Przeczytajcie Vincenza

PRZECZYTAJCIE VINCENZA

"Było to w roku 1887, jesienią, na połoninie Kiziej pod Czarnohorą. Wiatr dobrze wiał, dał, wył, buszował przez kilka dni, chłostał, hulał i trzaskał po lasach, nałapał drzew i gałęzi, aż wreszcie wywrócił i wyczyścił niebo z chmurzysk. Pogoda złota stanęła na niebie - cicho, łagodnie, ciepło.

Trembity orały na "rozłeczenie". Gazdów i ludzi z dolin było dużo, a połonina rozbrzmiewając okrzykami, zmieniła się. Radosne nawoływania szły z góry na górę, z połoniny na połoninę, od stai do stai, od koliby do koliby, od kosziery do kosziery. Daleko rozchodziło się donośne "wiwkanie", jeden drugiemu odhukiwał okrzyki śpiewne i przeciągłe naśladowania głosu trembity. Latały te głosy z Kiziej na Pohoriwkę, z Pohoriwki ne Gadżynę, z Gadżyny na Maryszeska, z Maryszeskiej na Młaki i Psariwkę, z Psariwki na Cziernyj i Kostrycz. Cały świat połoniński się nawoływał. Zdawało się, że te ogromne przestrzenie są połączone ze sobą na ten jeden dzień, a za głosem myśl ludzka polatywała z połoniny na połoninę, przeskakując nieprzystępne bory, puszczę wielkodrzewną i dziedziny staroniedźwiedzie a także gęstwiny młododrzewu, jary, przepaście i berda. Tam to gdzieś siedzi niedźwiedź, który tego lata upolował sobie niejedną jałówkę, ale uszedł zręcznie rohatyny lub strzału. Siedzi w przepaściach lejnych, w syhłach albo gaurach, słyszy te głosy, szczurzy uszy albo śwista i dmucha z podniecenia. A wilk podnosi nos do góry i węszy. I nadal grają trembity a starowieczne pistolety i krócice, błyskające ogniem, strzelają rozgłośnie i nadal głosy nawołują się z połoniny na połoninę".

Tak zaczyna się wielka huculska saga Stanisława Vincenza "Na wysokiej połoninie". Autor dał jej podtytuł: "Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny Huculskiej". Całość składa się z trzech tomów, lub, jak nazwał je Vincenz "pasm". Są to "Prawda Starowieku", "Nowe czasy" oraz "Barwinkowy wianek". Ci, którzy jeszcze tego nie znają powinni koniecznie przeczytać.

"Na wysokiej połoninie" to książka o górach, o Czarnohorze zaliczanej do Beskidów Wschodnich, do których należą i Bieszczady. Nie wiem czy istnieje zewnętrzne podobieństwo pomiędzy tymi dwoma górskimi pasmami - nigdy pie widziałem Czarnohory. Wiem jednak, że góry i ludzie, którzy w nich mieszkają, że lasy i łąki górskie są wszędzie podobne. Wiem, że jest coś, co sprawia, że w Muzeum Gór w Lourdes w Pirenejach czujemy się tak prawie jak w Muzeum Tatrzańskim; coś, co łączy Hucuła i górala podhalańskiego, mieszkańca peruwiańskich Andów i Tybetu. Nie wiem co to jest to "coś". Ale wiem, że istnieje.

Pamiętam, że jako dziecko lubiłem oglądać przedwojenny podręcznik geografii. Najbardziej oczywiście przyciągały mnie ryciny i fotografie. Jednej z nich przyglądałem się najczęściej. Przedstawiała fragment górskiej rzeki płynącej głębokim wąwozem. Rzeką płynęły tratwy spławiane przez flisaków. Podpis pod fotografią brzmiał: "Tratwy na rzece Czeremosz".

Ta fotografia dziwne jakieś we mnie wywoływała uczucia. Tęsknoty? Żalu? Jakże dziwne a przecież bliskie wydawały mi się te nazwy: Czarnohora, Howerla, Czeremosz, Waratyń. Te miejsca - były równie pociągające co niedostępne. Myślałem o tym, że kiedyś przecież nie było granicy i jeździło się do Worochty i Krzyworówni tak właśnie jak dziś jeździmy do Ustrzyk i Lutowisk. Dziś Czarnohora jest daleko. Ale jest też przecież blisko. Czyż nie śpiewamy czasem "tam szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa"?

Wszystkie te uczucia nabierają nowych kształtów, gdy weźmie się do ręki książkę Vincenza. Trafiłem na nią przypadkiem i na kilka wieczorów świat Czarnohory, ten świat połoniński stał się moim światem. Czytałem więc i słuchałem jak grają trembity, patrzyłem jak wysoko na połoninie pasterze budują staję i zakładają watrę. Patrzyłem jak powstaje huculska sadyba - grażda i jak odbywa się butyn, czyli wyręb wiekowego, bukowego lasu. Wszystko to opisane jest w tym poemacie - reportażu, w tej baśni i gawędzie, jaką jest "Na wysokiej połoninie".

Myślę, że nie ma w literaturze polskiej, włączając w to wszystko, co napisano o Tatrach, dzieła bardziej związanego z górami, nasyconego górami i z nich wynikającego. Nie ma dzieła, które lepiej opowiadałoby o ludziach, którzy w górach żyją, dla których góry są ojczyzną, a nie tylko miejscem zamieszkania. Niezwykle plastyczny język Vincenza tworzy świat jedyny w swoim rodzaju, świat który raczej można odczuć niż zobaczyć.

To dziwne, bo przecież Czarnohora i Bieszczady to jednak nie to samo - po przeczytaniu Vincenza pomyślałem, że teraz i Bieszczady znam i rozumiem jakby lepiej. Może nie takie Bieszczady, jakimi są teraz, lecz takie, jakimi były zawsze. Dlatego chcę namówić was do przeczytania "Na wysokiej połoninie".

Leszek Filipowicz



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011