Okiem Mamuta

W którymś z ostatnich numerów "Biuletynu Otryckiego" Leszek Filipowicz dzieli się swoimi wspomnieniami, w których, jak się okazuje mam pewien udział. Jako jeden z Mamutów Otryckich /obok Kliszki, Szczupłego, Bila, Komisarza, Abego X..../ poczułem się do napisania czegoś w rodzaju wyjaśnienia. Bo jedni z Mamutów pozostali w zasięgu Klubu, inni gdzieś poznikali... Więc chce się wytłumaczyć, gdzie i dlaczego zniknąłem.

Nie budowałem Chaty i początki znam tylko opowiadań. Okres mojej aktywności w Klubie to 5 lat, do 1981. Od tamtego czasu minęło lat i prawie siedem, a 7 lat to jedna ćwiartka cyklu Saturna. Średnio co siedem lat zostajemy poddani doświadczeniom, które przebudowują nasz sposób widzenia świata, naszą życiową taktykę, przy czym poruszone zostają elementy codziennego życia: praca, miejsce zamieszkania, stosunki z otaczającymi ludźmi. Gdy kończy się taki okres, coś z rzeczy dotąd bliskich musi nieodwracalnie odejść w przeszłość. Tak było z Otrytem u mnie w 1981 roku. Nie był to przypadkowy kaprys. Poprzez te minione lata widzę, że odszedłem, ponieważ Otryt nie był tym, czego szukałem. Czym nie był? - Można pobawić się w "co by było gdyby". Gdy ktoś niewtajemniczony pyta - co to Otryt? mam dotąd, spore trudności z szybkim wyjaśnieniem. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w naszej tradycji kulturowej, mającej odbicie w języku, nie ma wyraźnych wzorców dla takiego przedsięwzięcia. Po drugie, Otryt takim przedsięwzięciem nie był, co najwyżej jakąś jego wątłą i niepewną zapowiedzią. Po wzory trzeba się udać na drugą stronę kontynentu. /Niewiarygodne, jak mało sobie uświadamiamy ciągłość tej bryły lądu, na której siedzimy. A przecież Słowiańszczyzna już dość dawno, w XVII wieku sięgnęła Ałtaju i Sajanów, a z drugiej strony tych gór żyli i żyją ludzie, mówiący "Om Mani Padme Hum"/. Na drugiej stronie kontynentu istnieje tradycja ludzi, którzy czując niewystarczalność potocznego życia odchodzą na ubocze, w góry, lasy lub na pustynie, aby być bliżej swojego ducha i bliżej mistycznego Centrum, które przecież dla każdego jest Tu, w nim, i Teraz, w Tej Właśnie Chwili. Indyjscy ryszi i mahasiddhowie. Chińscy pustelnicy, kontemplujący Tao. Japońscy mistrzowie Zen. Tybetańscy mnisi i naldziorowie.

A więc: przyłączyłem się w swoim czasie do Otryckiego towarzystwa, bo widziałem pewne podobieństwa do tamtego wzorca. "Gdy wysiłek skierowany na spełnienie w świecie materii nie daje skutku, bo dać nie może, odejść na odosobnienie, by kontemplując przyrodę doprowadzić ducha do równowagi i zacząć poszukiwania w dziedzinie wewnętrznej, przez skupienie czyli jogę".

Ale Otryt nie był aśramem. Mistyczne wnikanie w dziedzinę wewnętrzną wymaga przewodnika. Tam prowadzić może tylko ktoś, kto był już sam przed nami. Otryt był aśramem na swoją miarę. Henryk Kliszko był /wówczas, co dziś się z nim dzieje, nie wiem, ufam, że jak wielu Lwów Ascendentalnych "wypłynie" znów około roku 2000,../ - był osobowością charyzmatyczną, miał dar zbierania ludzi, ale Celu i Drogi nie znał. A z nim całe towarzystwo otryckie poruszało się ruchem wahadłowo-zygzakowatym: od Nietzschego do Lenina, od Mistyki Chwili do Genezy Funduszu... Taki Latający Holender we mgłach. Większość z nas, Mamutów, ma ważny punkt w znaku Ryb: Kliszko i Chrystian Belwit - Słońce, ja i Szczupły - ascendent, Olek Łazarski i Paweł Karpowicz - po Księżycu. Gdybyśmy byli wtedy mądrzy... trzeba było sobie po męsku powiedzieć: "ze Wschodu jest światło Prawdy" /ale z tego prawdziwego Wschodu!/ - i zacząć od robienia asan i ćwiczeń oddechowych, z początku choćby bez przewodnika. Gdy ktoś rzeczywiście potrzebuje i pragnie duchowego mistrza, ci zjawiają się, często nawet w nadmiernej liczbie. Gdybyśmy /wtedy, w latach 70-tych/ umieli wykonać sami pierwszy krok, mistrzowie by się znaleźli. Wtedy przecież nawiązano w Polsce kontakty z Rosim Kapleau, Soen Sah Nimem, Olo Nydahlem. Ale co żałować tego, czego nie było x. Stało się tak, że Klub Otrycki pozostał i trwa, właśnie on jak mamut wśród swoich mgieł. Ci z nas, których karma do tego zmuszała, poszli szukać, każdy na własną rękę. Paweł Karpowicz i ja - po ścieżce wytyczonej przez Buddę. Co działo się ze mną? W agencji prasowej "Solidarności" długo się nie napracowałem. Uprawiałem rośliny w Ogrodzie Botanicznym. W Ropkach, w Beskidzie Niskim, harcerzom z drużyny Doktora Jaczewskiego prowadziłem chatę, hodowałem owce, psy i konie /Jowisz wtedy przechodził przez znak Strzelca/. Zacząłem ćwiczyć się w astrologii i jodze pod okiem Leona Zawadzkiego. Jego "aśram" /jakże skromny, gdy od strony materii patrzeć/ na górze Potrójnej był już moim trzecim doświadczeniem wspólnotowym. A niedawno, w 1986-tym, przyjąłem schronienie /...w Buddzie, Dharmie i Sandze/ w linii przekazu Karma Kagyu, u Mistrzów wywodzących się z Tybetu. Jowisz był wtedy w znaku Ryb...

Wojciech Jóźwiak

x Jakoś w tamtych czasach odkryłem /gdzieś to nawet jest opublikowana/ podział na trzy nurty, trzy orientacje w postawach naszego pokolenia: nurt tradycyjno-katolicko-narodowy, nurt marksizujący i trzeci nurt egzotyczny. Ciekawe są ich dalsze losy. Katoliccy narodowcy zrobili "Solidarność". "Egzotyczni" zainicjowali największą chyba i ciągle wzrastającą, rewolucję religijną w Polsce, bo tak należy nazwać wejście w buddyzmu. Część z nich znalazła ujście dla swych tęsknot w radiestezji i okultyzmie. "Marksizujący" podzielili się. Część kokietowała "konspirę", część wsiąkła w establishment.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011