Znaczit „Jewropa akończiłas?”

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 1/2010.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz Autora.

Nowy Rok! Przeszły Święta Bożego Narodzenia . Odnowiło się przy okazji składanych życzeń sporo dawnych koleżeńskich kontaktów. Wspominaliśmy wariackie i trudne czasy „stanu wojennego”, kiedy „turystyka” kończyła się w nieoczekiwanych miejscach! Kolega w rozmowie telefonicznej przypomniał nagle starą historię - „Komisarz? A pamiętasz „samuraja”? No, tego maniaka od miśków? Pamiętam… Bo było wtedy „i smieszna i straszna...”.

Tuż po stanie wojennym dostałem przepustkę od żony na wyjazd. Hanka zgodziła się zostać z córeczkami, a ja z przyjacielem – Kubą S. (świetny turysta - obecnie globtroter) wybierałem się w Bieszczadowo. Ostatnie przygotowania, osprzętowanie i ciuchy leżały obok plecaka. Sprawdziłem czy nie zmieniono odjazdu pociągu „SOLINA” * i odliczałem ostatnie dni do wyjazdu.

Nie pamiętam już, dlaczego zwróciłem uwagę na samotnego turystę stojącego przed hotelem „Metropol” z mapą w ręce. Może z powodu świetnego plecaka? W każdym razie wyglądał na zagubionego, zdezorientowanego. Zaryzykowałem kontakt i zaoferowałem pomoc. Mój słaby angielski pozwolił zrozumieć japońskiego turystę na tyle, że miał kłopot z noclegiem. W „Metropolu” nie znalazł miejsca (a może cena?) i zastanawiał się, co robić i gdzie się udać. W odruchu serca zgarnąłem go z ulicy do siebie, do domu. Niesamowicie grzeczny był gość, po każdym uzgodnieniu, wypowiedzi składał dłonie i kiwał z szacunkiem głową. Wyższy ode mnie o głowę, w wieku trudnym do określenia, jakieś 25-35 lat. Przyjął propozycję zaproszenia. Małżonka zaakceptowała szybko skośnookiego gościa i przy posiłku wywiązała się konwersacja o życiu, Polsce.

Fonetycznie zapisując, Japończyk nazywał się – Sanicziro Tanimoto. Dziennikarz. Wędrował po świecie szukając niedźwiedzi. No, mało tego! Potrafił sklecić całe zdania w rosyjskim (był na Syberii i Uralu! Z własnej woli.) I już nie byłem tylko zdany na tłumaczenie angielskiego przez Hankę. Niedźwiedzie w Polsce? To w Bieszczadzie, w Tatrach! Zaproponowałem egzotycznemu gościowi wspólny wyjazd w góry. Powiadomiłem Kubę i opracowałem na dzień następny zakupy właściwego wyposażenia dla „samuraja”. Zwłaszcza zdobycie dobrych butów zajęło trochę czasu. Pomogłem sprzedać „walutę” cinkciarzom i Japończyk został doposażony. Sanicziro (akcent na ostatnią sylabę) z uśmiechem wszystkie propozycje akceptował. Lekko pochylał głowę - „Hai”. Jeszcze ciekawostka. Przygotowaliśmy mu pierwszy nocleg. Stanął przed łóżkiem uśmiechając się, kłaniając i wyjął… kompas! Spojrzał, przełożył poduszkę na drugą stronę i przesunął kanapę o jakieś 30 stopni. Zdumieni zapytaliśmy: w czym problem? Wskazał nam na kompasie kierunek północny i wytłumaczył, że głowa powinna spoczywać w tym kierunku, bo... no puenta była… tak lepiej dla głowy! Pomyślałem sobie, że intuicja nie zawiodła, trafiony towarzysz wyprawy. Chłopaki na Otrycie będą zachwyceni! Jeszcze jedna rzecz mnie zafascynowała. Trzeba pamiętać nasze przaśne w technikę lata 80-te. Sanicziro posiadał odbiornik radiowy. Półprzeźroczysta płytka z wtopionymi obwodami, metalowym wyjściem do słuchawki, okrągłą skalą częstotliwości na obrzeżu aparatu. Oczy wyszły mi z orbit na taki gadżet… Słychać było jakimś cudem muzyczkę i obce stacje! A wszystko zmieściłoby się w pudełku wielkości podwójnych zapałek. I płaściutkie było „ustrojstwo”!

Wyruszyliśmy w Bieszczady „SOLINĄ”. Skład pociągu pełen młodych ludzi. Z plecakami, worami, karimatami i namiotami. Była też spora grupa wędrowców z charakterystycznym śpiewnym akcentem „zmierzająca” do przesiadkowego Przemyśla. Normalka, że towarzystwo niemieszczące się w przedziałach zalegiwało na korytarzach, prawie uniemożliwiając przejście.

Piwko, odszukiwanie wspólnych znajomych, wymiana doświadczeń, dyskusja o sprzęcie, pełne braterstwo bieszczadzkiej braci. Skośnooki wędrowiec przyglądał się wszystkiemu i (co potem okazało się normą) zapisywał notatki w grubym notesie. Zaglądałem, widząc równiutkie, drobne robaczki, kreślone sprytnym cienkim pisadłem. Pierwszy zapis zrobił przy kolacji, oglądając przed zjedzeniem tartinki Hanki. Tłumaczył, że na każdej wyprawie, na bieżąco robi szczegółowe notatki wykorzystywane potem do pisanych artykułów.

Dojechaliśmy rankiem do granicy ZSRR. „SOLINA” zatrzymała się i wojskowi towarzysze radzieccy zaczęli normalną procedurę zabezpieczania wagonów na czas przejazdu przez teren sowieckiej Ukrainy. W uchylonych drzwiach stanęli uzbrojeni żołnierze – pogranicznicy. Metalowe barierki - pręty pozwalały wychylonym żołnierzom przez całą drogę obserwować okna wzdłuż wagonów. Śmieszne, niektórzy mieli narciarskie gogle i okulary do nurkowania, gdyż lokomotywa nieźle dymiła! Korytarzami przebiegał, lustrując wnętrza przedziałów, oficer z żołnierzem („kałasz” w łapach) i wilczurem o wrednym spojrzeniu. Szybko tłumaczyliśmy Japończykowi, na czym polega przejazd przez „bratnie państwo socjalistyczne”, stojące już wyżej w rozwoju społecznym, zmuszone strzec tajemnic swoich sukcesów. Pilnie zapisywał, jednak lekko stracił pewność siebie. Uspakajałem, że na pewno dojedziemy w „polish mountains - Bieszczady”, tłumacząc chóralnie, że w wagonie jest bezpieczny jak w Polsce! Coś musiał na tej Syberii oprócz niedźwiedzi zobaczyć… Ruszyliśmy powoli przez pas graniczny. Otworzyłem okno i na wyścigi pokazywaliśmy ciekawostki. Wieżyczki, drut kolczasty, zaorany pas ziemi i pułapkę – pas trawy usiany, mosiądzowanymi „stalowymi oczkami” drutu. To był ciekawy wynalazek, w wysokiej trawie błyszczało coś, jak poziome wnyki. Włazisz, zaciskają się stalowe oczka drutów na nogach!

Jadąc wolniutko, mijając nasz Chyrów, Dobromil, opowiadaliśmy mu historię terenu. Dlaczego część linii kolejowej jest „nie po naszej stronie”, historię regulacji granicy, o religii i konfliktach. Pokazaliśmy na dworcu w Chyrowie wspaniały portret Breżniewa, zakrywający wykutą w ścianie dziurę z wieeeelką żarówą. Taki sowiecki „backlight”. Wyrwałem mu z ręki aparat fotograficzny, tłumacząc, iż nie chcemy tu zakończyć wycieczki! Usiadł poruszony, złożył notes, spojrzał koso na wędrujący wagonem patrol i odezwał się: „znaczit, Jewropa akończiłas?!”.

Z okien wdać było przy torach okutanych w „kufajki” ludzi pasących krowy na łańcuchu** po miedzach i nasypach. Dzieci machały rękoma nieśmiało, starsi patrzyli smutno na wyglądających przez okna Polaków. Jeszcze przejazd granicy w Krościenku, demontaż ochrony i lokomotywa wyrzucając kłęby dymu, ruszyła w kierunku Ustrzyk Dolnych. Z dworca PKP stary „Jelcz” wypchany turystami do granic możliwości dociągnął do Lutowisk. Wysiedliśmy przy cmentarzu (obok śladów rozebranej cerkwi), ciężkie „garby” zostały starannie wyważone, poprawione paski i w górę. Ruszyliśmy przez „Tajwan”*** w stronę pasma Otrytu. Wrzesień malował buki czerwieniami i wędrówka na Otryt, po kilkunastogodzinnej (tak było!) podróży, była samą przyjemnością.

- Kuba? - zwróciłem się do kolegi - Sprawdzimy „samuraja”? Damy tempo? - Skinął głową. Kto zna drogę obecnym szlakiem z Lutowisk na pasmo Otrytu, wie jak ostre jest ostatnie podejście. Na grani stanęliśmy mokrzy. Głowy, plecy parowały, na twarzy czułem sól. A Sanicziro z uśmieszkiem, bez zadyszki wyjął notes i znowu robaczkami notował. Zdeprymowani, przepytaliśmy gościa gdzie łaził?!... „Lubię góry, u nas często chodzę, a moja babcia mieszka na prawie 3000 tysiącach metrów”. Poddaliśmy się. Jeszcze wzbudził naszą zazdrość wyjmując piękny bidon z pysznym sokiem pomarańczowym! Pewnie z PEWEX-u! Potulnie, grzecznie ruszyliśmy do Chaty Socjologa. Nasz „samuraj” błyskawicznie zaadaptował się w towarzystwie Chaty Socjologa. Znalazł anglojęzycznych kolegów i wieczorem równo z nami popijał wódeczkę. Był trochę zawiedziony, że nikt od razu nie pokaże mu niedźwiedzi. Rano wykąpał się zimnej wodzie i był gotów do wędrówek. Zeszliśmy do Lutowisk. Zakupki i do knajpy pod „Żubra”. A tam tłum! Niewidziani dawno miejscowi znajomi ze Skorodnego, Smolnika, Dwernika. Zaciekawieni goście tłumnie oblegali naszego „samuraja”, oglądali, żądając podania różnic między Chińczykiem a Japończykiem. Sanicziro kłaniając się, za każdym razem ściskał wyciągnięte dłonie. W pewnym momencie przytrzymał dłoń jednego z robotników leśnych i zaczął ją w skupieniu i zdumieniu oglądać. Przyznam się, że nigdy nie zwracałem uwagi na ręce osób pracujących fizycznie przy zrywce drewna, czy parokilowymi młotami. Rzeczywiście, wyglądały ciekawie. Ogromne dłonie, blizny, zniekształcenia od ciężarów i urazów. Skóra jak garbowana. Sam widziałem sztuczki polegające na wyciąganiu palcami kawałków żaru z ogniska na zrębie lub podawania żarzącego drewna na dłoni, w celu przypalenia papierosa. Las rąk wyciągnął się do prezentacji, a Sanicziro robił fotki i notował. Druga rzecz, która go poruszyła to – golonka! Oglądał potężną parującą porcję, spróbował. Wyjął z kieszeni pojemniczek, z którego wysypał na golonkę jakąś przyprawę. Zapach trudny do określenia. Sąsiedzi zaczęli węszyć. „Ryba? Jeśli, to zdechła… Może jakieś kawałki wodorostów?” Pachniało jak po nocnym sztormie na plaży, woń przebijała w knajpie zaduch tanich papierosów. Skończył posypywanie swoim zaczarowanym proszkiem i wcinał, kiwając z aprobatą głową. Poprosił, żebym zapytał gości w „Żubrze”, gdzie zobaczy niedźwiedzie. Nieopatrznie powtórzyłem. Zgłosił się tłum chętnych do pomocy.  - Niedźwiedzie?? Prawie co dzień podchodziły pod „Żubra”! Jak „kitajec” postawi piwo to go nawet zaprowadzę do gawry! - Uff! Zablokowałem chętnych na przewodników. W pewnym momencie dotknięcie, ręka na ramieniu. WOP. Porucznik ruchem głowy wskazał wyjście. – „Co jest?” - zwróciłem się do znajomego oficera. „Obcokrajowiec, z tobą?” -No!…”-  przytaknąłem energicznie. „Ale wsjo w porjadkie - zameldowany w książce u socjologów!” - „Ma paszport?” - „Tak”. Następne pytanie mnie zmroziło. „A zezwolenie na strefę przygraniczną obcy ma?”. Zdrętwiałem. Były cholerne przepisy, po jednej stronie szosy byłeś OK, po drugiej - kontrola! - „Kruca... W porządku człowiek!... Japonia – to nie imperialiści, czego się czepiasz?” Po chwili zastanowienia poradził: „Słuchaj, ja oficjalnie jeszcze nie wiem, ale już był meldunek do milicji... Idź i podgadaj – bo wiesz, my… To do Przemyśla!…”.

Wyrwałem Sanicziro z knajpy. W jednej ręce plecaczek, na ramieniu świetny NIKON. I tak wmaszerował ze mną na posterunek Milicji Obywatelskiej w Lutowiskach. Na nasz widok funkcjonariusz poderwał się i zaczął: „Ty? Kto to jest? Dokumenty!”. Zwróciłem się do kolegi z prośbą. „Eto znajesz nasza, milicja, nada bumagu, paszport okazat”. Sanicziro skłonił się, składając ręce, a glina odruchowo odpowiedział takim samym gestem. To go wkurzyło: „Ma zezwolenie?!” Udawałem tabakę w rogu… „A na co?” Milicjant zaczął przeglądać dokumenty, marszcząc czoło nad wielokrotnością pieczęci. „Gdzie jego podpis?”  Wzruszyłem ramionami. Nie znam pisowni japońskiej. „Co on tutaj robi?”. „Nooo… szuka niedźwiedzi… Dziennikarz, opisuje przyrodę, ludzi…” Komendant szarpnął mnie w stronę okna: „K…! Z byka spadłeś? A skąd wiesz, co on opisuje?? A wiesz, że mamy tajne manewry wojskowe w Bieszczadach? Pełna kontrola turystów!” Obruszyłem się… „Jak tajne, to skąd mam wiedzieć, cholera! To normalny gość!”. Wyjaśniłem, że jest na górze, w Chacie zameldowany. Milicjant już miał wsparcie w postaci drugiego, przy drzwiach: „Aparat!” - wziął aparat i uważnie oglądał „Ma filmy?”. Zacząłem się bać. „No, każdy Japończyk jeździ z aparatem! Nic nie wiemy o manewrach, nikt o tym nie rozmawiał!” - „A zezwolenie na strefę?” - Rzucił się do dużej szafy pancernej. Wyjął plik dokumentów. - „Gdzie to jest?” -  Znalazł instrukcję. Już purpurowy na twarzy udowadniał łamanie przepisów. Ba! I podejrzaną moją rolę w sprowadzeniu potencjalnego wroga, „szpiona”. Sanicziro z ciekawością oglądający scenę dyskusji, spoglądał na leżącą kaburę w pancernej szafie, na milicjantów, przaśny wystrój pokoju. I nagle, idiota, wyjął ze swojej kurtki radyjko i zaczął gmerać próbując złapać odbiór. To był koniec. „Aparat radiowy! Taki? A ty wiesz, co oni potrafią? A może nadajnik? Obok granicy zaprzyjaźnionego państwa?!”. Jedyna droga, to było uderzenie w święte oburzenie: „To DZIENNIKARZ! Opisze, jak gościnnie Polacy go potraktowali! Pojedzie do ambasady! A na Syberię go wpuścili… i wypuścili?! I lubi muzykę Chopina, pod pomnik drugiego dnia w Warszawie pojechał! A jak w ich gazetach nas opiszą... To na pewno kontrola z MSW przyjedzie!”.

Stanął targ. Z Sanicziro na górę. Po RZECZY! Za odtransportowanie – odpowiadam osobiście. Ma wrócić do Warszawy. „Komisarz” podpisze stosowne oświadczenie, dla komendanta MO, do szafy. Niby, spotkałem obcokrajowca, a znając ważność strefy przygranicznej, zgłosiłem do posterunku MO. Po „pouczeniu” obcokrajowiec opuścił teren, czegom świadkiem! Aparat fotograficzny – do pancernej szafy! Jak zejdziemy z Otrytu, będzie wydany z powrotem. Po odwiezieniu, zameldować na posterunku o wykonaniu polecenia! Nie kombinować - będę obserwowany. Jakby jechali żołnierze albo sprzęt - nie pozwolić notować...! Odmaszerować!

A taki piękny wspólny pobyt się rysował. W Chacie Socjologa, wszyscy byli na mnie wściekli, że ustąpiłem. Jakieś propozycje poręczeń, pomysły powtórnej delegacji na posterunek MO. Nie chciałem ryzykować. Naprawdę serdecznie się pożegnaliśmy. Mam do tej pory jego japoński adres, w prezencie granatowo białą chustę, pokrytą znaczkami japońskiego pisma.

No i odwiozłem Japończyka do Zagórza. Smutno spoglądał na mijane wioseczki, grzbieciki pagórków okrywające się jesiennymi barwami, cerkiewki. Starałem mu się wytłumaczyć niuanse polityki i kwestie bezpieczeństwa socjalistycznego państwa. Na pożegnanie, wsiadając w Zagórzu do „SOLINY” (po szoku na widok kibelka z ustawianymi na blasze „stopami”), powiedział coś, w stylu  - „Very intresting. Wot… znaju, Jewropa akoncziłas…”. 

Mariusz Twardowski „Komisarz"

* Istnieje jeszcze pociąg pod tą nazwą. Niestety, po odzyskaniu niepodległości, bracia Ukraińcy nie zgodzili się na tranzyt. Zbyt żywe reakcje jadących pociągiem na widok Dobromila, czy Chyrowa irytowały gospodarzy.

** Kołchoźnicy mieli prawo do „działek przyzagrodowych” Wykorzystywali teren pod tytoń, warzywa. Mieli prawo do krowy, „na rodzinę”, ale wypas mógł odbywać się na poboczach dróg, miedzach, nieużytkach. Starsi ludzie chodzili z krowami, jak my z pieskami.

*** Tajwan- lokalna nazwa fragmentu osady nad Lutowiskami. Jak lało, albo był duży śnieg- teren był odcięty.

 



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011