„Licentia poetica”? Nie do końca…

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 5/2010.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz Autora.

Po spaleniu się koliby „Pod Obnogą” – miejsca, do którego umykało się przed gwarem przepełnionych schronisk – „Don Gore” posmutniał. Wspominał pożar schroniska na Łopienniku, starej Chaty Socjologa, „Przystanku Cisna” i inne nieszczęścia, jakie dotknęły turystyczną brać. Nawet ostatnie wyczyny: „przekotłowanie” w Kampinosie kilkudziesięciu kilometrów i zimowe przejście na rakietach (od Barwinka przez Wetlinę na Otryt) tylko na krótko poprawiły mu humor. Taki nastrój sprzyja wspomnieniom i refleksjom, to i zaczęliśmy sobie pogadywać o dawnych sprawach i kondycji Bieszczadowa. A w naszym turystycznym światku dzieją się sprawy, których wagę można ocenić tylko przez porównanie z „dawniej”. Koleżanki i koledzy, którzy dopiero od paru lat przemierzają Bieszczady i Beskid, na pewno zauważają zmiany zachodzące w otoczeniu. Kontrowersyjne rozbudowy ośrodków turystycznych, radosna twórczość w budownictwie prywatnym oraz w handlu i gastronomii. Aż hadko gadać o obecnej architekturze wzdłuż unijnych, nowych dróg. Dobrze, że chociaż siding* (ukochane PCV!) wyhamował. A nowe drogi? Niestety, umożliwiają szerokie wtargnięcie zmotoryzowanym barbarzyńcom. Gdzież te dobre czasy, kiedy, idąc poboczem drogi, turysta z „garbem” miał szanse obrócić się, wyciągnąć rękę i złapać stopa? Teraz trzeba uważać, żeby podmuch mknącego Leksusa nie wrzucił do rowu!

„Don Gore” z ostatniego wyskoku w góry przywiózł mi książkę „Czar Bieszczadów, opowiadania Woja”. Dobrze trafił, bo Wojomir Wojciechowski to świadek pionierskiego zagospodarowywania powojennych Bieszczadów. Początkowo zauroczony turysta, później pracownik Lasów Państwowych, świetny myśliwy, dyrektor BdPN, czynny do tej pory animator działań na rzecz terenu. Budowa Zalewu Solińskiego, mostów, dróg z twardą nawierzchnią, rozwój gospodarki leśnej – tego był świadkiem i uczestnikiem. Jego znajomość faktów dotyczących legendarnego osadnictwa pierwszych romantycznych bieszczadników została ujęta bardzo oszczędnie. Zastanawialiśmy się z „Donem”, dlaczego tak wiele wydarzeń w Bieszczadach (choćby zmiany nazewnictwa miejscowości) czy personaliów zostało pominiętych? Dlaczego kontrowersyjne zdarzenia w historii, o jakich przy ogniskach wspominają starsi turyści, opowieści o wypadkach, konfliktach z czasów socrealizmu, kłopotach z ochroną BdPN, nie znalazły u „Woja” komentarza?

Otóż, jest to książka z zapisem wydarzeń ważnych z perspektywy mieszkańca, emocjonalnie związanego z terenem i swoją pracą zawodową. Jej niewątpliwym walorem jest pokazanie zmiany warunków życia ludzi i sposobu traktowania Bieszczadów. Książka nie jest kroniką, ale zawiera wspomnienia o początkach powojennej turystyki. Czarno-białe fotki pokazują czas naszych rodziców, wzruszają. Kilkadziesiąt lat zaledwie, a zmiany zaszły milowe. Po lekturze nasuwa się refleksja: musimy bardzo uważać, wygłaszając swoje obecne opinie i uwagi o mieszkańcach, turystyce, infrastrukturze czy niedawnej historii Bieszczadów. W większości jesteśmy jedynie sezonowymi wędrowcami. Obecnie tylko nieliczni z młodego, turystycznego koleżeństwa mają ambicje sięgać do historycznych czy przedwojennych opisów, albumów fotograficznych, nie wspominając o dostępnych wojskowych archiwaliach. Internet daje duże możliwości grzebania w historii. Warto przejrzeć dawne fotografie czy informacje o miejscowościach, a w terenie nieocenione jest nawiązanie kontaktów mieszkańcami. Czy potraficie wzbudzić ich zaufanie? To zależy, jak ocenią wasze intencje. Doradzam Wam wejść trochę głębiej w ten bieszczadzki świat. Inaczej wraca się jedynie z pocztówkowymi wrażeniami, bez świadomości powodów, które świadczą o wyjątkowości tego terenu, pomagającej zrozumieć fenomen Bieszczadów.

Mamy trudną sytuację. Bieszczady są na granicy wytrzymałości, jeśli chodzi o turystyczną pojemność. Czort wie, jaką porę roku, jaki moment wybrać, żeby przez chwilę zadumać się w spokoju, porozkoszować widokami z połonin, Rawek, Bukowego Berda czy Trohańca. Teraz tylko na szlaku „łysych w dresach” z grillem brakuje. Bo łomot „techno” z jadących samochodów słychać już wszędzie. Nieśmiałe próby regulowania liczby wędrujących turystów (bilety nie pomogły), dyskusje nad stylem budownictwa, który ma współgrać z otoczeniem, plany budowy ujęć wodnych i ekologicznych oczyszczalni, propozycje ochrony miejsc cennych ze względu na florę i faunę (poza BdPN) – wszystko to inicjatywy spóźnione. Nawet działania licznych animatorów życia kulturalnego i ekologów, uświadamiające narastające zagrożenia dla terenu Bieszczadów i Beskidów, mają niestety ograniczony i wątpliwy efekt. Zastanawiam się, licząc na zrozumienie turystów różnych pokoleń, nad apelem o większy szacunek dla przyrody i klimatu duchowego Bieszczadów. Nie wierzę w doraźne działania administracyjne. Niekonsekwentne działania w obronie kompleksu Puszczy Białowieskiej są przykładem przegrywania z racjami ekonomicznymi paru ludzi.

Może namówię redaktora miesięcznika „Bieszczady” na wizytę u nowego Ministra Ochrony Środowiska? Zetknąłem się już wcześniej z prof. Andrzejem Kraszewskim. To człowiek pasujący charakterem do bieszczadzkiego towarzystwa przy ognisku. Na pewno nie będzie to „urzędnik”. Może jego autorytet pomoże zaangażować kilku mądrych ludzi do opracowania spójnej koncepcji ratowania Bieszczadów oraz zachowania klimatu Beskidów. Koncepcji zgodnej z interesami naszymi (przyjezdni i turyści) oraz mieszkańców, mających przecież prawo do coraz lepszego standardu życia. Trudną sprawą jest odwoływanie się do poczucia odpowiedzialności turystów „współczesnego rytu”. Jak sądzicie, czy – mając nową, asfaltową nawierzchnię – zdejmą nogę z pedału gazu i dadzą szansę przechodzącemu jeżowi czy żmii?

A tak niedawno snuła się leniwa, popołudniowa pustka bieszczadzkiej drogi. Z rzadka zakłócał ją ryk ciężko toczącej się „Pragi” wyładowanej dłużycami. Z oddali buczenie pilarki do złudzenia przypominało rykowisko. Czasami grupka „dżemojadów”** chyżo przemykała, unikając kontaktów z dziwnymi typami biwakującymi na przydrożnych metrach i kłodach, nieharcerskim sposobem „odkażającymi” konserwę turystyczną.

Komunikacja w Bieszczadach i jej przemiana zasługują na porządne opracowanie naukowe. Ci, którzy pamiętają wielogodzinne oczekiwanie na kurs PKS z nadzieją, że kierowca nie zrobi selekcji turystów ze względu na „za duży plecak”*** lub wygląd, mogą z nostalgią opowiadać. Ech, stary jelcz, poczciwy „ogórek”. Niezapomniane chwile na zjeździe do Zagórza (droga była węższa), gdy kierowca ostentacyjnie się żegnał. Potem ryk hamowania silnikiem i wiara, że nie ma lodu na resztkach asfaltu. Podobne były wrażenia na serpentynach pod Wetliną. Co do pociągów i bieszczadzkich kolejek wąskotorowych, historie przejazdów zawsze obfitowały w ciekawe zdarzenia. Funkcjonowały dwa podstawowe kierunki podróży: „Express Ukraina” – (rany! 40 km na godzinę!) i „przeciwpałożny” kierunek, pociąg do „Łoga Łoga.” Tak to kiedyś Zagórz (stacja końcowa) kojarzył się ze stacyjką w australijskiej dziczy. Jednak prawdziwa podróż bieszczadzka to wąskotorówka mająca prawie stuletnią historię. Wiekowa lokomotywa, pamiętające dawne czasy wagony z daszkami**** – relikty dawnej epoki kolei.

Pięknego słonecznego poranka dwóch młodych turystów z wywieszonymi językami wpadło na stacyjkę w Majdanie koło Lisznej. Ubrani byli w wojskowe spodnie, buty i pasy. Jeden nosił czapkę strzelców alpejskich z symbolem szarotki. Mieli „panterki” z zawiniętymi rękawami, wojskowe plecaki z cielęcą skórą na klapach i przytroczone do pasów porządne noże i manierki. Styl budzący zaufanie. Kolejka gwizdnęła, sygnalizując odjazd. Pierwsze wagoniki towarowe były wypełnione dłużycami buka i jodły. Pnie dopięte łańcuchami piętrzyły się wysoko. Po nich z nonszalancją przechadzali się ogorzali od Słońca pracownicy transportu kolejowego, popularnie nazywani hamulcowymi*****. Dwa zabytkowe wagoniki osobowe (brakowało w nich jedynie portretów Cesarza Franza Jozefa) przyłączone na końcu towarowego składu były pełne młodych ludzi z plecakami i namiotami. Konserwa! Nawet bez szans jazdy „na winogrono”. A z wagoników takie śliczne dziewczyny wyglądały, taksując „bojowe” sylwetki spóźnialskich. Szybka decyzja – bieszczadzkie doświadczenie przybyłych procentowało. Wdrapali się na dłużyce ostatniego towarowego. Ostry gwizd hamulcowego: Ej, chopy! Zeskakujcie, kruca! Na dłużycach zakaz!! Negocjacje były krótkie. Po chwili, ku zazdrości stłoczonych turystów, przybysze rozsiedli się wygodnie w towarzystwie pracowników kolejki. Na bukowym klocu obok wbitego w drewno noża leżały pokrojone plasterki wędzonej słoniny. Butelka była zimna, nie zdążyła jeszcze się zagrzać, bo noc przeleżała w potoku płynącym obok studenckiej bazy. Grubościenna szklana banieczka rozpoczęła śniadanko. Panowie zaczęli licytację znajomości, wydarzeń, wymianę plotek. Ot, bieszczadzki klimat rozmów. I popłynęły opowieści. Przytoczę je w formie nieco przystępniejszej, bez ostrzejszych wyrażeń.

Gdzieś w połowie pierwszej flaszki wyniknął spór o to, kto został większym dowcipnisiem w wakacyjnym sezonie. Czy możliwe jest przebicie numeru pilarza „SZ” z Nadleśnictwa L.? Znany miejscowej społeczności dowcipniś-przechera cierpiał na brak gotówki, a chwilowo niechętnie wybierał się do lasu. Upalna końcówka lata wypędzała każdego normalnego człowieka na piwo do „Żyda”. Okazało się, że – nie otrzymawszy wsparcia finansowego od własnej baby (!) – postanowił zdobyć gotówkę małym nakładem sił, acz dość ryzykownie. Zrozpaczony gwizdnął owczarka z wypasu owiec na Caryńskiem. Ryzykował życiem. Wiadomo, górale swoje owczarki kochają. Niedługo potem stawiał w Dwerniku piwo kolegom z lasu i parku konnego. Górale zaszli po trzech dniach do knajpy. Z szacunkiem pozdrowili wszystkich: Pokwalony! Śtrasnie piknie prosiemy, coby nasego łowcarka, kiej kto pochyci, niech na bacówke da znać. Baca zaprasa serdecnie i na pewno się ugodzi ze znalazcą. Gorzałeckę postawi. Skłonili się, piwa nawet nie ruszyli i markotni poszli. Bez echa by to poszło, ale okazało się, że „Sz” wizytę gości przesiedział pod stołem! Bystre były chłopy w Nasicznem i Dwerniku. „Natasza”, kawał chłopa (świętej już pamięci), głośno zagaił: Hej, a grajcary to od baby dostałeś? W lesie nie robiłeś? „ Sz” wymykał się chyłkiem z knajpy.

- Czego, „krótki malutki”, się czepiasz? W obronie „Sz” stanął „Diabełek”. Oczy mu błyszczały w usmolonej czarnej twarzy (ekipa rano zeszła z wypału).

- Piniązki mo, bo som widziałem, jak turyście, co był wczoraj Fiatem przyjechał, skórę merynosa przedał! Ładna była! – w sali wszyscy zamilkli - No, ale „Sz” tylko byki mają! – skomentował „Natasza”. Odpowiedź cisnęła się na usta wszystkim trzeźwiejszym. „Sz” nie czekał na wnioski, zmykał zakosami w stronę Nasicznego. Zawsze to juhasi mogli wracać trasą koło „Żyda” i za duże ryzyko było, że zajdą powtórnie.

Opowieść przerwało rozpaczliwe wołanie od strony lokomotywki: Hamuluj! Hamuluj, bo wydupis!!! Opowiadający i jego koledzy rzucili się na przód wagoników. Nerwowo kręcąc korbami uruchamiającymi blokadę kół wagoników z drewnem, wyhamowywali skład. Zagadaliśmy się wszyscy, a górka była, no i mógł się nagle zrobić pociąg pośpieszny! Po paru minutach teren wyrównał się, hamulcowi powrócili do rozmowy.

- Eeee, dobry witz, ale nie taki, jak zrobił wozak z B. z nadleśnictwa w S.! Ten to bajtlok pirwsa klasa i, kruca, miastowe przerobił! A wszystko stało się przez rutynę w redakcjach ówczesnych gazet. Jak tylko pojawiał się młody kandydat na dziennikarza, to go w teren puszczali, żeby swoją czujność partyjną i wrażliwość społeczną, a także umiejętność wchodzenia w środowiska wykazał. A w sezonie ogórkowym normalne, że narybek dziennikarski jak nie do Puszczy Białowieskiej, to w Bieszczady wysyłali. Było trzeba pochwalić harcerzy z Akcji B-40, że drugą Polskę pięknie w wakacje budują, albo sprawdzić, czy żubry nie uciekły za granicę, do „kraju szczęśliwości powszechnej”.

No i padło na sierotę – przyjechać w Bieszczady, zrobić reportaż o ciężkiej pracy „lasowców”, tradycyjnie poruszyć kłopoty z zaopatrzeniem w gumofilce. I magnetofon dziewczyna niosła, sportową torbę „bez ramię” i buty na obcasie. A po burzy glina popłynęła. W Nadleśnictwie zlitował się adiunkt – żona w Warszawie była w delegacji, no to kalosze redaktorce pożyczył. Doniosły baby, potem dostał za swoje.

Latało dziewczę, zaczepiało chłopów i nijak sensacji nie znalazło. Że paliwa mało, że siekiery z trzonków zlatują, nie ma łańcuchów do pił, a po kliny do łupania szczap na Dolny Śląsk musieli leśnika wysłać – taki materiał nie wypromuje dziennikarza. Aż trafiła na awanturę w „Pod Pulpitem”. Kłócili się wozacy, zrywkarze. Duże pieniądze akurat brano, a o W. mówiono, że ma za dobre trasy i za dużo mu „metrów” liczy leśnik. Zwietrzyła dziennikarka materiał i zaatakowała chłopów. Solidarność bieszczadzka i ostrożność zadziałały. Zaczęli tłumaczyć, że nie ma problemu, a kolega: No ma więcej. No, bo mu chyba cosik pomaga. A tak naprawdę, to nie mogą głośno powiedzieć, bo będzie awantura w nadleśnictwie, tajemnica. Pociągnęli W. do rozmowy, żeby w największym zaufaniu powiedział, kto mu w zrywce pomaga. Ale żeby Pani Redaktor w nadleśnictwie nie gadała, bo będzie awantura, że dzikie zwierzęta się oswaja. I dalej w tym tonie.

W. niby z wysiłkiem przyznał, że mu niedźwiedź pomaga ładować drewno i dlatego tak dużo mu kursów wychodzi. Silne zwierzę, nie odpoczywa.

Taka gratka! Poleciała baba do nadleśnictwa, wbiła się do samego szefa. Zastrzegła, że prasa nie chce, żeby pracownik karę poniósł, ale taką historię nagłośnić trzeba. Dla ludzi ważne, że przyroda i człowiek w Bieszczadach zgodnie współpracują. I że potrzebuje oficjalnej zgody na rozmowę z pracownikiem. Nadleśniczy trochę zgłupiał. Przeprosił babę i zaczął konsultować z zastępcą.

- A może mu kolega nadleśniczy z L. jakiś numer wyciął? Wiadomo, że rywalizowali. - I jeszcze tamten element niepewny, bezpartyjny. Dopiero niedawno była draka z odchowanym dzikiem, co na piwo łaził ze swoim panem. Po artykule trzeba było odebrać zwierzę.

Odesłali dziennikarkę do adiunkta, żeby się sprawą zajął, pomógł. Ten ratował się kaloszami i zwalił problem zgodnie z hierarchią. Zadzwonił do leśniczego, u którego W. zrywał drewno. Leśniczy najszybciej połapał się w numerze. Zgodę na wywiad wyraził. Zastrzegł, że sprawy nie zna i znać nie chce. Wlał dużą wódkę w babę (bo ją ciśnienie nosiło), udostępnił telefon służbowy. Przez łącznicę do Rzeszowa już w godzinę się dodzwoniła. Redakcja nijak nie mogła się połapać, czy ją niedźwiedź napadł, czy ma materiał o kłusownictwie. Okazji do zrobienia kariery się nie wypuszcza, no i nakręciła znajomych z telewizji. Sezon wakacyjny, a tu taki numer! Przysłali wóz jak na teleturniej miast. Wpadła redaktor do W., widzi wozak, że nie przelewki. Nadleśnictwo Niemca udaje, trzeba wybrnąć z honorem. No to się starannie umówił na pokaz. Za potokiem, na placu zrywkowym, o siódmej rano. Od szosy sto metrów, niedaleko. Dojazd jest, bo nawet ciężkie wozy OTL-u podjeżdżają po dłużyce. Niedźwiedź będzie pracował, ale W. potrzebuje kasy teraz – na miód, w nagrodę dla misia.

TV zapłaciła. Jeszcze wieczorkiem chłopaki kasę w „Żydzie” przepili. Za za zdrowie TV Regionalnej i misia! Rano ekipa melduje się na miejscu. Dzionek śliczny. Konie stoją, wóz metrami buka po niebo załadowany. W. stoi, szluga pali.

- Gdzie niedźwiedź?!

- A przyszedł dzisiaj wcześniej. Załadował metry, wziął miód i wyp….ł w las. Musi, miał coś ważnego do załatwienia.

Taak. Trudny wybór! Postawili chłopaki „na niedżwiedzia”. Jeszcze „pół litry” zeszło za obietnicę, że póki ciuchcia chodzi, zawsze miejscówka na metrach będzie. No, a wy pamiętajcie, to ważne ostrzeżenie w Bieszczadach: Hamuluj! Hamuluj, bo wydupis.

* Mam gdzieś ulotkę. Oferta, jaką dostał właściciel bojkowskiej chyży siding PCV, w kolorach perłowym, szarym, niebieskim, miętowym.

** Tak nazywano pseudoharcerską formację HSPS. Strasznie uciążliwe było to towarzystwo.

*** Autobus zabierał mieszkańców, znanych z widzenia turystów z małymi plecakami. Nie, jeśli miałeś ochraniacze i buty w glinie! Przez wiele lat katem dla turystów był „Łysy” z trasy zatwarnickiej!

**** Stary skład kolejki bieszczadzkiej został sprzedany kolekcjonerowi ze Szwecji na polecenie Edwarda Gierka. W „Trybunie Ludu” ukazała się informacja, że Bieszczady dostaną wspaniałą „spalinówkę”.

***** Na przedzie towarowych wagoników znajdował się ręczny hamulec wspomagający lokomotywę na zjazdach. Inaczej składzik zamienił by się w ekspres.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011