Paskudna pogoda

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał sie w magazynie Bieszczady, nr 7/2010.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz Autora.

Paskudna pogoda nam się trafiła... Osłupiały mieszczuch wpatruje się w ekran TV i z trudem dociera do niego skala klęski żywiołowej. Zalane lasy i wioseczki przestają być dla niego tylko reportażem, kiedy fala wody dociera do korony wałów przeciwpowodziowych w miastach. W mediach nerwowe tłumaczenia setki urzędników, którzy zobowiązali się do wykonania i nadzorowania prac mających poprawić stan bezpieczeństwa obywateli. Okazuje się, że nie umieli obronić swoich zawodowych racji, zabezpieczyć środków finansowych przed oszczędnościowymi poleceniami "z góry". Brak przejawów jakiegokolwiek rozumnego działania wykazywali urzędnicy "architektury", zezwalając stawiać domy i zakłady na terenach o niestabilnych warunkach geologicznych czy zagrożonych powodzią. Nie zajrzeli do archiwów, nie czuli się w obowiązku poznać historii miasteczek, wiosek czy osad, podległych administracyjnie im terenów. W Internecie jest dużo informacji historycznych (dzięki "Towarzystwom Przyjaciół Miasta X", społecznikom, amatorom historykom), dotyczących klęsk żywiołowych na przestrzeni ostatnich stu lat.

Leżące w bibliotekach i miejskich archiwach stare dokumenty często zaczynają się od słów (...) Anno Domini ... woda wielka przyszła (...) i głód był powszechny lat trzy (...) Imć X przedał lasy na pniu żydowinom, kupcom ze Szląska i krajów niemieckich, przez co w roku X woda wielka zmyła zbocza, grzebiąc dwór, obory i gorzelnię. Tedy klucz folwarków dla podniesienia ekspensu żywym groszu potrzebował. A kiedy Tatarzy przyszli, przez brak lasu wszystkich w jasyr wzięli... To tylko trochę jest żart. Pamiętajmy, że pogodowe anomalia zdarzały się i pradziadowie nasi wnioski praktyczne wyciągali. Braki w obecnym wykształceniu urzędników i nierozumienie wagi wykonywanej przez nich pracy skutkują tragedią setek tysięcy ludzi! Przez najbliższe lata będzie się odbijać gospodarczą czkawką obecna powodziowa klęska. Dawni osadnicy holenderscy (prawdziwi zawodowcy w ujarzmianiu nowych terenów), wybierając żyzne rzeczne doliny, uwzględniali w swoim budownictwie zagrożenia powodzią. Kanały i rowy melioracyjne, śluzy, zastawy były normą. Porządne mury, fundamenty, łączenie drewna z innymi materiałami (m.in. dla odciążenia górnych partii budynków) wyróżniały ich wioski. Przeczytałem, że zachowały się po Holendrach budynki z konstrukcją umożliwiającą przepływ wody, bez zalewania ważnych dla gospodarczego funkcjonowania części budynków. No, a my radośnie poszliśmy w ścianki gipsowe i siding! Przyszła woda i po nowoczesności.

Mogę pozwolić sobie na złośliwostki, bo swojego czasu kupiłem parę hektarów ziemi na Warmii. Niedaleko dwa jeziora, do Grunwaldu kilkanaście kilometrów. Obok parceli wspaniały neoklasycystyczny pałac, odrestaurowany obecnie "na cudo". Między polami ocalały drogi transportowe dawnego majątku. Bruk w polu! W całym widocznym układzie dawnej osady, zabudowań gospodarczych, przysłowiowy niemiecki ordnung. Ale zalanie powodziowe tej ziemi (choć jezioro Mielno spore, jezioro Gąsiorowskie przy "majątku"), nie jest możliwe! I samosiejki na moich hektarach wyrastają spokojnie. Wybrałem miejsce nieprzypadkowo. Dlaczego o tym napomykam? Bo mnie cholera jasna bierze, że na co dzień: w Warszawie, w górach przy ogniskach, na szlakach turystycznych, w schroniskach górskich spotykam tylu mądrych, wykształconych ludzi, a nie odnajduję ich poziomu w gremiach polityków, w mediach, wśród gospodarczych decydentów. Dyskutujemy często w naszych bieszczadzkich gronach o historii. Mamy wiedzę i pamięć historyczną terenów, skąd pochodzimy. Przecież powojenne migracje ludności – osadnictwo na ziemiach zachodnich, północnych, w Bieszczadach – nie przejęło dzikich terenów! Z czasem integracja "tutejszych" z przybyszami stała się faktem. Ale coś ważnego nam uciekło... Weźmy dla przykładu Śląsk. Przykre jest, że na tym terenie nie wyciągnięto wniosków z doświadczeń byłych mieszkańców. Zalało tereny dawno w dokumentach określone jako "zalewowe" (vide: Wrocław). I nie wykonano inwestycji hydrologicznych mogących ograniczyć straty. Nawet wałów porządnych nie usypano! Na Żuławach wiślanych realny socjalizm zlekceważył odziedziczoną po wrogach sieć melioracyjną. A odnowiona Rzeczpospolita miała ważniejsze problemy niż konserwacja. Czy uczymy się faktycznie na kolejnych błędach?

No, dobra. Pewien żabojad (pewnie ściągnął od rzymian) wygłosił sentencję: Post nubila, Phoebus!* I tak komunikaty w mediach zaczęto od stwierdzeń: analizy będą później – bowiem ...nie czas na oskarżenia! Musimy teraz solidarnie walczyć z klęską! Dalej, już na wesoło – w TV znaleziono winnych katastrofy! Oczywiście, poza ekologami, (którzy, jak wiecie, od lat opóźniają rozwój gospodarczy kraju). Jest jeszcze BÓBR. Castor fiber! Szkodnik i dywersant! Wydano zgodę na odstrzał szkodnika i zalecenie myśliwym z PZŁ (i to w okresie, kiedy jeszcze młode nie są samodzielne). Może fala krytyki bobra szkodnika przyjęłaby się szeroko w mediach, gdyby nie wpadki w reportażach typu (...) właśnie, proszę Państwa, wykryliśmy w skarpie wału przeciwpowodziowego otwory.I pokazano wejścia do małych norek! – Tutaj mieszkają bobry i nornice osłabiające wały. A ja widzę, jak jaskółki brzegówki wylatują ze skarpy! Można jeszcze przyczepić się do myśliwych – zachowują się aspołecznie! Odmówili strzelania do bobrów. O nornicach nie wypowiedzieli się oficjalnie. Mało tego, jakiś Prezes Koła Łowieckiego stwierdził, że (...) restytucja bobra była potrzebna. Działalność bobrów odnowiła miejsca lęgowe wielu ptaków, przywróciła środowisko uszkodzone przez inwestycje drogowe, budowlane, kopalniane – podniósł się poziom wód gruntowych – bóbr skarbem! Przerwali mu redaktorzy, bo mogły przypomnieć się widzom programy z informacjami typu: Polska stepowieje! Mamy mało wody w kraju, wszędzie objawy globalnego ocieplenia". A tu i zima mroźna była, i powódź stulecia! TV i radio muszą być ostrożne. Jakieś niekontrolowane skojarzenia widzów i słuchaczy mogą zaefektować** osłabieniem zaufania do mediów! Dodatkowo jakiś frustrat mógłby odważyć się zapytać, dlaczego pieniądze przeznaczone w budżecie państwa na prace melioracyjne, zabezpieczenia wałów przeciwpowodziowych i budowę zbiorników – nie docierały. Kto cofnął fundusze? Za co przez lata płacono pensje urzędniczej szarańczy w różnych komitetach? Brrr, i redaktor leci z pracy. W Przygodach dobrego wojaka Szwejka jest tekst: (...) melduję posłusznie, że sam zauważam u siebie oznaki idiotyzmu, osobliwie ku wieczorowi! Dedykuję ten fragment dziennikarzowi robiącemu materiał o nornicach sabotażystkach.

A na naszym górskim podwórku (pardon, tutaj mawia się "majdan" albo "na polu") efekty lekceważenia specyfiki ukształtowania terenu oraz braku analiz cech potoków i rzek widzimy częściej niż reszta kraju widzi powodzie stulecia. Parę lat temu objeżdżałem zdemolowany teren wzdłuż brzegów Jeziora Solińskiego. Lokalne opady zmieniły potoki w rwące rzeki. Małe, zlekceważone przez budowlańców cieki wodne wyrwały drzewa, podmywały skarpy, domy, drogi. Ładny widok z okna czy tarasu gdzieś nad Sanem, Osławicą, Soliną, Jasiołką czy Wisłokiem (właściwie każdym potokiem) może mieć wysoką cenę. Na terenie Bieszczadów i Beskidu Niskiego osuwiska zboczy są groźne dla budownictwa. Góry "pracują". Wierzchnia warstwa gleby nie zawsze jest mocno związana z podłożem. Długotrwały opad powoduje, że warstwa podskórnej wody odspaja ziemię wraz z darnią i tworzą się osuwiska. Zmyślny człek, planując zamieszkanie, wcześniej spojrzałby na zbocza urwisk, szlaki leśne, obejrzał mapy geodezyjne – zorientował się w zagrożeniach. Pamiętajcie! Jeśli zdecydujecie się kiedyś na spędzenie emerytury i wybudowanie domu w jakimś zakątku Beskidu lub Bieszczadów w miejscu z widokiem na dolinę, na krawędzi górskiego lasu czy grzbiecie skarpy nadrzecznej – to rozejrzyjcie się i pomyślcie dwa razy! Zastanówcie się: dlaczego Łemkowie, Bojkowie, górale skupili chałupy gdzie indziej i na tym ślicznym pasującym nam pagóreczku nawet świątyni nie postawili? Może ocenili, że skałka za krucha? Może pioruny często biją, bo ruda metalu siedzi w skale? Przyczyny bywają prozaiczne, ale wynikają z wiekowego doświadczenia. Nie ufajcie do końca architektom. To często "rzemieślnicy" bez wiedzy o terenie i jego tradycyjnym budownictwie. Zresztą, od lat podziwiacie szpecące góry gargamele i możecie na ich podstawie wyrobić sobie opinię.

Ci z turystycznego koleżeństwa, którym w Bieszczadach trafił się pobyt w deszczowy sezon – znają uroki wędrówek, kiedy po dwóch tygodniach deszczu znany od lat szlak stawał się torem przeszkód. Sygnałem ostrzegawczym dla wędrowców była brązowobrunatna woda w Sanie i dopływach. Widoczne w rzece skalne progi i grzbiety znikają. Na powierzchni tworzą się grzywiaste fale. Rzekę słychać z daleka. Nurt niesie wyrwane drzewa i krzewy, przy przechodzeniu mostów czujemy drgania pod stopami. O sile pędzącego Sanu mogą opowiedzieć mieszkańcy Przemyśla i okolic, ta rzeka zaszaleć potrafi. Jak niebezpieczna staje się wezbrana woda wiedzą ci turyści, którzy po ulewnych deszczach zaryzykowali przeprawę w bród. Szybki, niegłęboki potok Głuchy (przed połączeniem z Czarnym) za Polaną o mało mnie nie utopił. Przeprawa była bardziej dla szpanu niż z rzeczywistej potrzeby skrócenia trasy wędrówki. Przechodziłem wzburzony nurt jako pierwszy z grupy, wspierałem się na niezłej leszczynowej pałce. Gruchnęły w moje nogi toczone kamienie. Utrata równowagi... plecak odpiąłem, leżąc już w wodzie zalewającej mi nos. Krzyki osób na brzegu towarzyszyły niekontrolowanemu spływowi. Wylazłem poobijany i oszołomiony, chociaż kąpiel trwała minutę. Plecak odzyskałem. Zatrzymał się na starej iwie leżącej w poprzek nurtu Głuchego. Do dzisiaj skóra mi cierpnie na wspomnienie tej kąpieli.

Popowodziowe demolki w okolicach Lutowisk jeszcze do niedawna były widoczne z szosy na Ustrzyki Górne. Potok za Smolnikiem, przed krzyżówką na Zatwarnicę, po ulewnych deszczach zamienił się w rwącą rzekę. Położył drzewa, krzewy, wyrwał kawały bieszczadzkiego gruntu, woda przelewała się przez szosę. A jak rzeczka Wetlina po deszczach potrafi w górę skoczyć! Kiedy ją zasilą potoki Bystry, Kalnica, Smerek – wtedy warto być na Sinych Wirach i podziwiać!

Po wielodniowych deszczach zastanawiałem się nieraz – co ja jeszcze tutaj robię? Glina oblepia buty, impregnacja dawno jest wspomnieniem, ochraniacze nie pomagają, ciuchy w plecaku wilgotne – nawet zapakowane w foliowe torby. Po cholerę lezę dalej, słuchając kropel deszczu na kapturze alpinuski? W przerwach deszczu mgły wypełzają z koryt potoków. Wznoszą się pionowo do góry, tworząc na tle lasów wrażenie jakiejś gigantycznej kolumnady wspierającej zachmurzone niebo. Po chwili podmuch wiatru, bure chmury ruszają i werbel deszczu przechodzi w jednostajny szum. Znacie uroki takiej wędrówki? Pociechą jest dotarcie do schroniska. Gorąca herbata, kominek pełen płonących głowni, towarzystwo zahartowanych wędrowców. W taką paskudną pogodę siedziało doborowe "towarzystwo" w Chatce na Wetlińskiej. Na zewnątrz wiało okrutnie i żabami rzucało. Dokonaliśmy wywiadu wśród grupki studentów, obliczyliśmy zapasy i wyszło, że wieczór może być upojny. Potoczyły się opowieści i kawały. Bracia Iw. wspominali swojego Dziadka Generała, co to "złotą szablę" od Cara za Mukden dostał. Sami pięknie rusińskie melodie na flecie grać potrafili. Znany w bieszczadzkim światku GOPR-owiec, autor wielu żartów o Porażu***, rozśmieszał towarzystwo do łez. Sekundował mu w anegdotach bas popularnego gościa Wetlińskiej – "Rekina". Z czasem wiele dowcipów umknęło mojej pamięci, tak jak wiele postaci, niepowtarzalnych gości i rezydentów schroniska na Wetlińskiej. No, to próbka ówczesnych żartów: Wiecie, dlaczego w kościele w Porażu wierni słuchają mszy na leżąco? – Bo ksiądz ma niski głos!

A dlaczego wierni zakładają kaski i hełmy, idąc na mszę do kościoła? – Bo od momentu jak urwał się sznur na dzwonnicy, kościelny rzuca w dzwon kamieniami!

Córka Sołtysa z Poraża ma największego zeza w Polsce. Jak płacze, to jej łzy po plecach ciekną!

Dlaczego w Porażu w chałupach nie ma szyb? Sołtys zgodził się na filię Aeroklubu i sam buduje szybowiec!

Osobna seria powstała z okazji stanu wojennego, oto przykład: W Porażu zaczęto budować czołg dla obrony socjalizmu... Prawie się udało, ale jedna gąsienica zdechła!

Toczyły się żarty i opowieści. Gitara grupki studenckiej umilała kolejeczki. Już dobrze było po północku, kiedy pojawił się samotny, przemoczony turysta. Buty w sionce zostawił, wlazł z plecaczkiem, patrząc pożądliwie na flaszeczki i na rozbawione towarzystwo. Ówczesny szef Chatki Puchatka podszedł, zapraszając do stołu, wziął dowód osobisty gościa w celu meldunku w książce****. Chłoooopaki! Zooobaczcie! Józek w wyciągniętej ręce trzymał otwarty dowód osobisty turysty. Wprost krztusił się z radości! W dokumencie stało jak wół: "Zameldowany: Poraż ul..." Dziki ryk całej ferajny, pisk cisnących się zaciekawionych dziewczyn. Ze śmiechu pokładaliśmy się na stołach! Rechot ogłuszył przybysza. Przyczyna dotarła w końcu do niego. Bez słowa wyjął dowód z ręki Józka, odwrócił się i... opuścił Chatkę. Przykro nam się zrobiło. Po paru minutach nie było szans, aby rozszyfrować, którym zejściem ruszył. Taaak... A ponoć w Porażu chałupy są takie niskie, że naleśniki ino rozwinięte można jeść!

Wędrując małą grupką przez Rawki, zlało nas strasznie. Jakoś nie chcieliśmy spaść na obwodnicę i rezygnować z przejścia. Nikt pierwszy nie chciał pękać. Popołudniem powiało, rozganiając skłębione "kiciusie" na niebie. Wieczorem rozbiliśmy namioty. Kawałek halizny wydawał się jakiś suchszy i sympatycznie płaski. Karimaty i śpiworki wrzuciliśmy do środka namiotów, jakieś suche dresy na grzbiet. Krótki, gorący posiłek zagrzany na "juwlu" i do namiotu. Rozkosz! Wielu z was zna to błogie uczucie spoczynku po długim marszu. Powyżej mojej "dwójki" rozłożył się kolega, bardzo dobrze przeszkolony w biwakach. Urwał się szczęśliwie harcerstwu z "B-40" i samodzielnie od lat praktykował kwalifikowaną turystykę. Silny, małomówny, świetnie dźwigał zapasy konserw i osprzęt. Spokój nocy zakłóciły zgrzyty i stukania. – Dżemojad! Co ty ćwiczysz?? – Z dwóch namiotów posypały się głośne protesty. – Okopuję się! Będzie jeszcze padać... – doszła odpowiedź. Na jedną noc?! Maniak, kurczę, harcerz na wojnie! Fosę jak rzymski legion przez ponad godzinę rzeźbił!

Przed świtem zaczęło lać. Porządnie, jak w Bieszczadach. Wtuliłem się głębiej w śpiwór, przysnąłem. Obudził mnie bulgot wody. Dziwne. Niby skąd? Wydało mi się, że podłoga namiotu jakby faluje. Dłonią wyczułem pulsujący strumień wody. Przepływał wzdłuż karimaty! Wyskoczyłem z latarką na zewnątrz pod strugi zimnego deszczu. "Dżemojad" okopał się dość szeroko. Zamiast zrobić "podkowę", zamknął rowek odprowadzający wodę! Uformowany strumyk radośnie walił pod mój namiot. Podziękowałem mu serdecznie.

Rano dotarliśmy do Wetliny. Było nam obojętne – pada czy nie. Woda w butach już się nawet nie ogrzewała. Sztormiaki i pałatki chroniły tylko przed wiaterkiem. Skręciliśmy do bazy "U Pietrka". Dalsza wędrówka nie miała sensu, trzeba było przeczekać. – Witaj, stary niedźwiedziu! – przywitał radośnie Pietrek. Wskazał miejsce spoczynku i rzucił – A umyć się możecie. Jest woda! – i wskazał konstrukcję rur z korytem na placu kempingowym. Z wyrzutem popatrzyliśmy mu w oczy.

Takie wędrówki są doskonałą selekcją grupy turystycznej. Wiadomo później, z kim warto drugi raz się wybrać na szlak. Wychodzą takie cechy jak odporność zdrowotna, poczucie humoru, praktyczne umiejętności radzenia sobie z wyposażeniem. Rozpalaliście w górach ognisko po deszczowym tygodniu? Ilu z was poradziłoby sobie? A coś gorącego zjeść i wypić w takich warunkach trzeba. Rekompensatą takich przejść jest zakończenie deszczu. Jeszcze widzimy obłoki pary z ust i nagle pojawiają się plamy Słońca! Po krótkim czasie podziwiamy niesamowite refleksy światła na liściach, pniach i koronach drzew. Zapach bukowych liści i podnoszących się traw i ziół. Powietrze staje się ciężkie od aromatów. Wszystko wokół wybucha, drga odświeżonymi odcieniami zieleni. Wszystkiemu towarzyszą zaskakująco głośne odgłosy kropli wody spadających z koron drzew. Ptasi chór, radosny jak my, ogłusza. Szum wezbranych potoczków towarzyszy naszemu marszowi. Dosłownie czuje się tętno lasu. Nad połoninami rozbiegają się resztki chmur. A wszystko jak na filmie na przyspieszonych klatkach. Na łączkach i polach pojawiają się owady, zastępy motyli. Pola jagodzin, trawy, kolorowe wysepki kwiatów. I nagle dociera smuga dymu z pobliskiego schroniska. Chyba nie potrafię oddać piękna takich chwil.

I jak tu się dziwić, że pod wpływem takich wrażeń wielu z nas zaczęło pisać wiersze? Każdy, kto kilkakrotnie, w różnych porach roku lazł przez góry i odczuł taką chwilę zachwytu, podziwu dla otaczającej przyrody, próbuje pielęgnować w pamięci te wzruszenia. Hm, często bywało, że emocje przenosiły się na relacje z partnerami wędrówek. Dziewczyny! Zakochać się w czasie pobytu w Bieszczadach – to wariant optymalny! Naprawdę, tam można znaleźć jeszcze prawdziwych facetów. A nie "miągkwy miejskie" łażące z laptopem nawet do parku!

Lata temu namówiłem moją Mamę na wyskok w Bieszczadowo. Króciutki. Poprowadziłem do Chaty Socjologa dłuższą trasą, chcąc urokliwe miejsca pokazać. Cóż, było mocne wrześniowe ochłodzenie. Kolory jesieni rozpalały się na zboczach, troszkę mokro. Po słonecznym dniu szło na "ciut przymrozek". Z uznaniem pierwsza dama Rodziny popatrzyła na dolinę Sanu, później ogarnęła wzrokiem pasmo Otrytu. – Gdzie ta twoja Chata Socjologa? – Wskazałem palcem. O, siodełko na grani pasma. Wejdziemy takim starym szlakiem zrywkowym... Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. – Ja mam jeszcze tam wejść?! Poradziłem, że warto, zanim się ściemni i szlak z wymytymi koleinami utrudni drogę. W trakcie podejścia trochę się nasłuchałem: No, no, pięknie tutaj. Nie można było COŚ niżej zbudować? A, co wy dzieci jecie? Kto to wszystko wnosi? Mokra od potu jestem, gdzie się tam kąpiecie? (...) I tym podobne komentarze, zapytania. Na opowieść o wioseczce – dawnym bojkowskim przysiółku Otryt Górny, który istniał pod granią – zareagowała ze zdumieniem. – Chcesz powiedzieć, że konie z wozem pod tę górę wjeżdżały?Raczej woły! – sprostowałem. Niezbyt wierzyła.

I nagle zaczęło się jesienne bieszczadzkie granie. Zimny wieczór pobudził byki. Z głębi jaru potoku dobiegło gardłowe: UUh..., uh... UUUuuuH. Zakończyło się wibrującym namiętnością, opadającym basowym Uuuuuuuuu! Łanie musiały się wzruszyć. Rykowisko! Uwielbiam tę porę roku. Mama skamieniała w pół kroku z wrażenia. W odpowiedzi na pierwszy głos – odzew dwóch byków o jeszcze bardziej gardłowej tonacji. Wyobraziłem sobie dwudziestaka z odchylonym wieńcem, grzywą – Synek, CO TO JEST?! Mieliśmy jeszcze od potoczka na szlaku połowę drogi do Chaty. Co mnie podkusiło zażartować? – Cholera, musimy dojść do Chaty szybciej! Niedźwiedzie! Seria basowych stęknięć jelenia zakończyła moją wypowiedź. Ze zdumieniem spostrzegłem plecaczek Mamy znikający na końcu ścieżki! Próbowałem zadyszany dogonić, wyprostować żart. Pruła jednak do przodu i była w Chacie przede mną dobrych parę minut.

Lata minęły. Niedawno przyleciała do Polski, znowu wypominała mi "wycieczkę" i bliski wtedy zawał serca. Chociaż z towarzystwem Otryckim pija piwko w pubie "Pod Mosteczkiem" – ale w Bieszczady nie mogę jej namówić. Mam ubaw z jej dawnej pobieszczadzkiej deklaracji: Synek! Bór sosnowy pod Skierniewicami piękny, rzeka Rawka – też. Grzyby, poziomki, jagody – pełno! Sarenka przebiegnie. Ale żadnych ryczących stworów, wilków, twoich eskulapów i żmij – nie ma! Niedźwiedzie dla mnie mogą być tylko w ZOO! Piaseczek żółty, boso można chodzić, to lubię. Piekielna glina nie oblepia człowieka! Car Rosji przyjeżdżał do Skierniewic wypoczywać. I taki las zniosę. Nigdy więcej takiej dziczy! Ja się śmieję, bo losy rzuciły ją pod Góry Skaliste. A nowy jej dom, w Calgary, jest teraz w takiej części miasta, że kojoty psy kradną i zżerają! Siostra, jadąc do pracy, wpadła rano na stado saren. Milionowe miasto! Jeździ się na grzyby do lasu, ale z dzwonkiem i kołatką odstraszającą miśki. Nie umknęła przed niedźwiedziami Mama i ma dwa gatunki! Niedawno niedźwiedź przylazł doliną rzeki do miasta. Wlazł na pole golfowe i mamuśka z resztą dystyngowanego towarzystwa uciekała szybciej niż jechały meleksy! Inny miś ściągnął z roweru jej sąsiada! Taka tragedia w Calgary wydarzyła się nie pierwszy raz.

Podsumujmy. "Paskudna pogoda" ma jedną swoją cechę – zostaje w naszej pamięci dłużej. Burza, halniak dostarczają turyście więcej emocji i wspomnień niż leniwe, słoneczne dni. A jeżeli coś nam się przydarzy przykrego na śliskim szlaku – pamiętajcie: Grupa Bieszczadzka GOPR służy pomocą w dzień i w nocy!

 

 


 

* Przysłowie przypisywane poecie Alain’owi de Lille. Po chmurach, słońce...

** To nowe słowo usłyszałem z okazji obietnicy zamontowania wydajnych pomp. Według urzędnika miało to zaefektować obniżeniem poziomu wody.

*** Poraż – piękna wieś, której sławy pozazdroszczono i kawały przypisano miastu Wąchock!

**** Im brzydsza pogoda, tym bardziej prawdopodobna była wizyta pograniczników z WOP. Szefostwo wypychało ich na patrole, oceniając, że wróg najlepiej się czuje w deszcz, zadymkę, burzę, wichurę. Obowiązek meldowania turystów w bazach i schroniskach był przez nich starannie kontrolowany.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011