otrycki. Strach i dystans, jaki sobie narzuciłem, związane były z dezaprobatą, jaką wzbudzały metody działania Henryka. Osoby, które psychicznie podporządkowały się jego woli, wykorzystywane były do działań, jakie Henryk w danej chwili uznawał za zgodne z interesem Otrytu. Z pozoru trzymając się na uboczu, Henryk konsekwentnie uniemożliwiał dokonywanie w Klubie jakichkolwiek zmian, które nie byłyby zgodne z jego wizją idei otryckiej. Taki system działał przez jakiś czas, w końcu jednak doprowadził do kryzysu. Henryk wytworzył pod koniec swej obecności w Klubie próżnię, której gdy odszedł, nie było czym wypełnić.

W następnym odcinku : Kobieta na Otrycie /o roli kobiet w ruchu otryckim/.

Zgodnie ze swoją zapowiedzią nie przestrzegania jakichkolwiek reguł, nie dotrzymałem obietnicy i nie napisałem o skandalizujących szczegółach związanych z pewnym obozem na Otrycie. Nie napisałem również dlatego, że kilkoro członków Klubu nagabywało mnie stale na ten temat. Jakby się czegoś obawiali? Zaspokoję ich ciekawość innym razem.

Leszek Filipowicz



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011