Bieszczadzcy malkontenci

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 6/2010.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz Autora.

Na łuku Sanu, za Sękowcem, długie lata funkcjonowała baza studencka. Szefowa bazy cieszyła się poważaniem wśród organizatorów turystyki i szacunkiem rzesz turystów. Szczupła, niewysoka, w butach kroju oficerek, spokojnym spojrzeniem taksowała gości. Wielu moich kolegów podkochiwało się w niej, na zabój! U Aśki* panował ordnung jak w armii pruskiej. Porządek w życiu bazy – rozdzielone obowiązki, ściśle przestrzegany regulamin dla przebywających turystów, sama baza prowadzona z przestrzeganiem zasad ekologii. Nawet rozlanie alkoholu przy wieczornym ognisku mogło być zakwalifikowane jako naruszenie równowagi ekologicznej, toteż uważaliśmy bardzo. Przebywanie w tej bazie na trochę innych zasadach niż „turystyczna stonka” i początkujący turyści było marzeniem wielu. Zyskanie statusu „rezydenta” (po latach wizyt i prac na rzecz bazy) było zaszczytem i dawało, oprócz szacunku znajomych, rzeczywiste profity. Jeszcze tylko w Chatce na Wetlińskiej (u Uli i Józka) i Przysłupie Caryńskim, tak ważna była turystyczna hierarchia.

Upalnym popołudniem po trudnym dniu, w którym przewaliło się kilka zorganizowanych grup, a wojskowe hangary zajęte na nockę pękały w szwach, szefowa bazy stanęła przed namiotem i z namysłem wpatrywała się w pobliski skraj polany. Trzymanym w ręce nahajem wskazała kierunek – Tam! Dół. Gdzieś dwa metry głęboki, szeroki z metr… półtora? Na jedno „oczko” kiblowe. Pomoże ci Pan Mietek. Koniec komunikatu. Przyjąłem prośbę bez radości. Wyrąbanie w bieszczadzkiej glebie takiego dołu, nawet dobrymi kilofami było wredną robotą, toteż późnym wieczorkiem siedziałem na głazie i z ulgą moczyłem stopy w Sanie. Kilkanaście metrów powyżej wpływał potoczek, chłodna woda była jak balsam. Jakiś turysta zlazł wąską ścieżynką i rozłożył się obok. Odbiegał wyglądem od ogorzałych bazowiczów. Nieopalony, włosy uczesane na boczek. Odprasowana jasna koszula wpuszczona w czyste spodnie. Te prawie w kant zaprasowane! Buty równiutko ustawił na kamiennym garbie. Świeżutko wypastowane, nie do końca „turystyczne”. Zawinął pedantycznie do kolan spodnie i usiadł na rozłożonym ręczniku. Tej? – zagaił. Są tutaj ryby? Przytaknąłem. – Na muszkę łowicie? Akcent miał dziwny, trochę skaczący. – „Tej”? U nas na ryby w Sanie chodzi się z młotem! – wyjaśniłem mu, przeciągając się leniwie. Oczy turysty zrobiły się okrągłe, głos skoczył o oktawę wyżej. – Jakim młotem?! O czym ty, wuja, mówisz?

No, proste. Bierzemy młot „pięciokilówkę”, taki do rozbijania klinami wałkówna szczapy w lesie. Idziesz rzeką, sak na ryby przerzucony przez ramię… Walisz po głazach. Potem łapą sięgasz w dziury i wyjmujesz ogłuszone pstrągi… – Gość aż podskoczył. – Co ty? Wuja! To kłusownictwo! U nas poszedłbyś do ancla, za takie rzeczy! Już wiedziałem. Turysta przybył z Poznańskiego. Ten akcent i strój wieczorowy utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Oburzony, nieufnie spoglądał na mnie. Szybko wypłechtał szkity** i ruszył po skarpie w stronę hangarów. Następnego dnia miałem kłopot z palnikiem benzynowym. Najpierw Juwel „wystrzelił” płomieniem (zadziałał zawór bezpieczeństwa) i osmalił mi rękę. Przestała funkcjonować dysza. Od dziewczyn pożyczyłem igłę i próbowałem oczyścić kanalik. „Pyrlandczyk” stanął nade mną, zerkając na próby naprawy sprzętu.

Tej, musisz zamknąć tym dynksem. Uważaj, tam taki mały „ajzol” – tego igłą nie uszkodź! Doradził. – Dynks? – zapytałem. Pokazał palcem regulację przepustnicy. Ajzolem okazał się drobny element w palniku. Wieczorkiem, przy ognisku zapytałem: Słuchaj, czym się różni „dynks” od „ajzola”?

Nooo, ajzol to taki mały dynks! – Aha. Pokiwałem głową ze zrozumieniem. – A dynks? Spojrzał jak na idiotę – To większy ajzol!

Parę dni później w słoneczne popołudnie wygrzewaliśmy się na brzegu Sanu. Upał pozbawiał chęci do rozmowy. Parująca woda tworzyła drgającą mgiełkę. W górze rzeki pojawiła się postać (kawał chłopa!) idącą środkiem nurtu wody. Dźwigał porządny plecak, duży parasol niósł rozpięty nad głową. Ubrany w długie spodnie i koszulę w kratę, przy pasie manierka. Po pierwszym zdumieniu Funia wykrzyknęła z radością Król Maciuś! Znany mi był ten wędrowiec z opowiadań przy ogniskach. Świetny turysta o dużej wiedzy, powszechnie lubiany. Wydaje mi się, że wówczas kończył weterynarię na SGGW w Warszawie. Znaczy się „nieludzki doktor”. Gość pokonał główny nurt Sanu, zmoczony do pasa zbliżył się do wylegującej się grupy. Niezwykle szarmancko przywitał „babskie” szefostwo bazy. Wymienił pozdrowienia i parę ploteczek. Z plecaka wyciągnął książki, podał Funi z prośbą o przechowanie do swojego powrotu z trasy. Uśmiechnął się promiennie. – Gorąco dzisiaj... Za dwie-trzy godziny będzie porządna burza – stwierdził. Ruszył w kierunku głównego koryta, rozpinając parasol. Zupełny surrealizm, południowy miraż. Jak płanetnik*** z ludowych legend!

To, co w Bieszczadach potrafi zauroczyć i oszołomić początkującego turystę, to właśnie spotkania z ludźmi. Niepowtarzalne osobowości, które niedopasowaniem się i nieuznawaniem norm przyjętych jako „właściwe i obowiązujące” szokują mieszczucha, jednocześnie tworzą klimat, jaki można znaleźć w filmach Jerzego Janickiego czy dokumentach Andrzeja Potockiego. Klasyczny przedstawiciel homo urbanus z zachwytem chłonie ten inny świat. Spotkania przydarzające się nam w górskich wędrówkach zostają często w pamięci na długie lata.

Historyjki, jakich zdarzyło się wysłuchać na nocnych imprezach w schroniskach i bacówkach czy podczas przygodnych spotkań w bieszczadzkich knajpach – mogłyby stać się kanwą scenariusza niezłego filmu. Zdarzyło się, że zatęskniłem do klimatu schroniska studenckiego X. Byłem wcześniej kilkakrotnie uczestnikiem takich roziskrzonych anegdotami i historyjkami spotkań goprowców, bieszczadników i gości bacówki. Polazłem drogą biegnącą przez środek malowniczej doliny, przecinaną kilkakrotnie wartki potok. Nos mnie nie zawiódł, kierownik – właściwie jego „oficjalna baba”, znaleźli trochę miejsca w lodóweczce. Zaoszczędzało się zdrowia, nie trzeba było biegać po schłodzone napoje do ujęcia wody. Towarzystwo trafiło się zacne. Ujrzałem z radością dawno niewidzianego kolegę, leśnika. Wprawdzie jeszcze nie wszyscy się znali, ale na „bieszczadzki węch” szefa wieczór (okazało się, że trzy doby się nie rozeszliśmy!) zapowiadał się „ganc dupnie”. Czyli – dobrze! Trzeba jeszcze było okazję do imprezki wymyślić. I była – 22 Lipca! Święto Państwa Ludowego. Naszego, socjalistycznego. Wprawdzie państwo gospodarczo kulało (co wszyscy odczuwaliśmy boleśnie), ale oficjalne obchody bywały huczne. I trzeba było zachować czujność, bo oddelegowany w Bieszczady esbek lub nasz rodzimy wopista-służbista, mogli rozproszyć miłą atmosferę spotkania. Po „obwąchaniu się” towarzystwa lody pękły i gitarowe popisy studenckiej grupki stworzyły atmosferkę. W trakcie rozmowy zdziwienie naszego grona było okrutne, kiedy „oficjalna ostatnia żona” kierownika stwierdziła, że jest z zawodu górnikiem. Była sztygarem! Wprawdzie górnikiem „miedziowym”, ale zawsze to baba-górnik! Zostawiła zawód w cholerę, bo się wkurzyła na socjalizm. I tak, mając za oknami łączkę, a w perspektywie piękną dolinę w promieniach zachodzącego Słońca, usłyszeliśmy opowieść Pani Sztygar.

Zbliżał się 22 Lipca – święto państwa ludowego. Wiadomo, że każdy z funkcyjnych towarzyszy musiał jakiś cyrk w terenie odwalić, żeby radość z rocznicy i poparcie klasy robotniczej dla słusznej opcji politycznej po linii partyjnej okazać. Akurat to w Warszawie wymyślono sukces w górnictwie miedziowym. Nowy pokład rudy miedzi niedawno odkryto. Towar strategiczny. „My są światową potęgą w miedzi. A jeszcze lepiej być może! Właśnie na 22 Lipca nam się darzy szczęśliwy zbieg okoliczności!” Sztygar cytowała hasła z pamięci. „I, Towarzysze, społeczeństwo otrzyma w prezencie nowy sukces, świadectwo potęgi naszej gospodarki!”

Tyle, że szyb, który był w miejscu zaplanowanym na sukces, jeszcze nie był wydobywczym. Bo się nie dało przyspieszyć drążenia na partyjne polecenie. Ale święto, chociaż świeckie, rzecz święta. I Biuro Polityczne, społeczeństwo i I Sekretarz Partii mają mieć – nową miedź! No to zlikwidowano pracującą konstrukcję wiertniczą szybu. Ściągnięto wagoniki z rudą miedzi z kopalni już funkcjonującej. Postawiono wieżę wydobywczą, wagoniki opuszczono. Tory były i wyjazd wagoników z rudą po szynach na miejsce zbiórki oficjeli był możliwy. Święto było, pogoda dopisała. Orkiestra – tusz! Wagoniki wyjechali ze zgrzytem i dla kamer TVP biegali koło nich umorusani górnicy. Dziennik TVP całej Polsce sukces ogłosił i pochwalił wysiłek górników, którzy na święto tak się sprężyli. No, jeszcze awanse, gratulacje, odznaczenia. Uściski dłoni I Sekretarza, nagrody. – A czemuś baba się zezłościła?Wiecie, ile kosztował demontaż? A i ustawienie z powrotem nowej konstrukcji wieży, powrót do drążenia szybu? Cholera, dopiero na listopad udało się dobrać i zrobić wydobycie pierwszej rudy z pokładu!

– Pech, bo przecież listopadowego święta się nie obchodzi – skomentował ze śmiechem leśnik. Jak oni rozliczyli koszty tej operacji? Z premii za wcześniejsze wydobycie? – Wypiliśmy za polską miedź uczciwe dwie kolejki.

Panowie! Lata robię w cemencie. W znanej „wsiem” cementowni Y. – Zagaił atletyczny turysta. Wiecie, jak się przygotowuje piec do wypalania cementu? – zapytał retorycznie – To potężna rzecz, produkcja spieku klinkieru. Walcowate konstrukcje pieców, górujące nad zakładem i okolicą, zwracają uwagę każdego przejeżdżającego obok cementowni. – Pokiwaliśmy ze zrozumieniem głowami. Z szacunkiem wypiliśmy za polski cement.

No i jeszcze widok ginących, zduszonych pyłem lasów wokół zwraca uwagę. Ciekawe, dlaczego takie zakłady zawsze budowane są w ładnych krajobrazowo miejscach? – parsknął ze złością leśnik. Turysta kontynuował – Żeby piec funkcjonował, potrzebne jest wyłożenie wewnątrz specjalną glinką, która po wyschnięciu i wypaleniu zyskuje cechy wytrzymałości na wysokie temperatury. I twardość. Bardzo odpowiedzialna robota, kosztowana. Były w kraju dwie ekipy, które robiły te prace. No i po szumnych zapowiedziach w TV, że Polska potrzebuje cementu, „bo się rozwija jak żadne państwo ościenne. Na nowe fabryki, chłopom na tuczarnie i obory, a budowniczym na domy. Żeby w Polsce każda rodzina miała mieszkanie, własne.” Cel był, polecenia wydano i nowe piece miały wzmocnić siłę produkcyjną cementowni w mieście Y. No i robiono, co można, ale opóźnienie z góry było zakładane. Nasze realia gospodarki socjalistycznej. A to transport, a to ekipa fachowców nawaliła, w dokumentach braki… Zaczęli w końcu wylepiać – i wszyscy w zakładzie odetchnęli. Nagle informacja, że Warszawa uroczyście odbierze pierwszy cement z nowych pieców w obecności I Sekretarza, oficjeli partyjnych, radia, telewizji – 22 Lipca! Okazało się, że wcześniej nadgorliwy sekretarz PZPR w cementowni wysłał „hołd” do władz, iż „załoga, rozumiejąc potrzeby społeczeństwa, dołoży wszelkich starańI na święto Ojczyzny Ludowej 22 lipca – zdąży.” Panika się zrobiła jak pod Stalingradem. Parę zawałów serca, kilku dyrektorów przypomniało sobie o należnych emeryturach. Nie było możliwości, żeby „wykładzina” w piecach nadawała się do uruchomienia produkcji. Klops. Młoda gierkowska kadra zakładu stanęła na wysokości zadania. Samochody cementowni ruszyły w teren. Chłopom w okolicznych wioseczkach udało się sprzedać nawet zeszłoroczne siano. Zapakowali aktywiści siano do pieców… Feta na 22 Lipca była okazała! Ordery i gratulacje. Zachwyty i duma z czynu klasy robotniczej. A piece dymiły, aż miło! Po widnokrąg zasnuło dymami!

– Skuliśmy potem wykładzinę pieców. Trzeba było od nowa wylepić. Koszty jak cholera. A trzeba było produkcję nadgonić, bo przecież wcześniej „moce” produkcyjne mieliśmy!

Ambicja nie pozwalała leśnikowi i szefowi schroniska tak łatwo oddać pola. Bieszczady nie mogły być gorsze. W końcu dawna głupawka sięgała w najdalsze zakątki kraju. Kolejka obeszła wokół towarzyskiego kręgu. „Oficjalna małżonka kierownika” wyłożyła marynowane rydzyki na talerz. Nasz głośny aplauz przestraszył wilczura i Łełyk**** z warknięciem poderwał się, spoglądając na rozkoszne już towarzystwo. Nową historię zaczął kierownik bacówki. – Siedziałem sobie spokojnie, siodło przetarłem, popręg reperować zacząłem, bo baba (podbródkiem wskazał na żonkę) miała wrócić i pojeździć na klaczy. Popołudnie było leniwe, „stonka” jakoś nie przylazła. Tylko student „Krasnal” z góralikiem Franusiem z wypasu sączyli gorzałeczkę. Nagle słyszymy łomot. Ciągnik – osinobus? Może DeT się ciągnie? Ale po cholerę tędy? Jak widzicie, droga doliną potoku kilometry biegnie. Jeszcze KBW robiło utwardzenie. No? – zwrócił się do współbiesiadników – jak skończymy, to przed następną flaszką wyjdziemy w stronę „patelni”, gdzie parkujecie i spojrzymyPo zachodzie Słońca iście zaczarowane miejsce. – Wypił i kontynuował – No i jakieś głosy, silnik wali. Ale, kruca, nie bliżej chałupy. No to z Franusiem – juhasem – żeśmy przeskoczyli przez grzbiecik i gapimy się. Stoi nyska z gliniarzami, grat UAZ z WOP-u. A z przodka uwijają się raboczije, z terkoczącego „piekiełka” asfalt wypuszczają na żwirówkę. Jezusiczku! No to będę miał asfalt. Rany, w zimie mnie odśnieżą!” Mówię wam chłopy, że mnie jakaś radość i miłość wzięła do naszej Ludowej Ojczyzny i ryknąłem „Hej, młoty, do roboty! Niebieskie ptaki, do paki!” Juhas deczko oczy wybałuszył i mi gada „cosik sakramencko durno robią. Locegoz psiakrwie, na brzyzku, łod środka leją?” Faktycznie! Albo powinni od schroniska zacząć, albo od krzyżówki z szosą. Podeszliśmy, po bożemu witamy, a ekipa rabotajuszczych – „niemce”! Jeszcze glina gada „proszę odejść, proszę opuścić teren”. Myślę, porębało ich? Do wopisty mówię: co ma być? U siebie jestem! A ten – „idź do chałupy – nie interesuj się!” Franuś był po gorzałce, już ten swój kłabuk z muszelkami ściągnął z głowy, ale go odciągnąłem od pewnej draki.

Na drugi dzień polecieliśmy i gapimy się na drogę. No, jest piękny czarny, równiutki asfalt! Z 10-15 meter. Kombinuję sobie, może jakaś próbka? Nowa socjalistyczna mieszanka, co pierwszy raz bieszczadzką zimę przetrzyma? Dlatego taka tajna ta próbka, i na odludziu! Żeby imperialiści nie podkradli technologii?

Baba przyjechała. Opieprzyła, że jej kacapały gadam, a tu roboty huk, bo trza skosić na sianko dla klaczy i turyści się ruszyli. Na bazie ludzi ful. Zapomniałem o historii, a tu za jakiś tydzień z rana kruca, obcy SB-cy. „Panie Kierowniku, dowody osobiste wszystkich w schronisku, poprosimy. Książkę meldunkową, też. Proszę uprzedzić, żeby nikt nie wychodził w góry. Dopóki nie zawiadomimy, że można”. I pytlują coś przez te cegły-radiotelefony.

– Panowie! Zagajam rozmowę. Herbatka? Kawa? Coś się dzieje? – „No, nic, co Pana dotyczy.” Przyduszam gada i w końcu mówi „będzie bardzo ważna wizyta. Zabezpieczamy teren”. A ja mogę zobaczyć, co za gość? W końcu się zgodzili, że właściwie jeśli nie wyjdę z terenu schroniska, to razem zerkniemy. – Napięcie dawkowane było artystycznie. Zagryźliśmy kolejeczkę grzybkiem i kawałkamiTurystycznej”.

– No i, chłopy, w końcu przyszedł „meldung” na krótkofalówki. Z jednym gadem weszliśmy na skarpę. Rany, na drodze kolumna wozów! Jakie bryki! Obstawa w ancugach i lustrzanych mesztach*****. Jeszcze, kurczę blade, nie „chytam” sytuacji. Czoło kolumny minęło asfaltowy pas, na asfalcie stanął tylko jeden. Z wozu wysiadł Gość. Patrzę i nie wierzę oczom. Odległość spora, ale te włosy na jeża to wszędzie poznam! No i chłop też spory! Stoi koło samochodu, wokół ochrona jak rodzina Lota, bez ruchu. Parę minut i wlazł do samochodu. Kolumna samochodów podjechała do „patelni” na końcu drogi, zrobili kółko i gaz z powrotem! Tylko chmura pyłu stała nad doliną. Esbek w garniturku wzruszony do mnie „Towarzysz Edward Gierek chciał zobaczyć to piękne miejsce! Towarzysze myśliwi „na Biurze Politycznym” pewnie mu opowiadali. No, to możecie się pochwalić, że was taki zaszczyt spotkał! Takie „zaszczyty” Polacy mieli zamiast zaopatrzenia w sklepach. Ryczeliśmy wszyscy z radości. – To już wiecie, po co asfaltowy chodniczek zrobili! Ale zimy nie przetrzymał. Jednak jakościowo była to nasza Polska Norma Branżowa. – zakończył opowieść szef bacówki.

Teraz ja wam opowiem! – leśnik odsunął talerz i szkiełko, wygodnie oparł się łokciami na stole. Posłuchajcie. Zarządzili alarm w nadleśnictwie. Leśniczowie, podleśniczowie, kadra dyrekcji nadleśnictwa – wszyscy na spotkanie z nadleśniczym. Przy drzwiach zamkniętych. Już myślałem, że albo jakaś gruba afera z drewnem, albo zdejmują szefostwo całe. Tymczasem dostaliśmy polecenia służbowe, z zakazem komentowania. Dyskrecja! A robotnikom tylko wydać polecenia. Ci, co osadę i leśniczówki od drogi mają, od obwodnicy – zrobić porządek. Żadnych maszyn, srających koni na szosie. Pracownicy, poza wyznaczonymi do zadań – na szkolenie BHP. Leśnicy do lasu w mundurach wyjściowych. Nadleśniczy terenowy odpowiada za wszystko. – „Ki diabeł?” – Przyznam, zastanawiałem się cały wieczór nad tą sprawą. – Pokazano nam na mapie, gdzie mamy zabrać pilarzy. Samych, bez pomocników, wozaków. Jak jakieś pytania, to leci im dniówka. A wszyscy mają piły dobrze przygotować. Leśnicy olej i paliwo zabezpieczyć. Wyszło, że o umówionej godzinie z pracownikami, w mundurze stanąłem za potokiem, za pierwszą linią drzew wzdłuż szosy. Trzech pilarzy rozstawiłem co 50 metrów. Rozglądam się. Widzę kolegów, też z „taką robotą”. Cholera! Na kilometry po krawędziach oddziałów, wzdłuż drogi – kupa ludzi ze sprzętem. Przyjechało szefostwo – „Panowie! Ostatnia instrukcja, zaraz sprawdzić, zapalić pilarki. Zgasić i czekać. Jak od obwodnicy pojawi się samochód i zobaczycie, że machają chustką – ZAPALAĆ! I gazować piły jak cholera! Z lasu nie wyłazić!”

No i czekaliśmy. W końcu od lewej słyszę narastający ryk. Widzę – rządowa bryka, goście sztywni w garniachach. Łapa z okna, chustką macha. Podnoszę rękę i zapalać! Gazu! Mój ulubiony pilarz, ze Żłobka, porządny i niegłupi człek. Ale wkurzony był jak norka. „Leśnik? Co jest, poj…o kogoś?!” A ja na to, że ma dniówkę i niech nie dyskutuje! Przerwał na chwilę. Polaliśmy kolejkę, bo widać, że jeszcze raz tę historię przeżywał. – No i patrzymy – kawalkada! Rządówka. Bryczki nawet wolno jadą. Obok jednej jeszcze obstawa na motocyklach, okno uchylone. Łeb jakiś znajomy, na jeża. Przejechali. W końcu leci nasz wóz z nadleśnictwa – „zbierać się! Koniec!” Jak spojrzałem na szosę, to cała armia z lasu wylazła. No, było minęło! – Przepiłem do leśnika – Dobra, niezły cyrk. Ale kto to był? I po cholerę wszystko?

– Towarzysz I Sekretarz PZPR podobno chciał zobaczyć, jak idzie praca w Bieszczadach, „w pozysku cennego surowca”. Podobno zaniepokoiły go informacje o braku papieru na rynku. No i osobiście sprawdzał , czy pracujemy!

Tak to, malkontencko w tematach, ale przyjemnie towarzysko pierwszy wieczór na schronisku upłynął.

Lata mijają, zmienia się nasze otoczenie, warunki życia. Ale niepowtarzalność atmosfery bieszczadzkich spotkań została niezmienna. Oczywiście, trzeba jeszcze mieć oko, żeby wyczuć, od kogo rozpocząć kolejkę.

 

 


 

* Baza „Na Sękowcu” zawdzięczała swoją wysoką ocenę wśród turystów kierowniczce – Aśce. Za jej plecami mawiano „Baza u Chudej”.

** Nie ręczę, ale wydaje mi się, że znaczyło to w grupie poznańskich studentów tyle, co „umycie nóg”.

*** Płanetnik ukazuje się tylko porządnym turystom. Ostrzega przed załamaniem pogody!

**** Łełyk to po rusińsku nietoperz. Piękny i czujny wilczur był.

***** Z gwary Lwowskiej – „w garniturach i pantoflach”.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011