Ryzykowne hobby

 

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 4/2010.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz Autora.

Wiosna! Bieszczadzka glina oblepia buty na rozpaćkanych szlakach, śródleśne potoczki – drobniutkie w lecie – teraz są pełne wody. Obudzone z zimowej drętwoty kumaki i żaby niemrawo taplają się w ledwo odmarzniętych kałużach. Tam, gdzie zniknął śnieg, poszycie lasu umożliwia marsz na skróty. W końcu marca znikają bieszczadzcy poszukiwacze jelenich zrzutów i trofeów po wilczych obiadkach. Taksują w ciepłych chałupach zdobycz i potencjalny zarobek. Do majowych dni będzie widać glebę i można zobaczyć przemykającą się zwierzynę. Po silnych mrozach i śniegach jest szansa, że pokrzywy, maliniska, jeżyniska i inne zielne chabazie nie od razu się podniosą. Później zakryją brzegi Sanu i strumieni, przestrzenie carynek i poletek śródleśnych. W kwietniu południowe wystawy zboczy podsusza wiatr i słońce. Opadająca w rzekach i potokach woda odsłania wypłukane pozostałości po dawnych mieszkańcach, części maszyn rolniczych, wyposażenia chałup, pamiątki z czasów wojny. Dlaczego dla wielu osób ta pora roku jest tak interesująca? Bo nie łazi stonka, jest ciszej, nie pocisz się na szlaku, a piwo w Lutowiskach jest chłodne jak z lodówki. Właśnie wiosenną porą na szlakach, leśnych bezdrożach i w pustawych schroniskach pojawiają się specyficzni turyści.

Wśród bieszczadzkiej i beskidzkiej braci turystycznej od lat funkcjonuje „klan wędrowców- poszukiwaczy”. W schroniskach, chatkach i bazach dyskretnie pojawiają się i znikają postaci zahartowanych, odpornych na zmiany pogody gości. Nie udzielają się towarzysko, nie noszą na ramieniu gitar w brezentowych pokrowcach. Wyposażenie, jakie dźwigają, odróżnia ich od zwykłych kolorowych i radosnych turystów. Jeśli chodzi o strój, stosują militarny kamuflaż. Przeciwwiatrowe kangurki uszyte ze spadochronów, buty wojskowe o mocnych podeszwach, czapki kroju US Army i strzelców alpejskich, czasem furażerki i charakterystyczne nakrycia głowy żołnierzy CK. U młodszego pokolenia jest i kurtka Alpinusa, buty z goreteksem, polary. Snują się po jarach, zakamarkach dawnych umocnień wojskowych, zapadłych piwnicach domów w nieistniejących wioskach. Włażą w koryta potoków i do starych wojskowych okopów. Można ich rozpoznać po szacunku, jaki okazują noszonym nożom, często ze starych, oryginalnych, wojskowych sortów. Plecaki (w żadnym wypadku kolorowe) mają przemyślne kieszenie lub troki na maczety, toporki i obowiązkowe saperki. Łapska zawsze oglinione, ciuchy przesiąknięte dymem, nieodłączna piersiówka w kieszeni kurtki lub bojówek. Małomówni. Siedzą i gapią się setny raz na stare, pożółkłe mapy.

Przysiądź się do nich, kiedy spotka się dwóch, trzech! Cóż za opowieści usłyszysz. Historie walk, losy jednostek wojsk austro-węgierskich, rosyjskich i niemieckich, opisy konstrukcji i lokalizacji bunkrów UPA. Wymiana, giełda informacji: kto i co sprzedawał z archiwaliów czy „złomu militarnego” na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku, na Kole w Warszawie, na targu staroci w Krakowie. Po flaszeczce na stole lądują wyciągnięte z przepastnych plecaków i worków łuski artyleryjskie, zardzewiałe skorupy granatów, klamry pasów wojskowych, nietypowa amunicja, skorodowane klingi. Dyskusja zapaleńców pochylonych nad zamkiem Mosina lub Manlinchera toczy się godzinami. Znaleziona lufa, pałasz, rosyjski sztyk czy miedziana menażka – wszystkie mają swoje historie. Prawdziwa śledcza archeologia. A o rodzajach i ulepszeniach wykrywaczy metalu pieczołowicie schowanych w workach i pokrowcach mogą rozmawiać bez końca.

Klan miłośników militariów i poszukiwań od lat tropi historię Bieszczadów i Beskidów. Pamiętajmy, że od twierdzy w Przemyślu aż po Gorlice ziemia była zryta transzejami, okopami, stanowiskami dział. Tam, gdzie obecnie tysiące stóp wędrują grzbietami i dolinami, maszerowały milionowe armie i to we wszystkich wojnach XX wieku. W bitwach padały setki tysięcy żołnierzy różnych nacji. Szczątki wielu z nich drzemią pod cienką warstwą gliny, często tam, gdzie zasypały ich salwy artyleryjskie. Zachowane lub odnowione cmentarze i miejsca, które znamy dzięki pamięci mieszkańców, świadczą o wielowiekowej głupocie ludzkiej. A przecież tak celnie napisano w Księdze Koheleta: hewel hawolim, kuloj hewel. Cmentarze wojskowe, tablice pamiątkowe i pomniki w paśmie naszych Karpat (także w części wschodniej) to świetny materiał do wielu prac o ludzkich losach i znaczeniu militarnym tych gór w Europie.

Większość poszukiwaczy posiadła doskonałą wiedzę, co zawdzięcza godzinom spędzonym na przeglądaniu dokumentów i starych map, ale nie tylko. Posiadają cenne kontakty z przesiedleńcami i byłymi żołnierzami. A mapy? To kwestia ciekawa sama w sobie, często prawdziwe perełki. Porządne „setki” (sam takimi dysponuję) z przybitym napisem „poufne”, doskonałe mapy Wermachtu i Austro-Węgier, podklejane płótnem, ze świetną topografią. Mam ciekawy egzemplarz mapy sztabowej niemieckiej – są na niej zaznaczone miejsca korekty, gdzie w 1939 roku żołnierze zapędzili się za daleko w stosunku do ustaleń paktu Ribbentrop-Mołotow. Dostałem ją od bieszczadnika, byłego NSZ-owca. Mapy wojskowe dostarczają nieocenionych wskazówek. Układ budynków i cieków wodnych, nawet każda kuźnia i fabryczka zostały zaznaczone. Takie miejsca to skarb.

Mój przyjaciel Julo przywiózł mi z niemiecczyny niezły, lekki sprzęt do wykrywania metalu. Mogłem zacząć terminować. Z nową maszynką penetrowałem znane mi lub wskazane przez kogoś miejsca. Efekt? Najczęściej żeliwne „popielniczki” w schroniskach i bazach. Poza tym ciężkie korpusy pocisków z karbowanymi miedzianymi obręczami, kule karabinowe, stare sagany o pięknym kształcie, z białą polewą wewnątrz, metalowe części narzędzi rolniczych, monety, drzwiczki od pieca z napisem „Sambor”, skorodowana pepesza z okrągłym magazynkiem. Przy okazji poszukiwań metalowych przedmiotów znajdowało się stare, karczemne, nieforemne butelki, ludową ceramikę, zagubiony krzyżyk. Trafiłem na ślady po żołnierskich walkach i po dawnych mieszkańcach wsi i przysiółków. W moim mieszkaniu w kuchni mam drewnianą ścianę; w deskach sterczą wbite kilkunastocentymetrowe gwoździe, dzieło bieszczadzkiego kowala. Mają wyraźną fakturę po uderzeniach młotka, nieregularne wyklepane główki o trzycentymetrowej średnicy. Zawiesiłem na nich stary drewniany czerpak, dzbanki, warkocze czosnku i cebuli.

Nie mogę się pochwalić spektakularnymi sukcesami, ale na samym początku trafiła mi się spektakularna wpadka. Obecna dolina Caryńskiego, kiedyś gęsto zabudowana i licznie zamieszkana, kryje w ziemi pamiątki po dawnych mieszkańcach. Znalazłem tam kilka ciekawych przedmiotów. Wykopałem przedwojenną żołnierską manierkę (ale z wyrytym tryzubem i literami BK), a na miejscu po wiejskiej kuźni – podkowę. Ale jaką! Starannie wykonane cacko: perfekcyjnie rozmieszczone otwory, równe krawędzie, dobrze kuta, gruba na pół centymetra, niezbyt szeroka. Mieściła się na otwartej dłoni. Co ja się nagłowiłem... prawdzie hucuły – faktycznie – to konie drobne. Ale przecież nie aż tak! Osiołków przed wojną nie używano. No to ki diabeł? Znajomi, zamęczani dociekaniami, po paru dniach mieli dosyć. Zbyli mnie propozycją: Pojedź Komisarz do Pacanowa. Kozy tam kują, może Ci dopasują podkowę do którejś.

Odpowiedź znalazłem w S. po drugiej stronie Otrytu. Odwiedziłem Pana H. – Oj, Marko! –westchnął – Kto ma znać literaturę polską? Majesz; podkówkami ognia skrzesał! No?! Dobre czoboty były podkute. A ty durny, konie chciałeś? Ale proszę nie kop po wsiach. Spokój się należy tej ziemi. Może nie dokładnie przytoczyłem wypowiedź, ale na pewno potępiał „wykopki”.

Mój zapał ostygł z czasem. Kopanie bieszczadzkiej gliny, odwalanie skalnego rumoszu, aby wydobyć „bączek” z czapki żołnierskiej, znaleźć nieśmiertelnik lub kilka łusek było zbyt mozolnym zajęciem. Znajdowane nieśmiertelniki z często czytelnymi nazwiskami i numerami jednostek wojskowych na impregnowanych karteczkach budziły smutek. Moje zbiory podarowałem kolegom – kolekcjonerom militariów. Sobie zostawiłem parę drobnostek, takich nie podpadających pod paragrafy kodeksu karnego. A pepeszkę, którą wyniosłem ze starego bunkra, oddałem znajomemu za dużego, czarnego „Jasia Wędrowniczka”. Z akcyzą, oczywiście.

Pierwsze zetknięcie z wojenną ciekawostką zawdzięczam koledze leśnikowi z D. nad Sanem, gdzie mieszkał. Odbywał staż w Nadleśnictwie Lutowiska. Pięknego wrześniowego popołudnia wyszedłem na szosę z plecaczkiem pełnym orzechów laskowych. Na drzewach powiewały różowiejące liście o wszelkich odcieniach żółci. Kolory młodej jesieni. Znacie takie dni? Żaden warkot silnika samochodu czy pilarki nie zakłócał szumu Sanu i nawoływań myszołowów. Na łuku szosy spotkałem kolegę leśnika, wracał do domu. Ciężki numerator i dokumenty wypychały przewieszona przez ramię skórzaną raportówkę. W jednej ręce niósł klupę, w drugiej „coś”. – Dawaj, pomogę – odebrałem mu sprzęt do pomiaru średnic i przyjrzałem się zardzewiałej „konstrukcji” w jego drugiej ręce. Co ty znalazłeś? – zapytałem nieufnie. Do leśniczówki, gdzie mieszkał, było jakieś półtora kilometra. Niesiony przedmiot wyglądał jak stara puszka konserw (kształt: fasolka 400g) osadzona na długim, kilkudziesięciocentymetrowym drucie, a właściwie na pręcie zawiniętym na końcu i równolegle powracającym do korpusu puszki. Słuchaj, nie podoba mi się ta korozja. Co to jest? – Wędrowaliśmy nieśpiesznie, oglądając znalezisko. – Granat? Były takie, z długim trzonkiem. Kolega spojrzał na mnie – ponad pół metra drutu, nie drewno? I taki uchwyt? No, mieli Ruski różne wynalazki. Pokręciłem wątpiąco głową. – Hm, a może to z I światowej? W końcu na Otrycie jeszcze do lat 70. zachowały się w glinie okopu puszki konserw wojskowych z tego okresu. Jednak stan niesionego żelastwa niepokoił mnie. – Słuchaj, co z tym zrobisz? Chcesz do leśniczówki zabrać? Uparł się. Nie podobał mi się ten pomysł. Jak zabierasz – ja spadam na Przysłup, do Tomka. Przed nami widoczna już była leśniczówka. Nagle kolega wyprzedził mnie o kilka kroków i łukiem cisnął znalezisko przed siebie. Cholera! Zakląłem i przykucnąłem na szosie. Czerep stuknął o asfalt i rozpadł się na części. Na drogę wypadły grudki żółtego materiału. Teraz się wściekłem. No i po cholerę cyrk?! Odbiło Ci? Kolega skruszony przyklęknął i zaczął zbierać wilgotne, żółtawe grudki. Rany, jak to strasznie brudziło ręce! Szybko zawinął w papier pozbierane resztki. Metalowe części zacząłem skopywać do rowu. Pochyliłem się i z resztki czerepu wyjąłem malutką karteczkę. Była w doskonałym stanie, widniała na niej cyfra „1914”. Straszna data i jakoś głupio mi się zrobiło. Po pół godzinie w leśniczówce zapłonął w kominku ogień. Krzątałem się po kuchni, odkuwając z patelni resztki starej jajecznicy. Zrobiłem kilka kanapek, odgrzałem jakąś „padlinę” i zaparzyłem herbatę. Podczas wizyt u młodego leśnika podział pracy dawno został ustalony. Zastałem go pieczołowicie układającego na obmurowaniu kominka przyniesione resztki. Moje pytające spojrzenie – No, wysuszę... Co właściwie do środka wkładali? Na trotyl nie wygląda. Natura badawcza, cholera. Do końca! – Weź to, ciepnij za okno! – doradzałem. Nie podobał mi się pomysł „z suszeniem”. A diabli wiedzą, jak ten materiał wybuchowy po latach zareaguje na ciepło?!

Leniwie siedzieliśmy na drewnianej ławie, po sutej obiadokolacji, wpatrując się w buzujący ogień na kominku. Na ścianach pokoju wieńce jeleni rzucały chybotliwe cienie. Na wiszących obrazach nabierały życia myśliwskie scenki. W kącie pokoju leżał zbiór żelaznych paści na zwierzynę. Kolekcja gromadzona latami, znajdowana w lesie i domach mieszkańców*. Młody leśnik odziedziczył ten zbiór po przednim mieszkańcu, długoletnim pracowniku nadleśnictwa. Relaks nie trwał długo. Kolega wybrał dużą, żółtą grudę. – Podeschło. Patrz, jak to mocno barwi na żółto. Jeszcze zarejestrowałem żółte smugi na jego dłoniach. Cisnął grudkę w płomienie. Nawet nie dokończyłem przekleństwa. Z sykiem, trzaskiem, sypiąc iskrami wyskoczyła z kominka mała kometa. Przelatywała przez pokój jak na durnych kreskówkach. Na kolanach próbowaliśmy znaleźć schronienie. Syczący pocisk obijał się o ściany, szafę, padł na stół. Skonał, dziurawiąc serwetę i wypalając dziurę w blacie stołu. Duszący smród zatykał. – Widziałeś?! Niesamowite, co? – W głosie kolegi brzmiał podziw. Parę minut później szedłem szosą, obiecując sobie solennie długo go nie odwiedzać.

Zdarzyło się po latach, gdy gościłem w starej Chacie Socjologa na Otrycie, poznać przemiłe towarzystwo. Ba, autentycznie zainteresowane historią Bieszczadów. Posypały się okolicznościowe opowieści – historie wojennych bojów nad Sanem, opowieści o walkach z UPA. Człek czujność zatracił, dał się naciągnąć na opowieści zasłyszane od poszukiwaczy militariów, co rozpaliło ciekawość młodych ludzi. Pech chciał, że było to w obecności kolegi, który z racji dawnej pracy był specjalistą od broni, militarnych hobby i oczywiście łażenia z detektorem. Nazwijmy kolegę „Bi”. Wskazał młodym amatorom pas okopów z I wojny światowej, miejsce usytuowania artylerii na grani pasma i zapadliska po starych chałupach. Krótka instrukcja obsługi sprzętu i ogary poszły w las. A my w spokoju w sali kominkowej badaliśmy żołądkową gorzką. Nieźli byli młodzi poszukiwacze. Znaleźli nawet pozostałości po linii energetycznej prowadzącej do posterunku sowieckich pograniczników, którzy po ostatniej wojnie stacjonowali na Otrycie – toporne izolatory na metalowych hakach. W krótkim czasie na stole spiętrzyło się żelastwo z obu wojen. Łuski, resztki oporządzenia, kilka skorodowanych pocisków, taśma do KM-u. Pochwaliliśmy towarzystwo za ambicję. Kolejnego dnia pod chatą znów dały się słyszeć radosne głosy poszukiwaczy i ryk „BI”. Wyskoczyłem przed wiatrołap. Towarzystwo prezentowało znaleziska. Kilka sowieckich granatów RG 42 w rękach uradowanych poszukiwaczy zmroziło mnie. Kolejny wieczorny wykład był o niewypałach. Wykorzystałem całą wiedzę medyczną uzyskaną od ojca (doświadczonego chirurga WAM-u), aby opisać urazy, jakie można odnieść przy eksplozjach. Od utraty palca po utratę wzroku i genitaliów. Ostudziliśmy amatorów, a swój wykrywacz „Bi” głęboko schował. Granaty wyniosłem w koryto potoczku na północnej stronie. Wykorzystałem stare brochowisko**, wygrzebałem w błocku dołek i złożyłem niewypały. Od północy stoku śnieg dłużej leży, a woda zrobi swoje. Na wszelki wypadek nie dam do czytania tych wspomnień synkowi. Tyle jest innych ciekawszych hobby niż grzebanie w ziemi. Prawda?

Mariusz Twardowski „Komisarz”

* W tej kolekcji widziałem egzemplarz, którego nie potrafiłem samodzielnie napiąć. Szczęki miały nieostre karby-zęby. Mogły objąć udo dorosłego.

** „Kąpielisko” dzików.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011