"ERYK"

magazyn-bieszczady

Tekst ukazał się w magazynie Bieszczady, nr 8/2010.
Opublikowany za wiedzą i zgodą Redakcji oraz Autora.

Przed połową miesiąca zatelefonował Redaktor. Słuchaj... Wszystko pięknie. Ale czy wiesz, ile znaków ma twój ostatni tekst? Proponuję rozbić... Oczywiście Twoja decyzja, co z tym zrobić… W numerze robi się ciasno.

Siadłem powtórnie do kompa, gapiąc się na monitor. Faktycznie, rozpędziłem się, wspominając minione zdarzenia i ludzi. Co wyciąć, co zastawić z tekstu? Zadecydował ostatecznie synek – Tato, zostaw opowiadanie o ERYKU! No i pozostawiłem historyjkę zwierzaka.

Dlaczego Bieszczady tak mocno zapadają odwiedzającym i turystom w pamięć? Na to pytanie każdy z nas próbował sobie odpowiedzieć. Niekiedy dla przybysza wakacyjny pobyt to było za mało i podejmował decyzję życiową. Pozostawał. Lata temu zainteresowałem się nietypowym wędrowcem. Spotkałem go przypadkowo w schronisku. Był źle wyposażony, niefunkcjonalnie ubrany na wędrówki górskie. Rzeźbił piękną broszę w kości, zabawiał obecnych dykteryjkami. W nocy pogadaliśmy sobie i rano już się znaliśmy.

B. pojawił się w Bieszczadowie z minimalnym bagażem rzeczy osobistych. Większość stanowiły bruliony z wierszami, opowiadaniami, próbkami sztuk teatralnych. Z rozmów zapamiętałem jego wspomnienia o „Klubie robotników piszących”,* z którym miał dawne związki. Po przyjeździe rezydował na schronisku studenckim czas jakiś, starając się być użytecznym w codziennych pracach. Swój literacki dorobek prezentował przygodnym osobom i reakcje słuchaczy były bardzo zróżnicowane. Jego wcześniejszą twórczość określić można zgodnie z ówczesnymi kanonami: To zaangażowana twórczość robotnicza, z dużą dozą słusznej krytyki ze słusznej pozycji klasowej autora. Po jego śmierci przepadły papierzyska. Szkoda, bo miał już wtedy sporo lat i ciekawy bagaż doświadczeń życiowych, który zmienił jego widzenie świata. Twierdzę, iż napisał kilka na prawdę dobrych rzeczy. Sam na trzeźwo przeczytałem kilka liryków, prawdziwych perełek. Jego pseudonim literacki przyjął się i w Bieszczadach – „Bartek Przekorny”. Ale nazywano go zamiennie: „Bartek” lub „Przekorny”. Szukając dla siebie miejsca w bieszczadzkiej rzeczywistości, został pracownikiem ówczesnego PGR-u SKORODNE. I pilnował potężnych obór, siedząc w małej budce-stróżówce pod jedyną czynną latarnią. Jeśli mu nic poza rutynowym obchodem terenu nie przeszkadzało, pisał lub rzeźbił biżuterię z jeleniej kości. Zamieszkał w domu za potokiem, dzieląc go w połowie ze swoim wrogiem – stajennym „Harnasiem”. Oj, był to kawał bieszczadzkiego rozrabiaki! Bywałem w odwiedzinach u obu i miałem okazję obserwować narastanie konfliktu. „Bartek”, z racji swoich literackich zamiłowań, ujawnił „Harnasiowi” chęć napisania dramatu i kolejne próbki przy kielichu odczytywał. Sztuka sceniczna Z życia pracowników bieszczadzkich w zamyśle „Bartka” musiała posiadać szwarc charakter. I bardzo przypominał on „Harnasia”. No i jeszcze wkurzały „Harnasia” częste odwiedziny u sąsiada – zwłaszcza turystek – które były głośno informowane, że typ spod ciemnej gwiazdy mieszka obok. A „Harnaś” twierdził, iż poezję rozumie, że na początku zainteresowany poezją „Przekornego” był i wraz z innymi nierzadko porządną gorzałeczkę stawiał artyście. Niestety, wytykał poeta, i to w w towarzystwie, niedostatki intelektualne sąsiada. Ale zadufany w sobie „Bartek” nie wziął pod uwagę dysproporcji między umięśnieniem „Harnasia” a swoją „poetycką wrażliwością”. No i konflikt trwał. Były po prawdzie interwencje z zewnątrz, bo chłopy w PGR do roboty były potrzebne, a nie, żeby się uszkadzali czy zabijali! Przecie rozumiecie – zwolnienia lekarskie, a gospodarka kraju cierpi!

Zabawa na ostro zaczynała się, kiedy spotykali się jednocześnie koło domu, przy kładeczce przez potok, z przeciwnych kierunków zmierzając. Z góry osady kibicowano, bo chociaż starszy wiekiem „Bartek” szans nijakich nie miał w starciu, to nie odpuszczał i odciąć się potrafił. Kończyły się starcia kąpielą, nie zawsze silniejszego. Opowiedziano mi, że raz spotkali się przy kładeczce – z jednej strony „Harnaś” nogę postawił, ale nie wszedł, czekał. Z drugiej „Przekorny”. Ten musiał od dłuższego czasu logistycznie rozpracowywać taką sytuację. Po ostatnich deszczach woda szła większa i potok Głuchy był nie do przeskoczenia. „Przekorny” leniwie oparł się o betonowy słup trakcji, wyjął z kapoty flaszkę, z drugiej kieszeni szklaną stopkę – i łyknął. Kontemplował spokojnie pasące się bydło, łąki, dalekie pasmo Otrytu. Oj, nie tylko „Harnaś”, ale i kibice sporu przełykali ślinę! Po trzecim kielonku Harnaś pękł i przebiegł kładkę, sypiąc przekleństwami. W końcu do Lutowisk, do knajpy „Pod Żubra”, miał 6 km pod górkę! A pobudzone pragnienie męczyło ! Dla „Bartka” nadzieją zakończenia konfliktu miała być rychła wyprowadzka „Harnasia” ze Skorodnego.

Należy wspomnieć, że była jednak długi czas między Panami linia zawieszenia działań ofensywnych. A nawet pewnej współpracy. Na terenie domu mieli śmiertelnego wroga – ERYKA. Szczura! Wiekowe, siwe i ogromne bydlę. Dodatkowo, prawie z ludzkim poczuciem humoru! Pokolenia szczurów padały w przemyślnych pułapkach i paściach – a ten żył i dokuczał. Kto mu dał takie imię? Nie doszedłem…

Obaj sąsiedzi śledzili z nienawiścią wyczyny gryzonia, który dokonywał zniszczeń zarówno w zapasach żywności, jak i wyposażeniu chałupy. Przegryzał drań ściany, podłogi, dna szaf. Wyskakiwał z ubrań, strasząc gospodarzy i gości. Potrafił bezczelnie usiąść cichcem za siedzącym gospodarzem i kpiąco przyglądać się gościowi. Uwielbiał, kiedy obaj Panowie wracali do domu „po spożyciu”. Świadom drań ich ograniczeń – stawał na łapkach w widocznym miejscu, prowokując ich gonitwy. Wygrywał ze szczotką, rzucanymi siekierami, garnkami, butami. Słuchając opowieści „Bartka” i „Harnasia”, zaczynałem mieć wrażenie, iż zaczynają się go bać! Znajomi pomagali, jak mogli. Przynosili pułapki, przemyślne skrzynkowe (sprawdzone na tchórzach), łapki o sile rażenia pocisku, szczękowe paści – czułe i niebezpieczne jak mina. A jakie przemyślne trucizny wykładano! Kuny, myszy, a nawet kury pewnej mieszkanki padły, a ERYK siadywał w biały dzień na słupku ogrodzeniowej furtki i, obserwując ludzi, muskał wąsy. Koty i psy – lekceważył.

Obudziłem się po jakiejś imprezie u „Bartka”, czując gwałtowne szarpnięcie. Koleżanka wskazywała mi palcem potężnego, tłustego szczura na plecaku, który, świdrując ślepiami, z kpiną nam się przyglądał. Byłem pewien, że klapa plecaka była zarzucona i żadnych też ciuchów nie wyciągałem wieczorem! Szczur zrobił mi przeszukanie. Leniwie zeskoczył i polazł w stronę uchylonych do przedsionka drzwi. Sięgnąłem powoli po mój nóż i cisnąłem. Nie trafiłem! Szczur nawet nie podskoczył. Obejrzał się i wyczytałem w jego wzroku: No, zapamiętam Ci to! A masz fajne wojskowe buty, dobra skóra! Na wszelki wypadek przy kolejnych wizytach w Skorodnem wolałem sypiać u Adaśka Ż. Na drugim końcu osady.

„Harnaś” faktycznie zmieniał robotę. Ponieważ zdarzało mi się korzystać z konia na Skorodnem, utrzymywanie kontaktów z „Harnasiem” było w moim „obligu”. Miał pieczę nad stajnią i użyczał siodła. Z czasem polubiłem gościa, miał charakterek. Dostałem imprezowe zaproszenie i potwierdziłem „bieszczadzką pocztą” swoje pożegnalne odwiedziny. Nocna impreza była huczna. „Harnaś” siedział ubrany w zamszową kurtę z frędzlami, buty pod kolana, skórzany kapelusz. Przyszło też parę osób niezaproszonych. Wyczucie, że „będzie gdzieś pite” było i jest dla mieszkańców Bieszczadów jednym z przejawów instynktu przetrwania. Przyznaję, że i wielu turystów po latach wędrówek zyskało tę umiejętność… No i było piękne pożegnanie. I kielonki, i dobra zagrycha, bo towarzystwo zaproszone stanęło na wysokości zadania. W pewnym momencie gospodarz zaczął kroić kawałki ze słoniny wędzonej, boczku, szynki konserwowej („Krakus”! Kto z was pamięta tę szynkę?). Pokrojone kawałki układał na talerzykach, wieczkach od słoików. Te zaś rozstawiał w dziwnych miejscach: na parapecie okna, szafie, pod ścianami, na szafeczce prze łóżku. Dołożył jeszcze po kawałku wędzonego żółtego sera „made in Sanok”. Kota nie ma, psa też nigdy nie przygarnąłJakieś wariactwo. Białe myszki po dwóch flaszkach – na tyle osób?! – zaniepokoiłem się nie na żarty. Zresztą umilkli czujnie wszyscy. Rozpromieniony „Harnaś” spojrzał z dumą. Wiecie dla kogo to? Dla ERYKA! Ja go już tak karmię codziennie! Najlepsze rzeczy... ERYK wie, przychodzi w dzień, nie boi się! Jest taaaaki wielki! – pokazał rękoma półmetrową odległość. Jak ja się wyprowadzę, kruca, to Eryk się wkurzy, a że przyzwyczajony do żarcia (uśmiechnął się szeroko do nas), to jak zgłodnieje – „Bartkowi” wszystko wpieprzy! Żyć nie da! Sapnął i potoczył oczyma. Sam wymyśliłem! Nawet lać „Bartka” nie będę, nie muszę! Ręką jak młot rąbnął się w pierś dla podkreślenia wagi słów.

Adaśko wspominał mi, że kiedy „Harnaś” odjeżdżał z bambetlami, to Eryk odprowadzał go na drodze do Lutowisk razem z mieszkańcami osady. Ale takie relacje to już chyba przesada, nie?

Jaka była skuteczność „harnasiowych” metod realizacji planu zemsty na sąsiedzie? Dwa miesiące później przyszedłem wieczorkiem do „Przekornego” po obiecany wcześniej miód. Kibicowałem jego planom rozbudowy pasieki tuż obok chałupy.

„Bartek” przyjął mnie burkliwie, był wyraźnie na coś wkurzony i rozmowa się nie kleiła. Zapytałem o obiecane dwa słoiki. Poderwał się, rozlewając zawartość kieliszka. Chodź, zobacz mój miód! Za oknem w miniogródku było... pusto! Parę deseczek i resztki słomy wgniecione w chwasty. Niedźwiedź! Byłem na „górce” na dyżurze! Przelazł koło domów i chciał wleźć do obory, do cielaków. Całe wrota porysował! Spłoszyliśmy i uciekł. Ale jak zszedłem po nocce, to przed chałupą uli już nie było! Westchnąłem. No, to miałem też do tyłu. Miód ze Skorodnego był i do dzisiaj jest najlepszy. Przez szkło pachnie! Cóż, jak to w Bieszczadach, jak nie niedźwiedź czy dziki w kartoflach, to inny problem.

Jak tam Eryk – rzuciłem „dla paddierżki razgawora”. Bartek prawie zawył. Drań, bydlę sakramenckie! Ja się wyprowadzę, zobacz! Wczoraj przelazłem – bo nie trafiłem „okazji”, 15 kilometrów po zakupy do sklepu! Ser wziąłem od Pauliny i rano jakiś twaróg chciałem zjeść! A ten sk…n wypił mi śmietanę! Wskazał na butelki** ustawione na szafie. Eeee? Co ty „Bartek”, szczur flaszkę przechylił?! – zwątpiłem. No, nie! Budzę się, kurczę, rano i patrzę na szafę. A zakupy na szafie ustawiłem, umyślnie! A ten tam wlazł i przedziurawił sreberko na śmietanie. Siedzi grube bydlę, ogon unosi, wkłada do butelki. Wyjmuje i oblizuje. I, kurde balans, patrzy złośliwie na mnie! „Bartek” aż się krztusił z wściekłości. Ach ty, w kółko golony! Złapałem kamasza i poleciałem do gada. Próbuję go trafić, walę po szafie i patrz! Pokazał mi siny wierzch dłoni, z grubą fioletową pręgą. Ja umyślnie zakupy na wierzchu, na szafie położyłem, bo Mareczek zmajstrował taką łapkę, że jak by lisa walnęła w łeb – toby ubiła. I tak mnie ERYK wk…ł, że całkiem zapomniałem, że napięta łapka leży na szafie!” Spochmurniał i zamilkł. Pokręcił w desperacji głową. Nie mam nerw, przeprowadzę się chyba…

Pożegnałem się, życząc „Bartkowi” powodzenia w walce, ale sam zacząłem wątpić w jego sukces. Jak zwykle rozwiązanie problemu było iście bieszczadzkie. Kierownik Adaśko pozyskał Kubę, żbikota. Potężne futrzaste bydlę. Ten łaził za nim krok w krok. No i wieczorkiem wpadli do „Przekornego” obgadać grafik dyżurów nocnych. Pod koniec rozmowy Deus ex machina wpadł do pokoju Kuba, niosąc w pysku ERYKA. Adaśko upierał się, że na własne oczy widział starszego faceta klęczącego przed kocurem i śpiewającego coś w rodzaju Te Deum czy Międzynarodówki. Ale Adaśko słuch muzyczny ma gorszy od mojego. Jest faktem, że spotkałem „Bartka” w Lutowiskach, w spożywczym. Przebierał w konserwach rybnych. Chyba wybrał śledzie w oleju. Do gorzały bierzesz? – zapytałem. Pokręcił przecząco głową – Dla Kuby!

skorodne

 

* Na jakimś spotkaniu, dyskusji w klubie SIGMA na UW spotkałem kilku członków tego stowarzyszenia. Byli to bardzo autentyczni twórcy. Zapamiętałem fraszkę „Na działacza politycznego” wygłoszoną przez autora Pana Sz:

„Czasami, wśród blasku odznaczeń
wisi cień –
z okresu „błędów i wypaczeń!”

** Młodsi koledzy niech przypomną sobie sceny z filmu Barei. Kiedyś mleko i śmietana sprzedawane były w butelkach zabezpieczonych „kapslami” z cienkiej folii aluminiowej.

UWAGA!

Wszelkie podobieństwa do osób, pseudonimów, zwierząt, opisów okolic oraz zbieżności zdarzeń do znanych Czytelnikom – są przypadkowe i zdumiewają Autora.

 



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011