Komu w drogę, temu cap

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 10/2009.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz autora.

Pomimo dłuższej znajomości z Gospodarzem Chaty Socjologa nawet mnie obowiązywała hierarchia. Kiedy więc Bill zwrócił się do mnie z prośbą o pomoc, mogłem tylko zapytać o szczegóły wyprawy. Pasmo Połoniny Wetlińskiej błyszczało w słonecznym mroźnym dniu. Starałem się szybko ocenić trasę wędrówki i wysiłek, jaki przyjdzie włożyć w przeprowadzenie z Otrytu na połoninę capa – „Towarzysza Trockiego”.

Zmrożony śnieg nie stanowił przeszkody, podobnie jak mróz. Długie wojskowe rosyjskie buty, onuce, skarpety, wełniany sweter (zrobiony na czterech drutach, ważył półtora kilograma!), panterka, czapka baranica. Do tego „pół litry” na drogę od Billa - Gospodarza Chaty na Otrycie - dawały poczucie bezpieczeństwa. Tylko Trocki… Cap ponoć był najpotężniejszym w całych Bieszczadach. Pionowa źrenica, błyszczące oko… Iście diabelskie spojrzenie, pełne złośliwości. Do tego silny był okrutnie…! Lubił sprawdzać swoją przewagę, pochylając łeb przed potencjalnym konkurentem. Lekko stukając rogami zapraszał do siłowania. W odróżnieniu od wielu turystów, nie miałem z nim „na pieńku”. Nie przepadałem kiedy podchodził i przyglądał się jak coś robię. Rogi wielkie, charakter wredny, skuteczny w atakach i rabunku zapasów turystom. Bywało, że polował na niosących wodę z ujęcia na potoku lub zaopatrzenie do Chaty Socjologa. Trzeba było zachowywać „partyjną czujność”, jak wtedy popularnie cytowano prasę. No i… wstrętnie śmierdział... Ale pupil kierownictwa!

Kto nie miał styczności z takim zwierzęciem, nie może sobie wyobrazić dyszącego smrodem kozła w rui. Wrażenie powalające, powonienie wprawdzie z czasem „tępieje” - ale nie dla osób z zewnątrz. Zetknięcie z sierścią przenosiło intensywny zapach, oblepiający wszystkie przedmioty w pobliżu. Ubrania wprost chłoną ten feromon! Dorosłe kozły mogą chyba rywalizować ze skunksem. Nieoczekiwanie Bill, być może odczuwający wyrzuty sumienia z powodu „wycieczki”, poinformował mnie o dołączeniu do wyprawy dwóch osób. Wojtek Jóżwiak, mocno zbudowany, opanowany, świetny partner w wędrówkach i nieoczekiwany gość Chaty Socjologa, Niemiec (z „tych dobrych”!) - Wolfgang T.

Sprokurowana „smycz” pozwoliła nam na wymarsz bez większych problemów. Za to przy dużym zainteresowaniu grupy bawiących na Chacie studentów i pokpiwających ze składu wycieczki starszych „otrytczyków”. Wybrałem trasę z Otrytu przez Dwernik, most na Sanie, a dalej Nasiczne, Berehy. Do podejścia na Wetlińską za Kapesami, od obwodnicy. Zejście po zmrożonym dukcie z grani Otrytu absorbowało nas bardzo, a wszystko ze względu na starania uniknięcia kontaktu z cielskiem capa. Wymyślił sobie hamowanie na naszych osobach! Wycieczka spodobała mu się na tyle, że obsikując pysk, ocierał się o nas (zaznaczając zapachowo „własność”), a po wyjściu na szosę pilnował już tempa wędrówki, momentami „zaganiając” najwolniej idącego Wolfganga.

Po kilku kilometrach przestaliśmy żartować, zdając sobie sprawę, że ta spokojna z pozoru wycieczka zmienia się powoli w niezłą przygodę. Spotykane pojedyncze osoby, zwłaszcza mieszkańcy Dwernika i Nasicznego ze zdumieniem, a potem również z ironicznym uśmiechem gratulowali składu grupy i dawali użyteczne rady! Nie ma co, za swoje dostałem mijając „U Żyda” na Dwerniku. Pomimo mrozku na zewnątrz siedziała z piwem spora grupa robotników leśnych, pracowników parku konnego, leśnicy gajowi… Znajomi! Zaczęli grzeczna rozmowę – „Sztachetka” i „Natasza”… Najłagodniejsze były uwagi typu: „Komisarz”?! A co wam, bab na Otrycie brakuje? „Chopyyy!  A który ma taki duży śpiwór?”, „Komisarz (pomijając kolegów), z capem? A nie chcesz psa ode mnie, do spacerów?”

W trakcie wymiany uprzejmości zapach capa szybko pokonał te marne kilka metrów, dzielące mnie od roześmianej kompanii. „Kruca! Zabierz tego ciula!”, „Piwo się zaśmierdnie!”. Wykorzystując przerwę w wymyślaniu przez rozbawione towarzystwo co celniejszych uwag, wytłumaczyłem, że Bill dostał pocztą bieszczadzką prośbę o dostarczenie Trockiego do Chatki na Wetlińskiej. Do kozy, co ją Józek i Ulka postanowili rozmnożyć… Proste? Jakby osła „Gapy”, konia i lamy „Iwana” było im mało! No i padło na mnie zaufanie Billa, powierzył mi swoje ulubione zwierzę!

Dalsza wędrówka zobojętniła nas na wszystko. Kiedy doszliśmy do schroniska zapadał już zimowy zmierzch. Ostatni odcinek drogi wiódł dobrze widocznym i wydeptanym szlakiem, więc puściliśmy capa luźno, bez uwięzi. Oglądał się, podbiegał, ocierał, zachęcając do szybszego marszu. Ciemna bryła drewnianego schroniska wyskoczyła nam na spotkanie. Uwiązałem Trockiego przed wejściem i po chwili oczekiwania aż skatowani wędrówką koledzy zdjęli buty, weszliśmy do pełnej ludzi, radosnej, rozśpiewanej sali. Gorzałeczka wędrowała od rąk „rezydentów” do zachwyconych atmosferą turystów i gości. Sala pełna płonących oczu studentek…! Kto w latach 70-tych i 80-tych bywał, pamięta zapewne tę niepowtarzalną atmosferę „Chatki Puchatka”.

Rej wodził Jacek K. zwany „Rekinem”. Tubalny głos, sława wytrawnego wyjadacza tras i „kłusownika” oczarowanych atmosferą oraz górami kobiet. Stanąłem i przywitałem się. Z kuchni wyjrzała Ulka i skinęła z uśmiechem głową, a rozradowany, uśmiechnięty Józek, otaksowawszy wzrokiem moich towarzyszy, podszedł z wyciągniętą ręką. - Czooołem Komisarz! - rzucił, zacinając się. Po sekundzie odsunął się gwałtownie, a wraz z nim w popłochu wstawali z miejsc siedzący najbliżej nas. „Kruuuca, co jest?!” W ciepłym nagrzanym powietrzu, odór capa po prostu wybuchnął!  Nawet nas zatkało. 

- Komisarz, co tak śmierdzi?!  Okrzyki ze wszystkich stron… Towarzystwo, z niedowierzaniem patrzyło, pociągając nosami. Po dłuuuuższej chwili zapadła wymowna cisza. - Józek… capa przyprowadziłem - z trudem wychrypiałem. Zarejestrowałem zdumione spojrzenie Ulki.  Józek popatrzył dookoła, szukając pomocy.

- Na góóórę? -  ktoś wyskoczył z sali i po chwili, krztusząc się, ze śmiechu potwierdził - jest przy drzwiach! Walczy z GOPR-owcem! Tym, co wychodził do kibelka!

- Capa? A pppo co go tu przywlokłeś???! - Wybuchnąłem. Nie dosyć, że padam na twarz, widzę pełne flaszki, a i zapaliłbym z przyjemnością, aby zabić smak piżma w ustach, a ten się mnie pyta - po co???!

- Po co!? - Do waszej kozy, prosiłeś przecież Billa żeby przysłał!!!!!

Rechot „Rekina” słyszę do tej pory… Przebił się pomiędzy studentkami pod ścianę schroniska. Otworzył stojącą tam skrzynię i wyjął, rozpościerając szeroko skórę z piękną długa sierścią.

- Komisarz. Kozy nie ma… Dawno... „Erat” w stajni ją kopnął… Bill za długo się … Ryk śmiechu mało nas nie ogłuszył. Staliśmy, wypisz wymaluj pomnikowe „trójnieszczęście”. Bijący od nas smród powodował, że wszyscy przemykali się jak obok trędowatych. Kielonek odbierano od nas z obrzydzeniem… Na dalszą imprezę Ula dyskretnie podała nam cienkościenną literatkę. Cap wylądował w stajni. Zastanawiałem się jak uniknąć kolejnego etapu „grzeczności”. Spodziewałem się najgorszego... Decyzja Józka była ostateczna, jak cięcie…

- Chooolera. Przeeeśpijcie się w korytarzyku, a jutroooo zabieeeraj capa z powrotem! Bo mi wystraszy tuuurystów  - Pokiwał głową, polewając poza kolejką.

- Sakraaamencko wpadłeś - podsumował.

Poranek był upiorny. Śmierdzący i skacowani ruszyliśmy z capem w drogę powrotną. Ale trasą przez Suche Rzeki, Zatwarnicę, Chmiel. Myśl, że mogę wracać tą samą trasą i spotkać po raz drugi znajomych, była nie do zniesienia. Zupełnie zapomniałem, że nie ma to żadnego znaczenia. Bo poczta bieszczadzka, informacje pomiędzy mieszkańcami, szybciej się rozchodziły, niż w obecnej dobie telefonów komórkowych.

Droga powrotna ciągnęła się niemiłosiernie. Długo w uszach dźwięczały pożegnalne okrzyki ze schroniska. Pełne troski i dobrych rad jak jechać na koźle...! Tylko cap, nieświadomy całej sytuacji radośnie nas holował, czując, że wraca do domu. Przed Chmielem machnąłem ręką. Zahamował terenówką leśnik z Sękowca. Wciągnął powietrze. - Komisarz, podrzuciłbym Was. Ale jadę po myśliwych dewizowych, rozumiesz? - Wymownie spojrzał na Trockiego, skubiącego oponę. Podziękowałem za dobre serce i po trzech godzinach, wreszcie zamajaczyła przed nami Chata...

Próba domycia udała się tylko częściowo, zapaszek pozostał. Wyjaśniłem Billowi zaistniałą sytuację, prawie warcząc ze złości. -Tak, tak inżynierze, jeszcze pogadamy… - Reszta otrytczyków otrzymała ubarwioną relację z wyprawy ze strony Wojtka i Wolfganga.

Wieczorem odprężałem się przy grzańcu, kiedy pochylił się nade mną Henio K – „spirytus movens” powstania Chaty Socjologa. – Komisarz... Bill ma do Ciebie pretensje… - Poderwałem się z ławy – coooo!!!!?

- Podobno Trocki kuleje, nie dbaliście o niego… - zakończył.

Tak, do tej historii można jeszcze tylko dodać, że przez kolejne 3 - 4 lata spotykałem się na szlaku i w bazach studenckich z uwagami - O! Komisarz... Witaj… Sam leziesz?... Bez capa??!

Mariusz Twardowski „Komisarz”



Komentarze   

 
#1 Jan-Nemrod25 2011-12-19 14:56
Świetna i zabawna historia!!!
 
 
#2 Andy500 2011-12-29 10:14
Tak, potwierdzam - świetnym i wspaniałym językiem napisana opowieść, szkoda, że to już przeszłość...
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011