Z tęsknoty za wiosną

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 3/2010.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz Autora.

Wiosna. Wiosna! Już niedługo! Jeszcze parę razy zobaczymy na skali termometru -30 stopni C, potem lekkie podmuchy ciepłego wiatru i ćwierkające strumyki wody w rynnach przypomną o przejrzeniu zawartości plecaków. Wiosna, wiosna? A może to zima? Huczy przedwiośnie w słupach...* Ciepłe przedwiośnia w górach mają tajemniczy urok. Od śnieżnych połaci czujesz chłód na plecach, a na twarzy ciepło słońca. Zielonkawa mgiełka unosi się nad koronami drzew. Białe plamy wcześnie zakwitających krzewów na tle ściany szarych buków, jasnozielone pączki na gałązkach modrzewi. Potoki huczą wezbranym, burym nurtem, a w pośniegowych kałużach zieleni się świeża trawa. Nad kotliną Sanu pędzą nieprzytomnie chmurki, a podsuszone południowe szlaki zapraszają do wędrówki. To czas na bardzo osobiste przeżywanie wędrówek, kontakt z budzącą się przyrodą. My również budzimy się do życia, krew w żyłach krąży szybciej. Macie już w Bieszczadach takie zaczarowane i magiczne miejsca, gdzie co roku musicie zajrzeć?

O tej porze roku dwie rzeczy dają się zauważyć przybyłemu po relaks turyście: brak „stonki turystycznej” (dużo wolnego miejsca w schroniskach) i wygrzewająca się w promieniach wiosennego słońca wszelka „żywizna” płazia i gadzia. Warto się zainteresować i pochylić nad tym arcyciekawym, zwierzęcym światem. Nigdzie w Polsce nie ma tak szerokiego gatunkowo zbioru wijącego się, pełzającego, skaczącego i pływającego towarzystwa.** Węże, kumaki, ropuchy, salamandry, traszki, żaby, jaszczurki... Nie zawsze zauważane przez turystów życie toczy się w potokach, na łąkach i w lasach. Nieliczne ścieżki przyrodnicze informują na tablicach o występowaniu płazów i gadów. Ale kto umyślnie szukałby traszki górskiej? Przyszło Wam do głowy podczas jazdy samochodem starą drogą w Beskidzie czy Bieszczadach, żeby ominąć kałużę? A sprawdźcie, jakie wiosenne życie toczy się pod kołami terenówki. Oświadczałem wielokrotnie przyjaciołom i kolegom: zabicia węża, żmii, salamandry, żółwia błotnego – nie daruję i wykorzystam wszystkie środki, aby dotkliwa kara spotkała sprawcę. Zabijanie lub niszczenie siedlisk płazów i gadów uważam za prawdziwe barbarzyństwo i głupotę. Pomimo dostępności książek, publikacji prasowych, informacji plakatowych o faunie w Polsce (program szkolny też daje trochę wiedzy), zdarzało mi się spotykać z błędnymi wyobrażeniami i fałszywymi ocenami o zagrożeniu ze strony płazów i gadów. Pozwalałem sobie na pewne akcje uświadamiające. Dość drastyczne, nie wyprę się. Zaczynałem od próby przekonania, że jest w Polsce tylko jedna jadowita żmija – zygzakowata! Ale nie musi mieć wcale wyraźnego wzoru na grzbiecie. Zdarzyło się po rozmowie z grupą młodych turystów i znanym mi wcześniej towarzystwem z Chaty Socjologa, że byłem zrozpaczony. Płeć piękna domagała się wyłapania zauważonych na otryckiej łące pełzających gadów i skazania ich na banicję. Najlepiej za San! No, i był pretekst do wykładu. Nasza rodzima żmija nie powali ukąszeniem zdrowego chłopa ni baby! Jeśli ktoś ze strachu zawału nie dostanie, nic się nie wydarzyno, może alergiczni, anemiczni powinni skonsultować z lekarzem objawy. A surowica podawana w panice i kłucie igłą w nerwach mogą wyrządzić większe szkody. Żmija może mieć czarny zygzak na szarym tle lub ciemnobrązowy na ceglastym. A na Dwerniku Kamieniu i połoninach pełzają calutkie czarne egzemplarze. Zmiany barwy występują w jednym miocie i nie stwierdzono, żeby w jakiś sposób miało to wpłynąć na charakter żmii. Bardziej agresywnie zachowuje się niejadowity wąż gniewosz, mylony często ze żmiją. Okazja do poglądowej lekcji znalazła się szybko. Na drodze z Chmiela wygrzewał się piękny okaz żmii zygzakowatej. Przeprosiłem za zakłócenie spokoju, obiecałem odniesienie w tę samą okolicę. Ostrożnie włożyłem gada do wełnianej skarpety. Zawiązałem cienką witką i wsadziłem do plecaka. W schronisku znalazł się słój o szerokim dnie. Garść trawy i wiórów rzuconych do wewnątrz pomogła żmii się poruszać. Ustawione „terrarium” pozwoliło wszystkim na oglądanie gada i obserwowanie jego zachowań. Po południu, przy okazji budowania ogrodzenia łączki, udało się pochwycić dorodnego nornika. Wyrywał się z kieszeni, jakby przeczuwając swój los. Społeczność Chaty była podzielona. Chciałem pokazać skuteczność ataku żmii. Przekonywałem, że nie będzie „myszol” długo się męczył. Płeć piękna w niewybredny sposób komentowała naszą ciekawość, zarzucając nam sadystyczne skłonności. Żmija wykonała jedno uderzenie. Cofnęła się i zwinęła, unikając agresywnych skoków nornika. Po paru minutach Grześ K. (postać warta osobnego opisu), niezadowolony z braku efektów ukąszenia, przesunął słój, robiąc miejsce dla chętnych na rozgrywkę brydżową. Kilka spraw odwróciło uwagę wszystkich i dopiero nastąpił okrzyk: biedna myszka! Coście najlepszego zrobili?! Nornik padł. Zestresowana żmija siedziała zwinięta, węsząc rozdwojonym językiem. Wyjaśniłem, jak działają gadzie toksyny, ostrzegłem przed bardzo podobną z wyglądu żmiją na południu Europy. Przypomniałem o toksycznych wydzielinach parotydów ropuch, salamander… I stanąłem oko w oko z delegacją – Komisarz? Bardzo dziękujemy za podzielenie się wiedzą, ale chyba nie sądzisz ze zgodzimy się spać z żmiją w Chacie? Nie, nie wystarczy wynieść dowiatrołapu”! Nie wypuszczaj na łąkę! W efekcie nocą, strasząc sowy, odniosłem gada na leśną drogę. Warto było? Niedawno rozmawiałem z Grzegorzem K. i okazało się, że dobrze pamięta pokaz.

Lata temu Norbert W. (założyciel AKAT-u) opowiedział mi o Szpeniu, a przy najbliższej okazji przedstawił mnie tej ciekawej postaci. Jeśli dobrze pamiętam – emerytowany milicjant, zasłużony w organizowaniu powojennej turystyki. Prowadzał pierwsze grupy w wysiedlonych Bieszczadach. Z przystrzyżoną, siwawą brodą, dobrodusznym uśmieszkiem na obliczu, za którym skrywał się bystry obserwator. Hodowca-hobbysta, wielki miłośnik przyrody Bieszczadów, preferował samotne wędrówki. Pojawiał się w bazach studenckich i schroniskach, budził respekt. Zawsze był przyjaźnie goszczony. Z czasem, kiedy poznaliśmy się lepiej, wiele nauczył mnie o zwierzętach i ich zwyczajach. „Szpenio Żmijołap”*** to jedna z postaci, o których rozmawiało się przy ogniskach. Znał wielu leśników i mieszkańców osad leśnych. Nieoczekiwanie spotkałem go podchodzącego stokówką od Sękowca. Przyznał, że jest po zawale, ale nie wytrzymał w domu. Zagadaliśmy się. Po dwóch godzinach rozmowy ocknąłem się daleko od mojego obozowiska pod kamieniołomem na Krywem. Potrafił opowiadać. Gadzie syczące towarzystwo nosił w specjalnych płóciennych woreczkach. Goszcząc „u Aśki” w bazie studenckiej, wypuścił kilka dorodnych egzemplarzy zygzakowatej do szerokiego kociołka (służył w bazie do grzańca). Wlał troszkę wody. Tak wyglądało pojenie. Żmije pełzały, syczały cichutko. Dookoła pochyliły głowy studenckiej „zerówki”. Wstrzymaliśmy oddech, kiedy Szpenio włożył ręce między gady. Spokojnym głosem prowadził wykład o biologii i zachowaniach żmii zygzakowatej. Dotykał palcem omawianych egzemplarzy. Głowy żmij unosiły się powyżej jego dłoni, śmigały ciemne, rozdwojone języki. Żadnej próby ataku. Fakir czy co? – komentował jeden ze studentów.

Szpenio nauczył mnie sporo. Wędrując stokówkami, duktami, brzegami potoków, omiatam wzrokiem pobocza. Leżące kamienie, stare, pogubione w transporcie „metry”, pozieleniałe od glonów kałuże. Czujnie sprawdzam miejsca spoczynku – zwłaszcza, kiedy przysiadam na leżących, próchniejących kłodach lub przydrożnych stosach, czyli „metrach drewna”. Kałuże wody deszczowej utrzymujące się w wyższych partiach lasu są schronieniem i ratunkiem kumaków w upalne dni. Do wilgotnych nisz wędrują też salamandry. Przenoszę je zawsze na bezpieczne pobocze lub w głąb lasu. Wygrzewające się na głazach, rumowiskach i dróżkach żmije zawsze „otupuję”, dając zauważonym gadom czas na schronienie się. Pamiętajmy, że jesteśmy gośćmi na górskich połoninach, w lasach, rzekach i potokach .

Szpenio pokazał mi ostatnie miejsca, gdzie utrzymał się wąż Eskulapa. Są to obfite w wodę wąskie pasy zadrzewionego terenu z bytującym ptactwem. Wąż chętnie chroni się w pozostałościach dawnych domów i piwnic. Wąż Eskulapa jest wpisany do Czerwonej Księgi (oznaczenie CR – ginący gatunek). Pod koniec lat 70. prawie zniknął, zabijany i odławiany „na handel”, dla hodowców. „Ścisła ochrona gatunkowa” to jedynie hasło, które nie ratowało go przed łowcami. Przekonałem się o tym, otrzymując propozycję kupna bransoletek ze skóry węża Eskulapa i żmii zygzakowatej. Była to specjalność więźniów zakładu karnego w Smolniku. Innym śmiertelnym zagrożeniem są prace drogowe. Budowa asfaltowych dróg wzdłuż Sanu i nasilenie się samochodowego ruchu na bieszczadzkich trasach dokonały rzezi wśród bieszczadzkich gadów i płazów.****

A „eskulapy” są tak piękne! Na krótko zaprzyjaźniłem się z jednym z nich. Uratowałem go przez przypadek. Nad Sanem pracowały młyny kruszywa – do budowy dróg, stokówek. Robotnicy zauważyli pełznącą na gałęziach drzewa „żmiję”. Zginąłby wąż, gdyby na szosie czy trawie go zoczyli. A tak mieli problem. Stojąc wokół dzikiej jabłonki, dyskutowali, jak „żmiję” na dół ściągnąć! Wlazłem, zdjąłem gada. Walczył chwilę. Na powitanie palnął mnie w twarz, lekko kalecząc. Robotnicy na ten widok przekonywali mnie, że kruca mam ze dwie godziny życia przed sobą! Chopie, jak had tak wielgi, musi mieć jadu więcej!

Mam nadzieję, że Wasza wiedza pozwala na spokojne zachowania (pamiętam pisk koleżanek na widok ponad półtorametrowego „eskulapa”). Zabrałem węża dalej od wesołych pracowników drogowych. Doszedłem do mostu na Sanie z owiniętym wokół ręki wężem. Mały plecak nie gwarantował, że gad zechce spokojnie ze mną wędrować. Jednak bez problemu ułożył się wzdłuż ciała, pod flanelową koszulą. Pamiętając, jak rzadki to okaz, postanowiłem dotrzeć do przyjaciół i go sfotografować. Wspólnie z nimi chciałem omówić, gdzie go bezpiecznie wypuścić. Mam w pokoju czarno-białą fotografię. Ech, szczupły i zwinny był człek – jak wąż Eskulapa!

Znalazłem po paru dniach dobre miejsce nad Sanem. Nieuczęszczane, ze starym sadem, śliwami, leszczynami. Na drzewach i krzewach tarniny tkwiły gniazda ptasie. Ruina starej piwnicy lub budynku dopełniała krajobrazu. Miejsce, jakie sam Szpenio by wybrał. Obejrzałem kamienie i zmurszały pień. Był zaskroniec, były jaszczurki i ptaki. Wąż Eskulapa wspiął się po gałęziach drzewa, węsząc za łupem. Może udało mu się pożyć dłużej.

Następne spotkanie ze „żmijołapem” zawdzięczam krukom. Krążyły nad drogą niedaleko Sanu. Może coś padło przy drodze? – zastanawiałem się. Poszedłem sprawdzić. Za skrętem drogi pochylona postać podnosi kamienie, zagląda pod krzaki. Szpenio. Skinięcie głową, jakby od ostatniego spotkania to nie rok upłynął, tylko doba. Wiesz, mam dla PAN-u parę rzeczy zrobić… – kolejna kamienna płyta podniesiona – Pomóż, młodszy jesteś! Po kilometrze stanęliśmy. Jeszcze 10 lat temu zebrałbym tutaj kilkadziesiąt żmij! Był rozżalony. Opowiedziałem o moim „eskulapie”. Pokiwał głową, aprobując opisane miejsce. Wiesz, ten prof. z Krakowa – J…, to opisał „eskulapa” na podstawie jednego egzemplarza. I to z własnego terrarium! Pokręcił głową. Jeszcze głosi, że „eskulap” nie da rady przebić naskórka człowieka. Potaknąłem ze zrozumieniem. Silny, mało oka mi nie podbił! Podzieliłem się ze Szpeniem zasłyszaną informacją – Pamiętasz, jak mówiłeś mi, gdzie są ostatnie siedliska „eskulapa”? Pary nikomu nie puściłem! – zastrzegłem. To jest wiadomość od W. Szefa bazy z Ustrzyk Górnych. Odkrył nowe siedlisko! Szpenio przystanął. Koło „bazy na Górnych”? Chichot wstrząsnął „żmijołapem”, aż mu łzy leciały! W. odkrył nowe stanowisko? Nad potokiem, co? Okazało się, że tydzień wcześniej w studenckiej bazie kotłowało się wielu hałaśliwych turystów. Wejście na Połoninę Caryńską było dla nich jak wyprawa na szczyt w Alpach. Szpenio trzymał się na uboczu, brak było atmosfery na wykłady i pokazy. Wziął plecak, wór z gadami, poszedł nad potok napoić żmije. „Eskulap”, którego taszczył drugi dzień (również z zagrożonego miejsca), wykorzystał jego problemy ze żmijami i prysnął jak smuga światła za potok! No i mamy nowe stanowisko! – skwitował Szpenio.

Roztrząsałem z nim kwestię ludzkich lęków. Dlaczego reakcje ludzi na widok węży i żmij (ba, nawet biednych padalców) są takim strachem naznaczone? Ulegają im nawet posiadający wiedzę o ważnej roli tych zwierząt w przyrodzie. Szpenio uśmiechnął się. Widzisz, Komisarz… Są na świecie tylko dwa takie gatunki wywołujące skrajne reakcje. Popatrz, jednego żmija ukąsi, ledwie rękę do niej wyciągnie. Ja mogę brać je na dłoń i nawet nie uciekają. Ty już je lubisz, podziwiasz. Pamiętasz, jak spuchła Ci ręka po ukąszeniu? Ale nawet nie zezłościłeś się i nadal się interesujesz. Pomyślał chwilę. Gada nie oswoisz, ale możesz z nim obcować, jak przewidzisz reakcje, poznasz zwyczaje. Jak zostawiłem ci kiedyś parę woreczków na przechowanie, to co? Spałeś z nimi w namiocie? Fakt, potwierdziłem. Za głową sobie syczały, szeleściły. Nie widziałem problemu w parodniowym sąsiedztwie. O, właśnie! Ale niezależnie od tego, czy są duże, jadowite, czy nawet pożyteczne jak ropuchy – straszą wiele osób. Ale też fascynują. Padalec węża słabo udaje, ale jak trafisz na odmianę turkusową, to gapisz się zachwycony! Bo spójrz, jakie są czasem kolory, jaka gracja w ruchach. A pamiętasz oko żmii? Hipnotyzuje! Ale tylko kogoś, kto jest wrażliwy i chce coś wiedzieć. I umie patrzeć pod nogi, i poczytać ma czas! Parsknął śmiechem. A zabić płaza czy gada to każdy kiep potrafi. Są jednak gatunki na świecie, że tylko fachowiec zaryzykuje zbliżenie! Dendroaspis Angusticeps…

Szpeniu… A ta druga grupa, gatunek? Westchnął i pokiwał z politowaniem głową. Oj, jeszcze trochę musisz dorosnąć. To kobiety, Komisarz, kobiety!

Mariusz Twardowski „Komisarz”

*Może niedokładnie z pamięci zacytowałem Jerzego Harasymowicza. Ale piękny wiersz. Polecam jego tomik „Budowanie lasu”.

**Będę w tekście pomijał łacińskie nazewnictwo. Dla zainteresowanych – potężna bibliografia jest dostępna w bibliotekach.

***W bazie studenckiej w Zagórzu przez lata widniały widoczne od wejścia namalowane dwie brodate twarze. Jedna przedstawiała popularnego turystę zwanego mgr Świnia, a druga Szpenia.

****Ostatnio Bieszczady szczycą się nowymi drogami za unijne pieniądze. Samochody mkną na Dwernik trzykrotnie szybciej. Czy zrobiono przepusty umożliwiające migrację płazów i gadów? Zapomniano? Koszty za wysokie? A może po prostu nie zauważyłem?



Komentarze   

 
#1 Jan-Nemrod25 2012-07-17 08:05
Tak Komisarzu dużo nauki w tym tekście, jak po jego przeczytaniu lub Twoich innych wykładach ktoś nie użyje badyla do zabicia żmii, zaskrońca, eskulapa w przekonaniu że zabija jadowitego gada to już sukces, ale po takich informacjach zawsze czuje smutek jak długo człowiek będzie lekceważył przyrodę w szerszej skali takiej np. jak te przepusty pod drogami dla płazów i gadów, czy tez przejścia dla większej zwierzyny nad drogami które coraz częściej dzielą siedliska zwierzyny lub przecinają trasy ich wędrówek, koszty tak są na etapie budowy, ale są one jednorazowe, jakie koszty poniesiemy później aby wyciągać coraz liczniejsze gatunki z listy CR, kiedy wreszcie zrozumieją to decydenci. Pozdrawiam
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011