Znachor bieszczadzki

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 11/2009.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz autora.

Nasiczne zawsze było dobrym punktem startowym dla włóczęgi. Znajomych mieszkało tu sporo i w osadzie można było przenocować. Robotników „lasowych”, leśników, co poczęstunkiem poratować mogli, nawiedzało się od czasu do czasu. „Natasza”- Marciniszyn lub Teodor Tucki – z ganeczku swojego domu przyzywali machając rękoma i po chwili razem piwko popijają, komentowało się nowinki, lokalne aferki. A i kilka pięknych dziewczyn mieszkało…

Od Nasicznego można wejść na Połoninę Wetlińską skrótem, gdzie „wilcza droga” przechodzi przez potok. Tuż za Łapajówką, przez ściankę „kamieniołomu”, w górę. Po drodze wypadało do Mietka Kijaka zajrzeć. O historii i polityce podyskutować lub poradę otrzymać na dolegliwości różne. A że Mietek znawcą ziół był, pilnie przysłuchiwałem się jego dywagacjom o medycynie ludowej. Korpulentny, uśmiechnięty, rad gościom. Zjeżony wąsik, fioletowy nos od traktowania organizmu produkowaną przez siebie „pliską”… To jego własny termin na alkoholowy wynalazek! Będąc gościnnie w Chacie Socjologa na Otrycie, poczęstował dwie turystki starszego pokolenia… Och, za późno interweniowaliśmy. Głowa bolała szacowne Panie rano, a serca nie mieliśmy powiedzieć, jaki był to produkt! Ale grzeczność Mietka wobec kobiet była wprost godna podziwu. Odebrał, dawny partyzant, dobrą kindersztubę. Wyjątkowość postaci uwiarygodniały podręczniki do nauki łaciny i zawsze mu towarzyszący w miejscach zamieszkania metalowy symbol Polski Walczącej. Nie z każdym Mietek Kijak fraternizował się i nawet pociąg do alkoholu nie zmusił go do dyskursu poniżej pewnego poziomu. Jak wielu bieszczadnikom, nie posłużył mu Dom Opieki Społecznej. Takie ptaki w klatkach zasypiają szybko snem wiecznym.

Wracając do tras z Nasicznego... Na Połoninę Caryńską można hycnąć przez odziały; 40, 41 dawnego leśnictwa i dziką granią przejść do masywu połoniny, pod Berehy. I na górę! Obecnie nie namawiam do tej trasy… Strażnicy z Bieszczadzkiego Parku Narodowego pilnują tych, co ze szlaków zbaczają.*

Można też przeskoczyć na Przysłup Caryński przez tzw. „Strąckową przełęcz”, bo to na niej przed laty baca Strączek owieczki pasał. Dawniej małą przeszkodą była stanica „dżemojadów”, co bramę „do lasu” zbudowali i warty wystawiali. Bezsensownie zapytywali idących: „Ej, dokąd idą?!!” Poniżej naszej i SKP - bowców godności było odpowiadanie, za ujmę trzeba by to uznać. Zdeptana warta żałośnie dęła w gwizdki, żądając posiłków… Za siodełkiem, prosto drogą KBW-iaków należało podreptać do Tomka Nawrota, kierownika obiektu Politechniki Warszawskiej. Kolejne zaczarowane miejsce w Bieszczadach to było! A Dolina Caryńskiego, jedną z najpiękniejszych w Bieszczadzie i Beskidzie się widzi.

 Można też przez Dwernik Kamień skrótem machnąć na Suche Rzeki, Zatwarnicę... Tylko, że zmieniły się, ucywilizowały te osady. I turystyczna stonka, i policja bez trudu dojeżdża! A taka fajna meta była w ówczesnym mieszkanku służbowym Jurka Dwa Tysiące! Tacy goście jak „Słoma”, „Rekin” czy „Mysza” (z nieodłącznym bandżo), prawie współmieszkańcami byli. Ech… trzydniówki nie do zapomnienia! Niezłe też przyjęcia były u inż. Przybyłowicza na Sękowcu. Tyle, że gorzałeczkę i konserwę turystyczną, jako „starter” zawsze wypadało mieć ze sobą. A te trudno było zachować w ciągłych wędrówkach.

Tak i zdarzyło się po latach, że siedziałem w przytulnym Nasicznem, „będąc młodym podleśniczym stażystą”, skierowany przez nadleśniczego „Woja”, pod czujną opiekę zaufanego leśnika Bisowskiego.

Paskudne zimno wypadło w 80-tym, a ja musiałem zerwane przed Berehami dłużyce z placu zrywkowego wysłać w cholerę dalej i jak najszybciej. Plan miesięczny! Plac – magazyn przy drodze, za potokiem Nasiczańskim zawalony był klocami i metrami drewna. Przyczłapał leśnik Bisowski i wzdychając, uśmiechając się przepraszająco, badał, co zrobiłem z ostatnimi przydziałowymi kartkami „na pół litry” państwowej wódki. OTL, jednostka samodzielna, monopolista w transporcie drewna, nie musiał wcale przyjeżdżać na Nasiczne. Mogły być atrakcyjniejsze miejsca odbioru drewna. A mieli wtedy nowiutkie Steyery! Marzenie, z wciągarkami…! A jaka ładowność! Gdzież starym Pragom do nich. Cóż, akcyzowane nasze flaszki, poooszły! I jeszcze z prywatną „zagrychą” ze spiżarni leśniczyny... Ale był rwetes! Po krótkich negocjacjach drewno „wyszło” z placu zrywkowego, dla ratowania kulejącej gospodarki PRL!

Sama robota była jak w amoku dla wszystkich. Wywóz tylko w jeden dzień!!!. Uwijałem się na placu cały zimowy dzionek. Palce rak drętwiały od mrozu, zapisywanie klupowanych** klocy szło z trudem. Raportówka z ciężkim numeratorem i dokumentami obijała nerki. Po kolejnym odjeździe Steyera przebiegałem po zamarzniętym Nasiczańskim i nagle wredny trzask lodu! Woda chlusnęła przez wierzch roboczych skórofilców, namoczyła skarpety i onuce… „Sierpianyj szliach”! - jak mawiał w trudnych sytuacjach kwitkowy B. Dobiegałem do końca pracy w pobliże watry i ogrzewałem buty, żeby przeżyć do końca dniówki. A rano zamiast zasłużonego relaksu – 40o C na termometrze. I początek kłopotów ze zdrowiem. „Doktór” Mikołajczakowa z Dwernika poczęstowała dobrymi radami i antybiotykiem. A gdzie ja mogłem leżeć, roboty pełno, ludzie zarabiać muszą. Odbiory drewna w lesie, śnieg, wiatr. Zacząłem kaszleć straszliwie i osłabłem na tyle, że zaczęto spostrzegać fatalny stan „podleśnego”. Chyba to pierwszy robotnik leśny zwany „Sztywniachą” poprosił mnie na słówko. Ciekawy typ, wyróżniał się w hotelu robotniczym. Zawsze zadbany, w niedzielę w odświętnym ubraniu, co wśród mieszkańców osad nie było bynajmniej normą. Trochę się obawiałem kolejnych wspomnień i rozwlekłych opowieści, zaczynających się zawsze od przypomnienia - mój Dziadek miał przed wojną szyb naftowy na Horodyszczu…- (o ile dobrze pamiętam po latach miejscowość). Lecz nie… tym razem była to propozycja udania się „w celach porady medycznej” do Fiodora – zwanego „Sztachetką”. Niezwykle bystrego, dowcipnego człowieka, samouka. Przybierał on wobec większości osób postawę „brata łaty”, zwariowanego dowcipnisia. Kamuflaż ten umożliwiał mu robienie psikusów, które innym nie uszłyby płazem, a nawet mogłyby się skończyć postępowaniem karnym.

Rzęziło mi straszliwie w klatce piersiowej, zaryzykowałem więc i poszedłem do chałupy. Całe spotkanie było jakieś konspiracyjne. Małżonka „Sztachety” zamknęła drzwi, a ja otrzymałem potężny słoik sino - żółtej substancji.

- „Sztacheta”… co to jest??!! - zapytałem. - „Mariusku!”... Zwracał się tak do mnie tylko, kiedy byliśmy sami. Znajomość nasza datowała się od czasów turystycznych wędrówek, a zwłaszcza od czasów pobytu na słynnej bazie studenckiej pod Dwernikiem Kamieniem w 1976 roku.

 - Kruca! Bier dwie łyżki rano, bez żarcia! I jedną na wieczór - skrzywił się z niesmakiem - na suchoty przed wojną to brali, nawet na syfa pomaga! - mrugnął porozumiewawczo.

- Co to jest? - spojrzałem mu w oczy. - Noooo, borsuk, sadło.

Wyskoczyłem z krzesła. „Co ty, Fiodor? Ja mam brać kłusowniczy towar?! Borsuk pod ochroną! Ciulu sakramencki, darowałem ci szable i fajki***, co je padłym dzikom wziąłeś! Ale to?! „Celka” ze ścierą w ręce zaniepokojona zajrzała do pokoju. Fiodor prawie ukląkł, teatralnie bijąc się w piersi. - Nic nie wziąłem z lasu! Kupiłem od Greków w Krościenku! I Trochę od Ukraińca w Ustrzykach! Bier leśnik! Pomoże! No i złamałem się, zabrałem dwa opakowania.

Uuuu…! Jakie to było obrzydlistwo! Tran w domu „dziecięciem będąc” piłem grzecznie, bez oporu. Ale sadło „cafało” mi się po pierwszej łyżce. Nawet posolone i z pieprzem. Ale brałem, brałem! Fiodor spotykając mnie mrugał porozumiewawczo swoim kosym okiem i poklepując zapewniał szeptem, że lepiej wyglądam.

Może borsuk, może kolejna dawka antybiotyku, ale wylazłem z choroby po 2 tygodniach.

Złożyło się na koniec miesiąca powędrować z papierami do Nadleśnictwa. Zeszło czasu, uciekł autobus na Zatwarnicę. Wpadłem do knajpy „Pod Żubrem”. Zamówiłem jajecznicę i piwo. Siedziało ludzi przy stolikach, tłoczno. I tych z Iglopolowego „sobiepaństwa” i „lasowych”. Kilku leśników z adiunktem Antkiem D. Skinąłem głową i ruszyłem się przywitać. Sala pełna, rozbawiona, dym, brzęk szkła, ot radosny relaks dawnych Bieszczad. Mijając jeden ze stolików, usłyszałem nagle szczeknięcia. Kiedy spojrzałem w tamtym kierunku - przepraszające uśmiechy. Przy następnym stole - jeszcze głośniejsze warczenie. Zwariowali? Delira? Spoglądałem na znajome twarze ze zdumieniem. Ktoś udanie zawył i ryk śmiechu przetoczył się przez knajpę. Siadłem oszołomiony przy kolegach. Dziko radosne twarze wpatrzone we mnie. - Jak się czujesz? - zagajono. - Przeszło ci? Taaak, są te ludowe sposoby skuteczne! - Zdrętwiałem. No, to informacja poooszła! Będę ja miał za swoje! Mróz poleciał mi po karku. „Leśnik w konszachtach z kłusującym!” Przecież „Wojomir” wywali mnie z leśnictwa w pięć minut…!

Adiunkt Antek D. z troską pochylił się w moją stronę. Umiał mówić z pięknym śląskim akcentem, wtrącając gwarowe zwroty.

„Jak Ci to powiedzieć… A psy na ciebie szczekają czy merdają ogonami? No, napij się!”. Wódka stanęła mi w gardle i zaczęło do mnie docierać, co za specyfik mnie uleczył. Chyba nie wyglądałem najlepiej, bo z drogi do drzwi w popłochu usuwali się wszyscy. Nie pamiętam, czym dotarłem do Dwernika - ale drogę do Nasicznego przebiegłem. Drzwi do Fiodorów otworzyłem barkiem. - Jezusiczku!? Lesnik?! - wykrzyknęła „Celka”. Wpadłem do pokoju. Duży stół uniemożliwiał mi sięgnięcie „Sztachety”. Miałem chyba mord w oczach, bo przerażony umykał skutecznie, unikając schwytania. Byłem wykończony po biegu, wcześniejszymi emocjami. Zdyszany wychrypiałem - „Sztacheta”, ja ci za pomoc…! - Zrozumiał. - Ale pomogło???! „Mariusku” pomogło!!!! Zwrócił się do osłupiałej żony - „Celka”!!! dawaj coś dla leśnika do żarcia! Musimy jeszcze pogadać!!!!

Odpuściłem gadowi. Świeć Panie, nad Jego duszą. Nietuzinkowy był człowiek. A po latach, dotarł do mnie komizm sytuacji. Jeżdżąc w następnych dziesięcioleciach w Bieszczadzkie zakątki, spotykałem byłych pracowników mojego leśnictwa, kolegów w mundurach. Przy piwku przypominano mi nieraz, jak „Sztachetka” sadłem borsuczym leśnika od pewnej śmierci ratował.

Mariusz Twardowski „Komisarz”

* Strażnicy BdPN serio traktują swoja pracę. Odradzam turystom zbieranie jagód i malin, na terenie chronionym.

** Sprzęt zwany „klupa” przypomina suwmiarkę. Służył do pomiaru średnic pni drzew.

*** oręż dzika. Błagam… nie powtarzajcie za Brzechwą „…dzik ma bardzo ostre kły”




Komentarze   

 
+1 #1 Jan-Nemrod25 2011-12-30 05:29
Czytalem juz te historię wczesniej ale milo przypomnieć. Wesola historia, ale dla mnie ma też sentymentalne znaczenie też z klup a i numeratorem kiedys po lasach opolskich biegalem, OTL-y, Pragi Steyery to byly czasy, teraz tylko wspomnieć można.
 
 
#2 Biały 2012-01-09 16:56
:) dokadnie - śmieszy mnie ten artyku jakbym go pierwszy raz czytalem ...
Z przelicznikiem i miarką również biegalem :)
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011