Wycieczka po angielsku

Wycieczka po angielsku

Jak Otryt długi i stary, wyruszali z Chaty pojedynczo albo grupami Otrytczycy, wyruszali na wielkie wyprawy albo na wycieczki w dzikie, leśne ostępy do starożytnych zabytków, znajomych przybytków gastronomicznych, czasami po prostu spacerowali na przykład dla złapania pierwszego od tygodnia bezalkoholowego i beznikotynowego oddechu, dla załatwienia potrzeb fizjologicznych w przerwie wielodobowego meczu brydżowego tudzież dla wyświadczenia sobie przysługi seksualnej w atmosferze spokoju i wzajemnego porozumienia. Krótko pisząc, można powiedzieć: Otrytczycy chodzą, chodzą, daleko i blisko, długo i krótko, samotnie, parami i w grupach na dwóch, trzech albo i czterech kończynach. Powodowani nieodpartą potrzebą zobaczenia, przeżycia przygody, przebycia 99,2 km /po zastosowaniu tzw. przelicznika Mar-Ar, czyli po pomnożeniu przebytych po szosach kilometrów przez 2,32 x / albo ugaszenia pragnienia /palącego/ pod żubrem, wyruszają niemal o każdej porze dnia i nocy by potem wrócić zgodnie z planem lub kilkudniowym opóźnieniem resztkami sił swoich lub kolegów. Nie obrażajcie się - na szpan otrycki pomieszany z głupotą zapadają prawie wszyscy stale i epizodycznie bywający na Otrycie, łącznie z autorem tych słów, co więcej - w wypadku niektórych osób jest to przypadłość wprost nieuleczalna.

Wszystkim zmęczonym dotychczasowymi wymyślnymi formami poznawania okolic Otrytu proponuje wypróbowanie przepisu na lekkostrawną wycieczkę po angielsku. Autorami pomysłu i zarazem pierwszymi jego wykonawcami byli: Tadeusz G., Zbyszek D., Dorota /nn/ oraz niżej podpisany. Nasza propozycja z pewnością nie zadowoli co bardziej wyrafinowanych gustów. Jestem jednak pewien, że znajdzie wystarczającą liczbę zainteresowanych, aby uzasadnić trud pisania i wydrukowania tego tekstu.

Zasadnicza przewaga tego typu turystyki otryckiej polega na tym, że od początku do końca zapewnia uczestnikom pełny komfort psychofizyczny. Powodzenie proponowanego przedsięwzięcia turystyczno-konsumpcyjneco zależy w 75% od pełnego zabezpieczenia osobowo-materiałowego, a tylko w 25% od wybranej, mniej lub bardziej przypadkowo, trasy wycieczki. Tak naprawdę trasa sama w sobie nie ma większego znaczenia, między innymi dlatego, że wszystkie szlaki w górach są do siebie podobne: z góry do góry, a potem do góry i z góry itd., itp., aż do znudzenia. Najważniejszą sprawą jest właściwe określenie dystansu do przebycia, co robi się w sposób następujący; od całkowitego przewidywanego czasu eskapady odejmujemy całkowity przewidywany czas posiedzeń konsumpcyjnych oraz kontemplacyjno-konwersacyjnych, w ten sposób otrzymujemy całkowity przewidywany czas efektywnego marszu, pozwala nam to znaleźć się o ściśle określonej porze w zaplanowanym punkcie gastronomicznym, a to w celu spożycia przepisowej ilości zupy chmielowej /regeneracyjnej!/. Teraz pozostaje tylko wyjść i jeśli się to nam uda PKS-em, albo innym stopem przemieszczamy się w pobliże Otrytu. W pełni usatysfakcjonowani fizjologicznie, estetycznie i poznawczo zjawiamy się na kolację, po której w mało dostępnym kącie dzielimy się wrażeniami oraz zawartością przezornie zamelinowanej butelki.

Niewątpliwie najatrakcyjniejszym gwoździem całej wycieczki jest odbycie w połowie drogi pikniku. W tym celu oddalamy się o kilka metrów od szlaku, zdejmujemy plecaki i niespiesznie wykładamy zawczasu przygotowany zestaw sprzętów i produktów. A to: kuchenkę benzynową turystyczną, kubki metalowe /po jednym na łeb/, sztućce, haftowany jedwabny obrus, na którym rozkładamy następujące składniki menu: chleb, masło, smalec a'la Komisarz, dżemu dwa rodzaje, konserwy mięsne i rybne, jajka na miękko tudzież na twardo, ser żółty, warzywa świeże /pomidory, ogórki, cebulę, rzodkiewkę, czosnek/, owoce świeże /jabłka, gruszki, śliwki/, przyprawy krajowe /sól, pieprz/. W wersji luksusowej menu wzbogacone zostaje o następujące delicje; kawior, łosoś, bakłażany, trufle, winogrona, banany, ananasy, butelkę szampana oraz przyprawy egzotyczne. W obydwu wersjach /jako, że wycieczka jest po angielsku/ bezsprzecznie najważniejszą rolę odgrywa ceremonia parzenia i picia herbaty /oczywiście angielskiej/. Po dokonaniu niezbędnych przygotowań przystępujemy do spożywania poszczególnych dań, czyniąc to w atmosferze spokoju i beztroskiego odprężenia, kontemplując otaczający nas krajobraz. Odpowiednie oddalenie od szlaku zabezpiecza nas przed zadeptaniem przez przebiegające co i raz tabuny turystów punktowych zwanych inaczej przelicznikowymi. Należy podkreślić, że oprócz turystów autokarowo-pieszych charakteryzujących się totalnym przepiciem i permanentnym katzenjamerem, turyści kilometrowi należą do gatunku występującego w Bieszczadach najczęściej. Osobnikom tego typu właściwa jest kompletna obojętność na znajdujące się na ich drodze przeszkody, wynikająca z pewnego rodzaju zaślepienia wywołanego żądzą zdobycia następnych punktów GOT-u oraz strugami zalewającego oczy potu.

W wypadku, gdy mija nas wyżej opisana grupa z nonszalancją wznosimy w ich kierunku kubki ze świeżo zaparzoną herbatą ewentualnie kielichy z szampanem, w efekcie poprawia to ich parametry biegowe do tego stopnia, że chwilę później widzimy tylko oddalającą się szybko długą wstęgę kurzu /jeżeli wcześniej nie padał deszcz/.

Pozostałą część drogi pokonujemy w niespiesznym tempie, wymieniając uwagi na tematy związane albo niezwiązane z wycieczką.

Andrzej Wiórko

x - Bliższymi informacjami nt. "przelicznika Mar-Ar" dysponuje autor przepisu, /red./.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011