Samotność to szkoła życia

ALEKSANDRA LEWIŃSKA, GW Bydgoszcz nr 65, wydanie byb z dnia 17/03/2006 ŚWIĄTEK, PIĄTEK, str. 10

Marcin Smolik mieszkał w Inowrocławiu i Bydgoszczy, ale porzucił miasto i rozpoczął pustelnicze życie w bieszczadzkiej chacie

Bieszczady odzwyczaiły mnie od ciepłych bułek na śniadanie i lektury codziennej prasy. Niemal każda prozaiczna czynność zyskała nową definicję - mówi Marcin Smolik, który przez ostatnie dwa lata pełnił funkcję gospodarza "Chaty Socjologa", na jednym z najdzikszych pasm Bieszczad.

Drewniane schronisko "Chata Socjologa" na bieszczadzkim szlaku. Żaden turysta tu dziś nie dotrze, znowu nasypało śniegu do pół uda. Szczupły chłopak odgarnia go spod nóg. Dociera do ujęcia wody, roztrzaskuje zamarzniętą pokrywę, taszczy kilkaset metrów wypełnione po brzegi wiadro do chaty. Teraz jeszcze tylko trzeba przynieść z drewutni opał. Na szczęście drewno jeszcze jest, nie musi iść z piłą do lasu. W końcu rozpala ogień w kamiennym piecu, wstawia czajnik.

- W najgorsze mrozy zaparzenie porannej herbaty zajmuje mi około trzech godzin - śmieje się Marcin.

W chacie nie ma prądu, wody, ubikacji. Awaryjna butla gazowa leży pod stołem. Do najbliższego domostwa pół godziny drogi - stromo w dół. Chyba, że zasypie - wtedy nigdzie nie można się ruszyć. - Spartańsko jest.

Pierwszy raz przyjechał tu w 1999 r. jako turysta z grupą znajomych, plecakiem i gitarą. Od tamtej chwili wracał, kiedy tylko mógł.

- To miejsce dowodzi, że nieskomercjalizowane Bieszczady wciąż istnieją - tłumaczy.

"Chata Socjologa" znajduje się na grzbiecie Otrytu - jednego z najdzik-szych pasm bieszczadzkich, na wysokości 896 m n.p.m. Powstała na początku lat siedemdziesiątych. Nigdy nie była typowym schroniskiem. Początkowo miała stać się domem pracy twórczej, czy raczej ośrodkiem swobodnej dyskusji oraz miejscem pracy fizycznej. Ci, którzy ją powołali do życia, mieli autentycznie lewicowe poglądy. "Chata" pamięta popiersie Lenina na kominku i czerwoną flagę powiewającą przed wejściem. Do dziś nie stała się typowym schroniskiem studenckim. Świadome utrzymuje się w niej niski standard i nikłą dochodowość, od turystów nikt nie żąda opłat za herbatę, a nawet zaprasza do wspólnego stołu.

- Zostań gospodarzem "Chaty" - taką propozycję usłyszał Marcin na początku 2003 roku, tuż po sylwestrowej imprezie spędzonej w Bieszczadach. Nie zawahał się ani chwili. - Bałem się, oczywiście. Czego? Najbardziej samotności i jak to się mówi - własnych demonów. Dzikich zwierząt też - śmieje się. Zrezygnował z pracy w poznańskim Studenckim Biurze Turystycznym. - Wiedziałem, że to nie jest zajęcie dla mnie - mówi.

Zabrał ze sobą kilka książek, najpotrzebniejsze ubrania. - Ile będziesz zarabiał i dlaczego tak mało? - żegnał go ojciec, który marzył o innym życiorysie dla syna. - Mama ostrzegała tylko, bym wyczuł moment, kiedy należy to miejsce pożegnać. By z samotności nie zwariować - mówi.

Marcin rodzinny dom w Inowrocławiu opuścił już pięć lat temu, po ukończeniu technikum mechanicznego. Szukał pracy, dzięki której mógłby opłacić studia. Mieszkał kolejno w Bydgoszczy, Gdańsku, Poznaniu. - Nie miałem pomysłu na siebie, a na byle co się nie godziłem - mówi. Jako 23-latek, z włosami do ramion, które szybko zamienił na dredy, został gospodarzem legendarnej "Chaty Socjologa".

- Samotność to prawdziwa szkoła życia - przyznaje on sam. - Gdy nie masz cienia wątpliwości, że nikt twojego krzyku nie usłyszy, wyobraźnia zaczyna płatać figle. Nawet chrobotanie myszy może przypominać kroki niedźwiedzia - zwierza się.

Bywało, że nie widział żadnego człowieka przez ponad trzy tygodnie. - Półtorametrowy śnieg i 25 stopni na minusie uniemożliwiają zejście z gór, a o turystach w takich warunkach nie ma mowy. Gdy później schodziłem ze swojej samotni do sklepu, zaskakiwał mnie dźwięk własnego głosu - mówi. - Życie szybko odzwyczaiło mnie od ciepłych bułek na śniadanie i lektury codziennej prasy. Niemal każda prozaiczna czynność zyskała nową definicję. Idąc do latryny, zabieram komórkę. To jedyna szansa, by poinformować kogokolwiek, że złamałem nogę i zaczynam zamarzać, leżąc na mrozie - dodaje.

Marcin opuszcza chatę w kwietniu. - Wiem, że nadszedł czas. Wyjeżdżam, bo mógłbym znienawidzić to miejsce - przyznaje. - Dwa lata wystarczyły. Dużo w sobie poukładałem, dojrzałem. Siebie polubiłem - podsumowuje czas spędzony na otryckim szczycie. Jeszcze przez miesiąc chłopak z Inowrocławia będzie "góralem". Lato spędzi w Irlandii. Później rozpocznie życie w stolicy. - Zajmę się budową architektury drewnianej. Tego też nauczyły mnie Bieszczady - mówi.

[Podpis pod fot.]

Marcin Smolik samotne wieczory w bieszczadzkiej chacie umila sobie, grając na gitarze

BYB

Tekst pochodzi z Internetowego Archiwum Gazety Wyborczej. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez odrębnej zgody Wydawcy zabronione.
© Archiwum GW 1998,2002,2004



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011