"Iwan" z Połoniny

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 12/2009.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz autora.

Klub Otrycki powiadomił na internetowym „Drzewie Wiadomości", że w pubie „ Pod Mosteczkiem" na najbliższym czwartkowym spotkaniu obejrzymy dorobek fotograficzny sezonu wakacyjnego. Będą zdjęcia z włóczęg po Bieszczadzie, Karpatach Wschodnich oraz z corocznej imprezy „Baran Otrycki" w Chacie Socjologa.

Przypomniałem sobie, że TAO pytał mnie o stare fotografie z lat 70-tych i 80-tych. Rozgrzebałem moje domowe archiwum. Rozsypały się dziesiątki czarno-białych fotek i brązowiejących „ORWO Kolor". Wpadła mi w ręce pocztówka. Stara karta, kolory poszarzały, druk zbladł. W perspektywie ujęcie „Chatki Puchatka"* na Połoninie Wetlińskiej a na pierwszym planie filozoficznie przeżuwający „Iwan". Sięgnąłem po trzeci numer magazynu „Bieszczady". Wewnątrz, obok noty redakcyjnej, w lewym rogu - „Iwan" ! Czady i Biesy mi świadkami, że w tamtych czasach sporo turystów wspinało się na Połoninę Wetlińską tylko po to, aby lamę „Iwana" zobaczyć. Musiał biedny „lam" znosić cierpliwie setki fotografujących. Koń połoniński – „Erat" lekceważył stonkę turystyczną, a osioł „Gapa" widział w odwiedzinach profity (zawsze coś wyżebrał). Oblegany „ Iwan", wkurzony natręctwem, pluł na zbyt odważnych amatorów fotografii. Zdarzyło się jednak, ze lama z pewnych względów stała mi się bliska...

Dawno, dawno temu, słońce świeciło jaśniej, na połoninach mijało się najwyżej 10-15 osób, wszyscy mieli właściwe obuwie, wszyscy się witali! Można było pójść na Połoninę Wetlińską potokiem Hylatym (bez kiwania strażników z BPN), a na Halicz trzeba się było przekradać przez „rządówkę". Dawno, kiedy pałatka i zrolowany koc wystarczały na nocleg pod świerkiem... A dziewczyny w długich swetrach śmigały jak kozice i nie przekraczały norm wagowych, nawet z plecakiem, zdarzyło się:

Odwiedziliśmy kiedyś z kolegą „Rekinem" Ulę i Józka na Połoninie. Prawdę mówiąc, pociągnęła nas Zośka z Nasicznego (jedna z najpiękniejszych dziewczyn, jakie mieszkały w Bieszczadzie), tak z marszu. Propozycja: - Idziecie? - I ruszamy. Do Berehów Górnych i do Chatki!

Dziewczyna szła pierwsza. W połowie trasy byliśmy już mokrzy, takie tempo podejścia nam wrzuciła. Zdjęła wcześniej buty i kołysząc biodrami śmigała po szlaku. Sądzę, że tylko „Don Gore", czyli Piotr K. bez rumieńca wstydu mógłby się z nią zmierzyć na trasie! Był piękny słoneczny dzień, wiaterek na grani studził głowy. Ścieraliśmy z twarzy wypoconą sól. Po przywitaniu z Gospodarzami Chaty, machnęliśmy do źródełka z kanistrami na wodę. Na herbatkę schroniskową wypadało zapracować. Z dołu od przełęczki waliła wężykiem grupa turystów. Jak się po półgodzinie okazało – autokary ze Śląska, przywiozły nowy kontyngent chętnych na podziwianie panoramy Bieszczad.

Przysiedliśmy z Jackiem przed Schroniskiem i podziwialiśmy, podziwialiśmy... Białe koszule, pantofle, marynarki, żakieciki, buty na obcasach. Ale twardzi byli, weszli radosną grupą. Po herbatce, grupka nowo przybyłych turystów wyszła „zakurzyć cygaretę". Przyjęliśmy poczęstunek, w obłoczkach dymków potoczyła się luźna rozmowa, żarty (ech, niepowtarzalny akcent śląski!) o naszych strojach! Nasz paramilitarny ubiór skojarzył im się z... partyzantką, nie pamiętam, czy dopytywaliśmy się, z którą... Nagle jeden z nich wytrzeszczył oczy - Co to za afa?? - Obejrzeliśmy się, zaskoczeni reakcją. - No, Iwan!! - Chwilę zdumieni kontemplowali stojące zwierzę. - Żyrof, czy co...? - ** padł domysł. Taaak... Przez długie lata „Iwan" był sporą atrakcją na Połoninie Wetlińskiej.

W marcu 1982 roku „pocztą bieszczadzką", dotarło do mnie zaproszenie na Połoninę, na imieniny Józefa. Śnieg trzymał się wszędzie i był niezły mrozik. Dotarłem do schroniska. A tam tłum gości! Goprowcy wyróżniający się swetrami z logiem, zwarta grupa towarzyska ( niektórzy w mundurach) celników. Ludzie! Jakie rarytasy wylądowały na stołach!! A jakie szkło, gatunki z całej Europy... Po prostu PEWEX! Wszyscy byli podekscytowani, impreza zapowiadała się kultowo. Gospodarz, Józek Lubiński przedstawił mnie kilku osobom. Poznałem wtedy Pana Hartmana - seniora*** oraz jego syna. Z dużą rezerwą pozwoliłem obwąchać się „Prutowi", owczarkowi Lutka Pińczuka****. Duży i groźnie wyglądający wilczur taksował wszystkich uważnym spojrzeniem. Jakimś cudem przemykał się w tłumie, unikając kontaktu i poufałości ze strony imprezowiczów.

Oj, były to pamiętne imieniny! W połowie imprezy podano na stoły „gospodarski" bigos... Wspaniały! Wtrząchałem drugą porcję, zapijając markowym „francuzem" na zmianę z rodzimym produktem. Było mi ciepło i rozkosznie. - Ula!!? - zwróciłem się z pytaniem do szefowej Chaty. Siedziała wśród radosnego, śpiewającego towarzystwa jakaś markotna. - Wspaniały bigos! Dziczyzna?? - zagadnąłem przez stół. Z oczu Ulki popłynęły łzy, poderwała się od stołu. Dostałem w kark jednocześnie od Józka i nomen omen „Bigosa" z GOPR-u. - Zamknij się, Komisarz! - wysyczano na ucho. - Iwana wpieprzasz!! - Nooo, powaliło mnie z osłupienia... Tak zakończył żywot w ostatniej dekadzie kryzysowych lat PRL-u „Iwan". Ale ostatnia impreza, jakiej był świadkiem, przeszła do historii. Obecni wówczas goście, nie zapomną jej, na pewno!!

Dla mnie również finisz imienin pozostaje w pamięci. Przeceniłem znacznie moje siły imprezowe... Wytoczyłem się na wiatr i mróz, próbując zgubić nadmiar kalorii. Spotkanie już dogasało, towarzystwo roztasowane przez kierownictwo Chatki zaległo spać. Mnie przypadło miejsce na górnej pryczy, na pięterku, obok wspaniałej, długonogiej nauczycielki WF. Starając się zebrać resztki równowagi, wyszedłem na zewnątrz Chatki ochłonąć. Połonina w zimowej szacie, z przenikliwym wiatrem nie zachęcała do dłuższego spaceru. Zmarznięty wróciłem i „na czworakach", po schodkach wdrapałem się na górę. Połowa miejsca na pryczy kusząco czekała. Nauczycielka już spała, podobnie jak wszyscy w pochrapującym schronisku. I nagle zdałem sobie sprawę, że nie jestem w stanie wskoczyć lub podciągnąć się na pryczę!!! Z pół godziny walczyłem desperacko, opierałem nogę na ramie okiennej próbując znaleźć punkt oparcia. W końcu zmęczony jak po wielogodzinnym marszu, prawie łkając ze szczęścia wlazłem na dechy. Znużony zmaganiem z pryczą i imieninowym „ugoszczeniem" czułem jak opadają mi powieki... I zaczęło się! Znacie wrażenie „karuzeli", kiedy przebierze się miarkę?! Siadłem gwałtownie, otwarłem oczy... Trochę przeszło. Położyłem się powoli. Rozpacz! Z hukiem stoczyłem się na podłogę i wciągając buty wyskoczyłem na zewnątrz. Oj, było strasznie!! Świt przedwiosenny wstał, kiedy wpół oparty o ścianę zorientowałem się, że bez sensacji mogę już zamykać oczy. Zmarznięty do szpiku kości postanowiłem wrócić i przespać się, choćby chwilę. Zastanawiałem się też, czy pierwsze będzie zapalenie zatok, czy płuc. W środku czekała mnie jednak niespodzianka. Na dole schodów leżał „Prut". Nie do obejścia. Zrobiłem krok w jego stronę, ale bezgłośnie odsłonił zęby. Kilka prób obłaskawienia i zrezygnowałem. Ile czasu przesiedziałem w kamiennym przedsionku schroniska, nie pamiętam. Ocknąłem się skostniały, słysząc odgłosy w dużej sali. Józek przywitał mnie radosnym uśmiechem - Koomisarz!? To rozumiem! Stara wiara... - Poklepał mnie po ramieniu. - Ostatni się kładzie i pierwszy wstaje! - Pociągnął mnie w stronę kuchni. - Specjalnie ssschooowałem na rano! - Otworzył wiszącą białą szafeczkę, chyba apteczną... I wyjął flaszkę. - No to, zdarow! - Nogi mi się ugięły, chyba umarłem...

Spotykam na Otrycie wspominających dawne czasy turystów. Czasami wracają opowieści o otryckim ośle „Hermaszewskim", capie Trockim, oślicy „Gaji" z Przysłupia . Także o lamie „Iwanie". Przeciągam się wtedy leniwie i wtrącam z wyższością - „Iwan" z Wetlińskiej? Pamiętam, pamiętam. A jadło się, jadło!

Mariusz Twardowski „Komisarz"

* Schroniska, chaty, bazy studenckie miały swoje „drugie" nazwy. I tak Schronisko na Wetlińskiej – „Chatka Puchatka", na Przysłupie Caryńskim - „U Tomka", na Jaworcu - „U Grzecha". A Chata na Otrycie zwana była „Chatka Socjopatka".

** Przepraszam Ślązaków, ale po latach może niedokładnie odtwarzam tę wymianę uwag!

*** Rodzina związana z GOPR. Inicjator zorganizowania Bieszczadzkiej Grupy GOPR

**** Lutek Pińczuk. Zaszczyt znać szefa Schroniska na Połoninie Wetlińskiej. W opisywanej historii schronisko prowadzili jeszcze Ula i Józek Lubiński.

 



Komentarze   

 
#1 Jan-Nemrod25 2012-02-05 13:28
Kolejna świetna opowieść!!!
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011