Jurek 2000 w oczach Jerzego Prekurata

Artykuł pochodzi z tygodnika Razem, z 25 stycznia 1987 roku. Odnalazł go w swoich przepastnych archiwach Tadeusz A. Olszański.


Dwa tysiące czego? Zdarzeń? Złotych? Istnień? Lat? Przeżyć?
Czy można być dwa tysiące? Czy tylko mieć?
W wyobraźni mieszczucha liczba to miara. Nie może być imieniem. Ale jest.
Tak nazywają go wszyscy - Jurek „2000". Bieszczadzki obyczaj.

alt

Do kuchni wchodzi się z sieni. Ciasnej, zagraconej narzędziami, butami z gumy i filcu, deskami, złomem. Łatwo się tu potknąć, szczególnie wieczorem. Nawet w dzień człowiek odruchowo ustępuje pod wrażeniem ciasnoty, chowa głowę w ramiona, choć to akurat nonsens, bo głową wyrżnąć nie ma w co. Sień nie ma swoich praw. Trafia tu wszystko to, co przypadkowe, co gdzie indziej nie pasuje, a w środku się nie mieści. Rura, deska, słoik, kosz. Są. Na razie niepotrzebne. Spokojnie oczekują swego losu.

Przez jedne drzwi atakuje chłodem dzika, niezmierzona przestrzeń. Drugie promieniują ciepłem tego, co

w środku.

Za szybą jest świat, szary zmierzch, wieczorem rosa. Najbliższy sąsiad w odległości kilku kilometrów. Przed szybą parapet, na którym stoi jabłuszko. Lśniące, plastikowe, czerwone z zielonym ogonkiem. Obrzydliwy kicz.

Jurek właśnie wrócił z lasu, przestawił jabłuszko na stół, odłożył na bok jego górną część. Słodzi herbatę, czerpiąc powoli cukier z wnętrza Po chwili znów jest czerwone. Jak czajnik, kubek, jak każdy niemal garnek w tym domu.. Dlatego nie razi.

alt

- Garnuszki? - Jurek przez chwilę przygląda się kubkowi, jakby dopiero teraz odkrył jego barwę. - To nie ja. To gaździnka, Boguśka. Lubi, to zbiera. Znosi po jednym, wynajduje gdzieś. Dobrze, że jej się chce, nie?

Jurka kolor naczyń w zasadzie nie obchodzi. Mogą być czerwone, pstrokate. Ale nie dziwi się, że można coś lubić, o coś zabiegać. Sam też znosi i robi różne dziwne rzeczy.

Ot, choćby taka sławojka. Czy musi mieć drzwi?

alt

- A przed kim ja się tu będę chował? Tu nie ma ludzi. Zresztą, stoi tyłem do drogi, jakby ktoś szedł... Nie przyjemniej popatrzeć na góry, poczuć rosę, wiatr, niż się zamykać w ciemnym pudełku? Cóż tego, że wszyscy tak robią? Ja nie muszę.

- Wychodek ustawiłem sam, to sobie mogłem zrobić taki, żeby mnie odpowiadał.

Proste, ale trzeba na to wpaść.

Życie nie znosi próżni. Pustkę zawsze coś wypełni. Jak brakuje własnych myśli, przejmujemy cudze; I tak powoli zamieniamy się w kopie, nie wiedząc nawet, że dobry bywa tylko oryginał. Nie mamy poglądów, upodobań,
pomysłów, oczywiście własnych. Mamy za to cudze. A potem dziwimy się, że ktoś zbiera czerwone garnki, choć w fanklubie nie mówili, że takich używał Lennon. Albo - czubate kury...

alt

- Po te kury jeździłem sześćdziesiąt kilometrów. Tutaj w okolicy nikt takich nie hoduje, nie było skąd kupić. Fajne są, śmieszne takie malutkie.

Za siatką kojca spaceruje indyk, skaczą króliki. Czubatki nie są same. Nawet ciasno im trochę. Ale kojec jest potrzebny, chroni przed lisem, przed jastrzębiem. W Bieszczadach nie wystarczy mieć dziś, sztuka potem nie stracić.

Na łasce pana

Roślinka była dzika. Wyrosła w polu, czujna, ostrożna. Tylko siarczyste mrozy styczniowe zagonić ją mogły pod dach, a i to nie zawsze. Lubiła tarzać się w wysokich trawach, ze spuszczonym łbem błąkać po odległych polanach w poszukiwaniu ulubionych ziół.

Koniowi samotność nie służy. Roślinka pasła się więc z Magdą, wierną towarzyszką Jurkowych wędrówek. Nikt ich nie wiązał, po co? Przecież przychodziły na wołanie, rozpoznawały odgłos kroków Jurka, witały go radosnym parskaniem. Wtulały łeb pod pachę, szperały w kieszeniach kurtki, rzadko zupełnie pustych. Nawet między sobą pogodziły się jakoś, choć z charakteru nie pasowały zupełnie. Magda potężna, kara indywidualistka, po babsku czasem złośliwa, Roślinka drobna, łagodna, hucułka z urody.

alt

- Moja córka, Ela, mieszka w Jeleniej Górze. Roślinkę hodowałem dla niej Tam nie dostanie takiego konia. Tu zwierzę na swobodzie żyje, zdrowe, odporne. Fajna była Roślinka.

- Jak podrosła, trzeba ją było jakoś przeprowadzić Pomyślałem sobie: ludzie kiedyś na koniach całą Europę zjeździli - to i ja mogę. Nie pierwszy to raz przyszło cały dzień w siodle...

- Uszyłem sobie mocny, kowbojski strój, ź solidnego brezentu, z frędzlami. Przydał się. Dobry brezent wilgocią naciągnie, zesztywnieje, ale wody do ciała nie puści To ważne. Nieraz cały dzień w deszczu jechałem, potem w stogu zaszywałem się na noc, przesuszyć się nie było gdzie. Samo schło na ciele.

- Jechałem na Madzi. Roślinka jeszcze za młoda była, prowadziłem ją luzem. Kapelusz na głowie, frędzle u kurtki powiewają, dziwili się ludzie, jak gdzieś zatrzymałem się na piwo. Dwa konie przed knajpą - Dziki Zachód, sensacja, aaaaale co mnie to. Lubię, to jeżdżę.

- Taka wyprawa tylko na tutejszym koniu może się jeszcze udać. Rasowe zwierzaki w cieplutkich stajniach chowane za delikatne.

- Wędrowaliśmy przez pola, bocznymi drogami, jak za dawnych czasów Konie pasły się gdzie akurat wypadło. Po piętnaście godzin w siodle siedziałem.

Roślinka została w Jeleniej Górze. Jurek wrócił w Bieszczady tak jak wyjechał - na Magdzie. W dwa i pół miesiąca pokonali ponad 2500 kilometrów. Praktycznie cały czas wędrowali przez góry. Jurek schudł, Magda też. Ciężkie bywa końskie życie na łasce pana. I - ludzkie

na łasce konia.

- To jest życie, tu więcej takich jak ja Jak się na nasze wesele rok temu zjechali koniarze, nad ranem urządziliśmy taki galop. Od stołuśmy wstali, na konie siedli, pooooooszli! Wzięliśmy wódki, zakąskę. W strumieniuśmy wylądowali Tam, na kamieniach, dopiero zaczęli bal.

- Ci, co za stołem lubią siedzieć, bawili się po swojemu - zostali. A my mamy swoje zwyczaje. Nie po to góry, konie, przestrzeń, żeby za stołem...

- Właśnie, co będziemy siedzieć. Trochę światła jeszcze, trzeba do koni iść.

Jurek starannie zamyka drzwi. Na zagięty gwóźdź. Zamek nie jest potrzebny, nie tutaj. Gwóźdź wystarczy, żeby kundle nie rozwlekły butów po całym obejściu.

Dochodzimy do niewielkiej polanki. Tupot i - są. Magda, Myszka, Maciek. Magda ma już osiem lat. Maciek to jej półtoramiesięczny syn, Myszka - półtoraroczna klaczka - powoli dojrzewa do siodła.

- Magdę wiążę teraz, bo się złości. Nie dopuszcza Myszki do Maćka, kopie. Matka.

Malutki, żwawy ogierek uparcie usiłuje złapać Jurka za ramię. Nie rozumie, że to boli.-Końskie pieszczoty,

- One mają swoje zwyczaje, myślą. Magda, ona coś do płotów ma. Mądre to takie, wie, że nie wolno. Przyfilowałem ją raz zza firanki Najpierw udawała, że ją płot nic nie obchodzi. Chodziła bokiem, łbem kręciła i kombinowała sobie. Odszedłem do domu i patrzyłem. Ona też. W firankę. Jakby wiedziała , że tam jestem. Wreszcie uznała, że poszedłem naprawdę, że nie widzę.

- Oba konie do płota podeszły. Jeden przeskoczył, a Magda gdzie tam. Co będzie skakać! Przymierzyła się, najpierw ostrożnie - i filuje. Ja się nie pokazałem. Pozostała chwilę i wreszcie trrrach! Przeszła. Siedemset kilo. Płot leży. A ona jakby nigdy nic. Niewiniątko, myślałby kto. Taka cwana.

- A jak naprawiałem, ją to zupełnie nie obchodziło. Tak umie udawać. Tylko łypała spode łba czasem. Przy niej płot się nie ostoi. Jak mieszkałem na Chrewcie, to przez okienko wyszła.

- Mówię do nich, uczę, a potem z tego mam. Ale warto. Inaczej nie dałbym sobie z nimi rady. Jak od małego nauczę nogi podawać, koń przywyknie, że coś się koło kopyt robi, to potem podkuć można. Maćka, jak dorośnie, człowiek przecież siłą nie utrzyma, Myszki też.

- Myszkę podarowałem żonie w prezencie ślubnym. I tak sam bez konia zostałem. Magda ciężka już, ja lubię zagalopować, a ona sapki dostaje. Muszę sobie konia kupić.

- Mam już upatrzoną klaczkę, dwulatkę. Od sąsiada. Też na dziko chowana. Może Józek dziś przyjdzie? Miał przyjść, ale z nim nigdy nie wiadomo.

- Co z Magdą? Nie wiem. Ja tam konia do lasu, do roboty, nie dam. Zapłakałbym się. Już bym prędzej sam furę wziął ciągnąć Po trzech latach koń na nic. Za ciężko. Do rzeźni idzie.

Dla Jurka koń to przyjaciel. Trudno na co dzień obcować z kumplem będącym

na łasce śmierci.

Tych dni Jurek nie zapomni nigdy. Nie potrafi, zresztą chyba nawet by nie chciał.

Gienek umierał sam. Na raka. Nie mógł się już ruszyć. Nie mógł jeść. Mógł tylko leżeć. I -czekać.

- Tu nikt się rozczulał nie będzie. Nie potrafi. Głodny jesteś? To masz pęto kiełbasy, wódki popij. Takie tu prawo.

- Nie znam się na psychologii - głos Jurka jest nienaturalnie spokojny, matowy - ale coś niecoś wiem. Przecież był chory. Nie można było jak ze zdrowym, nie?

- Przychodziłem: Gieniuś, co byś zjadł? Może jajko na miękko ? Nie ? Nie chciał. No to jeszcze raz: Gieniuś...? Czasem się skusił. Marudny był, potem jeszcze coś chciał. Chory. Może lżej mu było.

Każdy umiera sam, nawet wśród ludzi. Nie da się uspołecznić śmierci. Zresztą, nie warto. Tu chyba jednak nawet samotność ostateczna inny ma wymiar.

Na pogrzebie było osiem osób. W sam raz do niesienia trumny. Nie miał kto zasypać grobu.

- Spłakałem się, taki widać miękki jestem w paru miejscach. Jak do koni.

Łaskawy los

Józek przyjechał. Przyniosła go Preria. Za Prerią przyszły inne konie. To najlepszy sposób. Zawsze chodzą razem. Preria jest statecznym wierzchowcem, pozostałe to dzikusy. Inaczej nie sposób ich prowadzić.

Przez dłuższą chwilę obaj sąsiedzi uganiali się za nimi po nie do końca ogrodzonym corrallu. Bezskutecznie. Józefinka nie dała się złapać. Trzeba było wprowadzić całe stado do stajni.

Szeroki zamach, dłoń uderzyła o dłoń. Jeszcze raz. Jeszcze. Przybite. Pięćdziesiąt tysięcy przeszło z rąk do rąk. Jurek kupił konia Do Magdy, Maćka i Myszki dołączy Józefinka, jak się trochę oswoi. Na razie hałasuje w stajni.

alt

Maćkowi nie podoba się obce stado. Nigdy nie widział tylu koni naraz. Poczuł się opiekunem dwóch klaczy. Najpierw połypał trochę nieufnie zza matki, a potem... wysforował się do przodu. Półobrót i - zaatakował zadem. Najpierw mniej więcej rówieśnika. Rówieśnik zwiał. Pierwszy prawdziwy triumf ogiera. Maćka rozpiera duma: kopie dorosłą kobyłę.

Magda skośnym, nerwowym galopem rusza do ataku. Kopanina nabiera tempa. Klacz od początku ma przewagę. Jest cięższa, silniejsza, bardziej doświadczona. Kasztanka rejteruje. Maciek, skryty za bokiem galopującej matki, wydaje się jeszcze mniejszy. Runda honorowa zwycięzców i stado uspokaja się z wolna.

Za to Józefinka rozrabia dalej. Jurek idzie do niej. Coś tam sobie szepczą przez drzwi. Cisza. Jurek wraca. Ze szczytu długiego drąga obserwuje go mały, czarny Skrzatek.

alt

Kocim okiem

- On już taki jest - komentuje Boguśka, żona Jurka. - Z koniem zawsze się dogada Jak coś nie tak - idzie sobie do Madzi.

- A ona na drapane kotki sobie przykłada - Jurek nie pozostaje dłużny,

Biedronek, Jagódka, Skrzatek, Kruszynka, Śmiałka, Bliźniaczek, Pływaczek, Ostrowłosa, Plamiasta, Bobo - to koty. Jest ich pełny koszyk i jeszcze trochę. Zapewne będzie więcej. Bogusia i Jurek zgodnie znoszą zewsząd puchate kuleczki. Jak można coś takiego utopić? Przecież to tak niewiele potrzebuje, przy domu się wyżywi.

No, może z tym wyżywieniem kociego stada jest jednak ciut nie tak. Pełne siatki wiktuałów z mlekiem włącznie - dźwigane wyboistą drogą ze Smereku - dowodzą czegoś wręcz przeciwnego. Ale niech tam, przynajmniej jest co pogłaskać.

Kotki rezydują w sieni. Co najważniejsze, do sieni nie docierają psy. Te, co prawda, do kotów przywykły, awantur nie robią, ale kot -stworzenie leniwe - lubi się wyspać. A jak tu spać, kiedy coś nad głową warczy i mocuje się z butem? Dobrze więc, że Biała i Czarna, dwie trzymiesięczne suczki-wisuski, z sieni są wyganiane. Dobrze też, że nie pcha się tam Córa - ich matka - rasowa biała owczarka. Choć ta akurat, zupełnie nie wiadomo dlaczego, sieni nie odwiedza. Skoro potrafiła wejść po drabinie na strych, wykraść stamtąd baranie czaszki pachnące łojem i wy-' nieść je po jednej, schodząc po drabinie przodem jak tresowany policyjny pies, umiałaby pewnie sforsować i drzwi kociego azylu. Cóż, widać nie ma powodu.

A kocurkom w to graj. Lubią sień, szczególnie w nocy. Kiedyś były jeszcze dwa starsze koty: Zorro i Pantera. Zupełnie niepoprawne. Zorro rok nie było w domu. Wrócił z kotką Panterą właśnie. Parka wyglądała pysznie. Jurek już miał nadzieję na śliczne małe koty, ale parka poszła w las i tyle ją widać. Młodzież kocia dnie spędza baraszkując w sianie, skacząc po dachach, popołudniami wygrzewa się na kołkach. Wieczorem koszyk wypełnia się białymi, czarnymi i łaciatymi futerkami. Widok w sam raz do fotografii... A figa! Trzask migawki i - koszyk stoi pusty. 2 zakamarków za to wystają okrągłe łebki dzikusów. Przyczajone, z uszami po sobie, fuczące.

Do koszyka wracają dopiero po chwili, czujne, nieufne,. Po prostu koty.

Na łasce gór

Migotliwy blask naftowej lampy przerysowuje szczegóły. Wyolbrzymia cienie, podkreśla rysy twarzy. Prądu nie ma, nie było i nie będzie. Dom Jurka jest zbyt odległy od najbliższej linii. Gospodarz nie wydaje się tym jednak specjalnie zmartwiony. Ma, co chciał.

Przychodził w Bieszczady od 1955 roku. Poznał je dobrze, zanim zdecydował się zostać. Po piętnastu latach. Niestraszne mu twarde, bieszczadzkie życie, tego właśnie szukał.

- Taki już jestem, że nie potrafię się zlęknąć. Najpierw muszę pomyśleć, czy się zlęknąć warto. Kiedyś mnie woda porwała. Na Sanie. Nurt wezbrany, niosło i niosło. Inny by się może szarpał, a ja przekalkulowałem sobie: sił szkoda. Najpierw ciuchy poszły, a potem poczekałem na dobry moment. Dałem crawlem i doszedłem do brzegu. W ostatniej chwili, tuż przed wodospadem. I wyszedłem z tego na Studziennym. Potem boso wracałem.

- Albo pod domem. Wracałem właśnie. Idę, patrzę, coś burego przy płocie łazi. Myślę, pewnie się Magda urwała. No to muszę po' cichu. Idę, idę, nic nie gadam, podchodzę, a to stanęło na dwie nóżki i poooooooszło! W las. Miś. A gdybym tak wziął za kudły, powiedział: chodź Magdusia.

- Tu się nie da nudzić Chodzę, patrzę, zdjęcia robię. Przez pryzmat aparatu widzę inny świat. Wstaniemy rano, to zobaczycie. Robię, jak kto przyjdzie, to mu dam. Nic z tego nie mam, ale nie o to idzie, żebym miał.

- Chyba rozumiem kształt. Zawsze tak było. Z polskiego zawsze dwóje miałem, a z rysunków - pięć. Tak wyszło. Wojnę na Syberii przeżyłem, matka po łemkowsku, po polsku, po rosyjsku i czort wie, jak jeszcze gadała...

- On nawet Józef napisał przez „w" - wtrąca Boguśka.

- W Bieszczadach tak się pisze. Nie gadałaby. Wstyd przynosi, z konia spadła, dupę potłukła i to moja gaździnka...

- O, jak brzydko gadał

- W Bieszczadach wszystkie dziewczyny tak mówią.

- Tu wszystko inaczej. Tu wszystko prostsze. I szmal tak nie waży. Ja tam finansistą nie jestem, robię, żeby żyć. I na konia wystarczyło, i na czerwone garnuszki mamy dość

- Szafki sam zrobiłem, bo to przecież bzdura za meble z dykty płacić, kiedy uczciwe drewno wokół rośnie, nie?

- A jak mi się kiedy znudzi, wszystko rozdam, nie sprzedam - rozdam. Tylko konia nie! Siądę na niego i pójdeee! I tak już bywało.

Bez łaski

- Umierał nie będę jak Gieniuś. Nie dla mnie. Wsiądę na konia, kiedy poczuję, że już, w las pójdę. Tam skończę.

Jurek pakuje plecak. Wybiera się do Smereku.

- Stara gwardia, pomarli, pomnik trzeba zrobić - wyjaśnia. - Dlaczego akurat ja? A kto? Tak trzeba.

- Ja, widzisz, zawsze w życiu byłem grzeczny. To ważne. Nie dało się z żoną grzecznie żyć, to grzecznie odszedłem. Do dziś, jak tam pojadę, rozmowa jest grzeczna. Teściowa lubi mnie, ugości. Dwie córki mam: Elę i Małgosię.

- Najważniejsze to grzecznym być. Nie słabym - grzecznym. Co daje szumieć po wódce? Ja jeszcze innych godzę. Po co żałować mają? A jak człowiek grzeczny to i żyć dadzą. Tak jest. Człowiek ma, co lubi. Zwierzaki, przestrzeń...

- Fajną gaździnkę mam, mówisz? Uhum! A kto kogo ma?!

Spisał: JERZY PREKURAT
Fotografował: JACEK KUCHARCZYK

alt Drukuj    alt Pobierz

Do odczytu warto wykorzystać bezpłatny program: Foxit Reader.



Komentarze   

 
#1 Józek 2012-02-11 12:33
Widze że artykuł cieszy sie bardzo dużym wzięciem, zaraz postaram sie jeszcze kilka zdjęc ogarnąc:)
 
 
#2 andy 2012-02-13 13:12
To tekst z lat 80. (na pewno nie 70., chocby dlatego, ze Prerii Polanskiego jeszcze nie bylo na swiecie), raczej z drugiej ich polowy. To byl caly cykl pod wspolnym tytulem "Ludzie nie z tej ziemi", byl tez m.in. odcinek o Polanskim i (chyba) o Prezesie. Pamietam, ze czytalem to wtedy wzglednie na biezaco, ale gdzie...? Stawialbym chyba na RAZEM, ale pewnosci nie mam.
Jedna uwaga do transkrypcji - zakladam, ze to blad przy przepisywaniu, mozna sprawdzic z oryginalem - Jurek raczej nie targal siatek z zakupami ze Smereka. Obstawialbym raczej Smolnik :o))
 
 
#3 Józek 2012-02-13 17:55
@andy: Smerek, mozna sprawdzic w oryginalnym pdf'ie ze skanami. Dzieki za sugestie a propos zrodla, pogoogluje:)
 
 
#4 igor 2012-02-14 10:58
To raczej spisywacz Prekurat pomylił nazwy ;-) Bo w artykule faktycznie jest Smerek ;-) Natomiast zobaczyłem coś innego: czy to nie Misia Jurek trzyma za rękę na drugim zdjęciu od dołu? ;-)
 
 
#5 andy 2012-02-14 11:33
Nie, no skad, to Jozek Polanski. Misio mial wtedy ze 16 lat :o))
 
 
#6 igor 2012-02-14 11:44
No tak myślałem, że nam ktoś Misia w czasie przeniósł ;-) A tak btw to aż żałuję że nie zrobiłem Józkowi Polańskiemu zdjęcia jak go spotkaliśmy ostatnio w Lutowiskach - byłby niezły kontrast ;-)))))
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011