Wiek: 40 plus

Kiedy wybrzmiały już wszystkie koncerty, opadły trochę emocje, kiedy okazało się, że wszystko się zamknęło i dopięło aż do ostatniej chwili, kiedy nadszedł ranek 17 sierpnia, zdałem sobie sprawę z tego, że popełniłem błąd. Błąd polegający na tym, że podczas wystąpień z dnia poprzedniego powinienem był coś powiedzieć, a nie powiedziałem. Chciałbym to nadrobić.

Mam 35 lat zaś z Chatą związany jestem od lat jakiś 26. Mieliśmy ze sobą dłuższy rozbrat (między 1991 a 2003 rokiem), jednak nie da się ukryć, że pamiętam starą Chatę. Pamiętam Gościówkę z zejściem do Służbówki, pamiętam bibliotekę otrycką, pamiętam, jak na jednym wyjeździe w Gościówce powstało swoiste leprozorium, gdyż obaj z bratem dostaliśmy ospy wietrznej. Pamiętam budowanie igloo z Dominiką Maison, pamiętam, że na południowej jaskółce jakaś dziewczyna mi i mojemu bratu podczas kilku wieczorów opowiedziała całego „Władcę Pierścieni” Tolkiena. Pamiętam wycieczki z Jerzym Szczupaczyńskim, dzięki którym kilkanaście lat później byłem w stanie pokazać własnej córce jak wyglądają kumaki i traszki. Pamiętam mojego ojca stojącego do pół łydki w południowym ujęciu i pamiętam swoje przerażenie, gdy z niego wyszedł, mając nogi całe w pijawkach. Pamiętam kurczaka po otrycku w wykonaniu mojej mamy. Pamiętam, jak w poprzek łąk na podejściu od Dwernika rozciągnięty był drut w którym płynął słaby prąd, gdy pasły się zwierzaki i jak panicznie się bałem, że mnie porazi. Pamiętam podróż „Zarzygańcem” relacji Warszawa – Zagórz, gdy spaliśmy z bratem na stercie plecaków ułożonych w pociągowym kiblu, pilnowani przez Tadeusza Grochulskiego, by żaden z nas się nie sturlał. Pamiętam, jak gnałem zawsze pod górę i któregoś razu wyprzedziwszy swoich rodziców (objuczonych wszak bardziej niż kilkuletnie dziecko) o dobrych kilkanaście minut ściągnąłem na siebie wzrok turystów, zastanawiających się, co to za dziecko, które najwyraźniej przyszło na górę samo i czuje się tu jak w domu.

Pamiętam niekończący się ciąg imprez w domu moich rodziców, podczas których, gdy trzeba było uśpić mnie i brata, któryś z grajków przychodził nam pograć na gitarze do snu. Znam z opowieści sytuację, gdy mój brat zastawszy we własnym łóżku jednego z Otrytczyków, obudził go, pytając poważnie „a gdzie jest mój miś?” – bo obecność półpijanego faceta nie była problemem, problemem był brak misia. I też znam z opowieści, gdy mój brat przywitał w progu innego naszego stałego gościa: „znów przyszedłeś na obiad?”. Nie było w nas krzty złych intencji, braliśmy atmosferę otrycką, tu w nizinach i tam na wyżynach jak powietrze, oddychaliśmy nią pełną piersią.

Kiedy podczas obozu gontowego nowej Chaty zapytałem Andrzeja Grądzkiego, wiszącego tuż koło mnie na dachu czy ja jestem stary otrytczyk czy młody usłyszałem: „Wiesz Łukasz, ty jesteś stary otrytczyk. Ale młody”. Więc jestem stary i młody. Lecz nie byłoby mnie na Górze, gdyby nie moja Ania, która po którymś obozie budowlanym zarekomendowała mnie do Klubu i nie byłoby mnie na Górze zapewne, gdyby Chata nie spłonęła. Cezura ta, dla wielu Otrytczyków będąca symbolem końca legendy, dla mnie stała się momentem powrotu. Nadszedł czas, by Otrytowi opowiedzieć, co mu się zawdzięcza. Opowiedzieć własnymi rękami i własnym czasem. Więc znów pamiętam: spanie w Lektorium po kilkanaście osób, Don Gore przechadzającego się z parasolem, tworzenie kuchni, bicie podłóg. Pamiętam znakomity w swej prostocie plan Ząbka, by: „wcześnie dziś zacząć pić, by jutro wcześnie wstać i wcześnie wziąć się do roboty”, z którego bardzo rzetelnie zrealizowaliśmy punkt 1. Pamiętam jak Iwanowi miśz wszedł do namiota. Pamiętam, jak wnosiłem pod górę kilkudziesięciolitrowy baniak z wódką i zdanie Grotka: „A gdybyś się zgubił, wiesz ile osób by cię szukało?”. Pamiętam, jak Ritchie odmawiał banieczek: „no, no, no, no, no. OK, it’s my last”. I kiedy po kilku godzinach ja się składałem jak scyzoryk jeszcze dobiegało do mnie jak mantra coraz słabsze: „no, no. OK, it’s my last”. Pamiętam przewożenie cegieł i cementu. Pamiętam oczywiście dużo więcej i dużo ostrzej niż to, co pamiętam z lat ’80, ale najistotniejsze jest to, że znów – ponownie – mogę pamiętać.

Dla mnie 40-lecie Chaty to nie jest 30 lat + 10 lat. To pełna rocznica. Kiedy weszliśmy na Górę z moim tatą, który był na Otrycie pierwszy raz od lat 22, spojrzał na Chatę i powiedział: „gdybym nie wiedział, że się spaliła i została odbudowana, to powiedziałbym, że to ta sama Chata”. Prócz tego, że czas zaciera szczegóły, to zdanie jest metafizyczne. Bo co się mogło zmienić? Widok na połoniny? Powietrze? Zapach buków? Jakość szlaku od Dwernika? Mamy większą, obszerniejszą, lepiej ocieploną Chatę, ale wciąż jest ona „ta sama”.

I na zakończenie: kiedy patrzyłem sobie jak dobijają kolejni ludzie, związani z Chatą w różnych okresach jej istnienia, od tych, którzy przyjeżdżają od czterdziestu lat, do tych, którzy odkryli ją niedawno, poczułem, że związek z Otrytem jest w pewnym sensie związkiem nieodwracalnym. Raz będąc Otrytczykiem, jest się nim już zawsze. Niezależnie jak często się tu jest. Niezależnie, jak długo się tu nie było.

Łukasz Widła-Domaradzki

 



Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011