Dlaczego nie lubię czytać „na głos”

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 2/2010.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz Autora.

Zatelefonował Redaktor. Z troską zapytał o moje zdrowie i czy mam ewentualną chęć „popełnienia” kolejnego tekstu artykułu. Informację o zagipsowaniu mojej nogi otrzymał wcześniej. Przerwał moje pomstowanie na pracę Zarządu Dróg Miejskich * w Warszawie, sugerując mi zysk w postaci posiadania wolnego czasu na pisanie artykułu, tudzież planowanie przyszłego spotkania w górach! Z lekkim fałszem w głosie wyraził żal, że znowu nie uda mu się spotkać ze mną w Bieszczadzie… A tak pięknie posypało śniegiem! No i ta uwaga, że „porządny turysta, to łamie się w górach , w warunkach, z jakąś klasą. A nie na przejściu dla pieszych, w centrum miasta”. Wiedziałem już z „z poczty bieszczadzkiej” o spotkaniu Redaktora w terenie z GOPR-owcami. Stąd są pewnie te światłe sugestie. Pasował by do kolejnego numeru artykulik o akcji ratowniczej GOPR-u, o uratowaniu współpracownika pisma?!

Faktycznie, przez głupi uraz plany wyjazdowe w pierwszych miesiącach nowego roku wzięły „w łeb”. Znany większości braci turystycznej Piotr K. zwany „Don Gore” sprawdził, czy mam faktycznie założony gips, a nie jest to próba wykpienia się z zimowej wyprawy w Karpaty Wschodnie? Brrr! Cóż, Vis maior. Dobrze, że w listopadzie udało się, w ramach ciekawego spotkania studentów, (poświęconego historii konfliktów narodowościowych na Kresach), połazić wśród zdemolowanego pasma Otrytu. Ufff! Dawno nie widziałem tak strzaskanych drzewostanów! Zalecam koleżeństwu wędrującemu w bieżącym sezonie turystycznym dużą ostrożność, z powodu pułapek w postaci leżących na szlakach wywrotach, złomach drzew. Ukryte pod śniegiem sprężynujące gałęzie, niestabilne pnie, czy ostre fragmenty złomów są bardzo niebezpieczne. Wielu pracowników Nadleśnictw, przy próbach usuwania takich przeszkód ulega niebezpiecznym urazom. Jeszcze większym niebezpieczeństwem są zawieszone fragmenty odłamanych konarów, ledwie trzymające się „suszki” – wywroty, oparte o sąsiednie drzewa. Przy większych podmuchach wiatru „lecą” w dół, a to już śmiertelne zagrożenie. Energia uderzenia jest potworna. Spoglądajcie „na bieszczadzkich i beskidzkich szlakach” w górę. Niestety, podejrzewam, że długo jeszcze nie uda się leśnikom zlikwidować skutków uderzenia wiatru, śniegu i mrozu w końcu roku 2009.

Żartowałem z przyjaciółmi i kolegami o naszym „maniackim” przywiązania do Bieszczad i Beskidu. Ot, zdumiewająca sprawa. Wielopokoleniowe środowisko (w rozumieniu „epok turystyki”), mające możliwości wygospodarowania wolnego od pracy czasu, posiadające środki finansowe - nie zakopuje się dłużej „za granicami”. Po obejrzeniu „cudów świata” – szybciutko powraca tam, gdzie wieje, leje, słońce pali, lub mgły i chmury nie pozwalają i przez tydzień widzieć dalej, niż na kilkadziesiąt metrów. W zimie śnieg, zadymka, połamane krzewy i drzewa tarasują szlaki i dukty. Prognozy pogody wszędzie się sprawdzają, tylko nie w tym miejscu gdzie akurat leziemy. Ale wracamy! Ciągniemy ze sobą dzieci…To co nas tam ciągnie, zachwyca nadal? Retoryczne pytanie. Ci, którzy bakcyla Beskidu i Bieszczad „złapali”, wiedzą dobrze. Tysiące fotografii, setki wierszy, obrazów poświęcono tej krainie. Chociaż obecnie w sezonie letnim na połoninach ruch turystyczny, jak na Marszałkowskiej, czy pod Sukiennicami, to jeździmy nadal.

Miałbym propozycję dla młodszych kolegów i koleżanek. Dla tych, którzy odkryli, lub świeżo odkrywają duchowy krajobraz tych terenów. Postarajcie się troszeczkę pogłębić znajomość historii tej ziemi. Spójrzcie dalej, na Wschód, na Gorgany, Czarnohorę. Potraktujcie Bieszczady i Beskidy jako wstęp do ciekawszej, bogatszej we wrażenia przygody turystycznej. Zajrzyjcie do pamiętników wędrowców z XIX wieku, przeczytajcie „Na wysokiej połoninie” S. Vincenza. Odkryjecie, co ciągnie nas w te tereny. Zrozumiecie, że jest pewna ciągłość historyczna. Jeszcze macie możliwość spotkania w Bieszczadach fantastycznych ludzi, którzy wybrali swoje „ miejsce do życia” fantastycznych tych górach. To są pierwsi osadnicy po wojnie, leśnicy, przesiedleni Polacy „od Sokala”, wysiedleni dawniej w akcji „Wisła”, artystyczne dusze, które zbiegły się z różnych stron Polski. Osobna grupę stanowią GOPR-owcy i kierownicy schronisk. Mam wrażenie przyśpieszenia, jakiego nabiera nasze współczesne życie. Postarajmy się, nie ograniczać do „pocztówkowego” widzenia naszego otoczenia. Podarowano mi książkę „Zakapiorskie Bieszczady”** Widziałem też filmy robione przez A. Potockiego. Uzmysłowiły mi że trzeba dbać i ratować duchowy klimat odchodzących czasów. Może to właśnie powód, dla którego skusiłem się na kilka artykułów dla miesięcznika?

Zdarzyło się, nieopatrznie ujawnić ciekawe dla mnie miejsce. Za Krywką, na wysokości Lutowisk. Ścisły pas przygraniczny, pola zarosłe drzewami i kosą olchą. Kilka potoków, bardzo głęboko wrzynających się w głąb ziemi, o stromych zboczach. Dzikość terenu totalna. W 70-tych latach, poza WOP *** i dziką zwierzyną, nikt normalny bez potrzeby tam nie łaził. Prawda, raz zrobiono wypas bydła dla PGR Skorodne. Tuż przy granicy z Sowietami. Słupy graniczne były o wyciągnięcie ręki. Studentów UW najęto, jako kowboi! Do tej pory, Juruś Sz. (wykładowca szkół wyższych w Warszawie), wspomina tę pracę jako jedyną mającą sens, w jego życiu! Nie wiem, jak obecnie teren tam wygląda, czy bracia Ukraińcy przejęli obyczaje radzieckich „pograniczników”, polujących na każdego dwunożnego nieszczęśnika, któremu zdarzyło się mapę niewłaściwie zorientować i w efekcie pobłądzić w ich pobliże. Dowiedziałem się, gdzie dwa potoki płynące w kierunku granicy schodziły się w Y. I z każdym metrem były głębsze. Wilki wykorzystały to miejsce jak naturalną pułapkę. Sprytnie zaganiały zwierzynę w utworzony trójkąt, dopadały kotłujące się w jarze sarny i jelenie. Informacja o miejscu (od brygadzisty PGR-u na Skorodnym), była następująca. Leżało przy granicy pełno szczątków płowej zwierzyny. Można było pozyskać cewki****( na wieszaki, rękojeści do noży), nawet kilkadziesiąt sztuk. A i podobno został tam dorżnięty przez wilki młody żubr. Złamał nogę forsując potok i i wataha dała mu radę. Czaszka żubra z rogami. Marzenie! Oczami wyobraźni widziałem ją zawieszoną na ścianie drewutni, przy Schronisku! Błędem było omawianie „wycieczki” przy gronie młodych studentów - Otrytczyków. Dałem się namówić na zabranie kilku osób. Barwnie przedstawiałem niebezpieczeństwa przedzierania się na „dziko”, możliwość porwania na sowiecką stronę (pogranicznicy robili takie akcje - dostawali urlop za ujętego przestępcę!), z naszymi WOP-istami, wilkami… Paro-osobowa grupa „nie pękła”. Ruszyliśmy pasmem Otrytu . Zejście z Trohańca, skok przez szosę – i zniknęliśmy w gąszczu. Wariacka, ryzykowna wycieczka. Cóż, odpowiedzialność spoczywa zawsze na prowadzącym grupę. Przedarcie się i wędrówka przez dziki teren dała „w kość” mocno. Upał, wredne muchy, mokrzy od potu. Nie spodziewałem się takich utrudnień, nie wchodziliśmy na żaden otwarty teren. Głębokie jary i ściany kosej olchy opóźniały wędrówkę. Czytelnicy, którym kiedyś wypadło przebijać się przez tę zarazę – wiedzą jaki to wysiłek, jeśli nie masz porządnej maczety. Udało się dotrzeć w zamierzone miejsce. W parometrowym jarze szczątki saren i jeleni, walały się w sporej ilości. Niestety, czaszki żubra, nie odnalazłem. Wypadało zarządzić powrót. Ale „wycieczka” zbuntowała się! Za nic nie wrócą, trasą przez „dżunglę”! Z mapy wynika, że niedaleko jest droga, dochodzi do Lutowisk. Nie maja sił… „Komisarz”! Przeprowadź dyskretnie! Pójdziemy na piwo „Pod Żubrem”! Nikt nie zauważy. Minęło południe i sierpniowy upał rozkładał wszystkich. I zaryzykowałem spełnienie próśb. Na początku, trochę odbiłem od chaszczy, skuszony niezarośniętą przestrzenią. Przed nosem wyrosły słupy graniczne. Na niektórych wisiały dumnie przyczepione „kapusty”. Radosną ciekawość studentów zgasiłem szybko. Do tyłu wszyscy, biegiem! Wizja konnych pograniczników mogła się szybko ziścić. Pamiętać należy, że w pasie granicy mieli mnóstwo innych wynalazków, chroniących skutecznie ich krainę szczęśliwości.

Pół godziny marszu w dobrym tempie i w perspektywie zamajaczył przy gruntowej drodze potężny , samotny modrzew. Dla patrzących od strony Lutowisk, był wiadomym znakiem umownej granicy od Wschodu, za którą przemieszczały się tylko gaziki wojskowe i leśnicy. Gnaliśmy, wpatrzeni w domy Lutowisk. Budynek knajpy „Pod Żubrem” był niedaleko i to osłabiło naszą czujność. Parę metrów przed modrzewiem, na drogę wyskoczyła niewysoka figurka w mundurze. Za nią kilku uzbrojonych żołnierzy, z zielonymi otokami na czapkach. Z boku stał dyskretnie zaparkowany zielony„gazik”... Zapomniałem o upale, zimny pot na plecach. A jednak Ruscy zauważyli i „nadali nas”... Żeby to, cholera, jeszcze był kto inny! Przede mną stanął „Borys”. Wyjątkowa postać w WOP. O ile pamiętam, chyba był sierżantem lub chorążym. Znajomi twierdzili, że wydawał polecenia oficerom. Byłem świadkiem, jak bez ceregieli właził do mieszkań na osadach, czy wioseczkach. Węszył na schroniskach i bazach studenckich, szukając wrogów wszelkiej maści. Spotkanie zaczął rutynowo. Dokumenty, kto, imiona rodziców, gdzie meldowani, co robią tutaj? Kto prowadzi grupę i jest odpowiedzialny za naruszenie pasa granicznego? Z plecaka wyciągnięto sarnie nogi. Po krótkiej dyskusji, oglądzie i obwąchaniu, uznano, że nie kwalifikujemy się na „kłusownictwo”. Pozostało podejrzenie „przestępstwa granicznego”. Pobieżna rewizja nie wykazała innych dowodów przestępstw. Pod konwojem ruszyliśmy do Lutowisk. Gazik jechał wolno z przodu, kurząc niemiłosiernie, trzaskały krótkofalówki, potwierdzono ujęcie tylu a tylu osób, przedyktowano nasze dane.

„Towarzystwo” było załamane i spanikowane. Pokornie stanęliśmy pod drewnianą strażnicą WOP. Spisanie danych z dokumentów i zapadły ustalenia „Nikt nie zaprzecza zdarzeniu. Prowadzący kierownik wycieczki…(znaczy, ja), odpowiedzialny za trasę – na przesłuchanie! Reszta grupy – pod jednoosobowym konwojem, bez prawa oddalenia się, „ Pod Żubra”. Tam czekać!!”. Pojawił się znajomy podporucznik. Spojrzał i lekko z dezaprobatą pokręcił głową. Zza drzwi dobiegł ryk. „Borys” wprowadził mnie do pokoju. Biurko, potężna szafa pancerna, maszyny do pisania, telefony... Plamy słońca na wiszących mapach i chyba dyplomach. A za biurkiem major S. Ostatnia osoba z jaką chciałbym rozmawiać w ten upalny dzień. Po meldunku, w trakcie którego major purpurowiał i szarpał kartki mojego dowodu osobistego, nastąpił wybuch. „Co to ma być za wycieczka! Łamanie prawa! Kto pozwolił wejść na granicę? Meldują towarzysze radzieccy o zniszczeniu , kradzieży godła! Studenci, kształceni przez Ludowe Państwo nie znają przepisów?! A ty narażasz ich na niebezpieczeństwo!”. Można było dyskutować, ale nie przy zarzucie kradzieży radzieckich symboli. To mogło skończyć się postępowaniem karnym. Prawie klęknąłem przed biurkiem. „Obywatelu majorze!! Żadnej „kapusty” nie ruszyłem! Borys dwa razy sprawdzał plecaki !! Major aż się zachłysnął... „ Ja ci k… pokażę „kapustę”! O godle zaprzyjaźnionego państwa mówimy! W ciągu miesiąca… Zaczął grzebać w kartkach na biurku. „Dziesięć słupów granicznych okradzionych!! Dzwonią z Przemyśla do mnie! Wyprostowałem się i zameldowałem: „To moja wina Obywatelu majorze!! To ja błędnie poprowadziłem ludzi. Pobłądziłem!”. Chwila przerwy, niedowierzał. „ A gdzie szliście?”. Zacząłem tłumaczyć, że nad szosą ustrzycką chcieliśmy przejść do Czarnej, a stamtąd do Michniowca... Bo tam taka stara cerkiew stoi. Zabytek! Ma takie piękne wiązania, a kopuły… Poderwał się, gestem wyprosił „Borysa”. „ Co wy tu mi pieprzycie o wiązaniach?? Czy wy k... wiecie, co to pas graniczny??!”. Wyprężyłem się na baczność. „Obywatelu majorze . Wiem! Jestem synem oficera, wprawdzie lekarza, ale nigdy bym granicy Ludowego Państwa nie naruszył”. Majora zatkało. Warknął parę zdań do telefonu i stwierdził; „nie wierzę w pobłądzenie ... za długo tutaj chodzisz”. Pochylił się w moja stronę, spojrzał w oczy. „ Jaki wstyd dla ojca będzie, co”? Pomyślałem, że pora przejść do kontrataku. „Obywatelu majorze. Myślę, ze władze mogłyby pomóc w takich sytuacjach. Brak oznakowań, gdzie już nie wolno wejść! Teren „rządówkiteż nie jest oznakowany. Można by zrobić ulotki, z mapą, z wyciągiem z przepisów. I karami jakie grożą za naruszenie! Dlaczego nie ma na schroniskach żadnych materiałów? WOP wymaga wiedzy, a kiedy było spotkanie z turystami na bazach, schroniskach, żeby ktoś ze strażnicy poopowiadał o ochronie granic, o tradycjach, przepisach? A przecież wojsko powinno prowadzić działalność szkoleniowo wychowawczą ??”. Dalej mówiłem, w tym stylu. Zajrzał podporucznik, mrugnął, podał wydruk majorowi. Ten, od pewnego czasu oparty na krześle, przyglądał mi się, jakoś zbyt spokojnie. „Taak. Może i trzeba. Przepisy…” Atmosfera zmieniła się, tajało. Major S. podniósł się, otworzył metalową szafę. Wyjął stosy dokumentów w jakiś przaśnych segregatorach. „No, Twardowski ...”. Otworzył pierwszy segregator i usiadł za biurkiem. „Czytaj! Głośno!”. Pożółkła kartka z nagłówkiem jeszcze „KBW”, z lat 50-tych. No, to czytałem! Kończąc kolejny dokument, osłupiały zerkałem na dowódcę WOP w Lutowiskach. Co ja dostałem? Jakieś rozkazy dotyczące sposobu kontrolowania transportu drewna, zmiany wzorów przepustek, jak organizować i prowadzić nadzór prac drogowych w pasie granicznym. Odległości z jakich należy okrzyknąć pracujących w lesie, porozumienia o współpracy z Lasami Państwowymi, jakieś rozporządzenia dotyczące nadzoru nad imprezami z okazji świąt państwowych w strefie przygranicznej. Ludzie! Po dwóch godzinach głośnego czytania chwiałem się na nogach. Posterunek pracował. Petenci i pracownicy wchodzili, wychodzili, spoglądając z ciekawością na lektora. Zacząłem się zastanawiać, ile może wynosić kara w kolegium ds. wykroczeń, za potencjalne przewinienie? Przerwałem lekturę. „Obywatelu majorze? Czy możemy się umówić na następny termin, bo grupa się niepokoi...? Może za tydzień?” Prośbę wychrypiałem z trudem. Obywatel major S. był wyraźnie zadowolony. „Pamiętaj, jak jeszcze raz was złapiemy, jak się dowiem ..!!

Nie dokończył. Wskazując ręką drzwi i podając mój dowód, ryknął „Jazda !”. Do knajpy wszedłem oszołomiony, półprzytomny. Zamiast radosnego powitania, zapytano co tak długo siedziałem?! Wszyscy chcą już wracać do Chaty Socjologa! Nigdy nie doceniono mojego poświęcenia. Moja relacja budziła zaciekawienie, raczej pod praktycznym kątem. Jakiej „granicznej” linii nie należy przekraczać, aby po wschodniej części szosy nie podpaść WOP. A po latach? Cóż, kto się może zmierzyć ze mną? Kto wie, jak zgodnie z wymogami zachowania obronności kraju „Prowadzić bydło do wodopoju w strefie przygranicznej” ?

Mariusz Twardowski „Komisarz”

* odwiedzający Stolicę powinni unikać wynalazku w postaci białej farby „odpornej na ścieranie”. Taki „plastik” kładziony na przejściach dla pieszych, w niskiej temperaturze ma parametry ślizgawki.

** Pewne wydarzenia opisane, różnią się od wersji mi znanych. Urok Bieszczadów, to między innymi szeroko stosowana zasada wolności w stosowaniu „licencia poetica”.

*** Wojsko Ochrony Pogranicza. Zaszczytna służba, w państwie socjalistycznym. Wiernie pilnowali granicy wschodniej, starając się, aby jakiś obywatel PRL nie pomylił kierunku ucieczki i wylądował w „krainie szczęśliwości”. Od wschodu mało kto się przedarł...

**** nogi sarny

***** oprócz symboli „ młota i sierpa’, Związek Radziecki posiadał godło, bardzo bogate w kolorowe symbole ,oplecione kłosami ,liśćmi .. Nie warto dokładnie analizować elementów tego dzieła. Godło potocznie nazywane było „kapusta”.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011