Jurek "Dwa Tysiące" - Echo Bieszczadów

Poniższy artykuł ukazał się 35 numerze miesięcznika Echo Bieszczadów (luty 2003).

Witold St. Michałowski

JUREK "DWA TYSIĄCE"

MUSZKIETEROWIE BIESZCZADU
(Fragment "Szlakami Bessów")
Wstęp
Z cyklu: Bieszczady w moim życiu

Jurka "Dwa Tysiące" znali wszyscy. Właściciele knajp i melin Ustrzyk Dolnych, Czarnej, Lutowisk i Smolnika czasem nawet gotowi byli dać mu "na krechę". Był człowiekiem honoru. Po otrzymaniu emerytury zwracał dług co do grosza. Za pijaka uważano go jednak od zawsze. Kiedyś rzekomo pracował. W parku maszynowym nadleśnictwa. Reperował silniki detek i stalińców. Trifarmerów jeszcze nie znano. Zasłużył na opinię znakomitego mechanika. Zwykle parę godzin po wypłacie urywał mu się film. Gdy już przepił wszystko, co zarobił, gdy ostatniego zaskórniaka wysupłał z kieszeni, gdy niebo nie chciało się użalić nad jego ciężką dolą i całodzienne poszukiwania jelenich zrzutów nie dawały rezultatów, załamywał się.

Ponura speluna w Dwerniku była w tym czasie ostatnią nadzieją i przystanią. Prawie domem i jedyną radością życia węglarzy z otryckich mielerzy, robotników leśnych i kulawego Józka - zduna. W niej pod wieczór, zaczynał swój "łabędzi śpiew".

-Chłopaki pożyczcie dwa tysiące. Tylko dwa tysiące. Zaledwie dwa tysiące. (Przed denominacją wartość pudełka zapałek). Piwa nie kupił, ale dwa tysiące do dwóch tysięcy....

I został Jurkiem "Dwa Tysiące".

Odchodząc na emeryturę, dostał prawo zamieszkiwania wzniesionej z potężnych bierwion chaty na północnych stokach Trochańca. Obsadził ją modrzewiami i zaczął budować na pobliskim potoku staw. Na pstrągi.

Niestety zawsze brakowało na paliwo dla spychacza sypiącego ochronny wał.

Zawsze żyliśmy w przyjaźni. Gdy kończyłem budowę domu w Lutowiskach, przywiózł mi wywrotką prezent. Wnosiło go trzech drwali. Stalową liną wyrwali z ziemi sosnowy korzeń. Jurek oczyścił go, wyrównał, opalił tam gdzie trzeba, napuścił skalnym olejem i uzbroił w parę żarówek. Można było go od razu powiesić pod stropem.

Korzenne żyrandole Jurka Dwa Tysiące są sławne. Ten, w którym klosze zastąpiły stare, żeliwne, popękane garnki - powędrował nawet za ocean.

Kobiety artystę kochały zawsze. Bez wzajemności.

Smukły, żylasty. W czarnym kapeluszem i z barwną chusteczką na szyi. Prawdziwy macho. Odwiedzającym go damom, tym, co zbierały jagody, osładzały życie wozakom pracującym przy zrywce drzewa lub szukały schronienia przed wymiarem domowej sprawiedliwości, mającej postać ciężkiej dłoni najbliższego mężczyzny, zawsze był gotów udzielić gościny.

Jeśli potrafiły jako tako machać miotłą, ugotować rosół i upiec udziec sarny, która przypadkiem zaplątała się we wnyki, zapraszał do, już zawczasu przygotowanego, łoża. Był nim szeroki, przykryty baranimi skórami drabiniasty wóz. Stał w kuchni. Na czterech kołach. Blisko pieca. Bez dyszla. Nie mieścił się. Gospodarz swoim gościom lubił czytywać własne poezje. Damy chichotały, gdy z niezwykle poważną miną opowiadał ostatni sen.


SNIŁO MI SIĘ,ŻEM WÓZ,
A TO MARA BROI
BUDZĘ SIĘ, WOZU NIE MA
TYLKO DYSZEL STOI

Na początku minionej dekady Jurek Dwa Tysiące uległ metamorfozie. Przestał wyruszać w piwno-wódczane rajdy, szlajać po knajpach... Zakochał się. Jedna z wizytujących go na drabiniastym wozie dam została matką.

Postanowił, że dziecko musi pamiętać trzeźwego ojca. Malca pielęgnował niezwykle pieczołowicie. Uczył go chodzić. Poznawać rośliny. Kwiaty. Drzewa. Nazywać chmury. Słuchać wichru. Przyjaźnić się z duchem lasu. Opowiadał o Besie. Czas płynął. Chłopiec musiał pójść do szkoły. Jego mamie znudziło się życie bez elektrycznego światła i wody w kranie w przemarzającej zimą drewnianej ruderze. Była kiedyś nauczycielką w Rzeszowie. Wróciła więc z dzieckiem do miasta. Z jego ojcem dłużej żyć nie chciała. Tak bywa.

Jurkowi Dwa Tysiące kumple darowali paroletnią abstynencję. Znów było tak jak zawsze, normalnie. Ale tylko do czasu. Gdy tylko odwiedził go ktoś z samochodem mającym duży bagażnik, zaczynał przebiegłą grę. Wysilał cały swój kunszt, spryt i dar przekonywania. Chodziło o drobiazg. O przetransportowanie pod dziesięciopiętrowy blok na rzeszowskim osiedlu kolejnej partii sadzonek. Niech synowi chociaż pod oknem rośnie bieszczadzki las.

Witold St. Michałowski



Komentarze   

 
#1 igor 2005-07-15 12:57
Pozdrawiam Cię serdecznie. To niesamowite, ale przez tyle lat znałem inną wersję pochodzenia przezwiska. W '76 roku potwierdzał mi historię Jurka przygody w pociągu "Świnia-Gołacki " i Norbert W. (Była przy tym Elka "małe Dwa Tysięce")...no, cóż..Przejdę w tym roku w sierpniu starymi szlakami, powspominam i wypiję flaszeczkę. Schowałem ją 2 lata temu w potoczku, gdzie była baza AŚKI "Chudej".
 
 
#2 igor 2005-10-23 13:20
Też zdziwiłem się, bo znam wersję pociągową z trasy Przemyśl - Szczecin. Pociąg był niemiłosiernie zapchany łącznie z korytarzami. Konduktorzy nie mieli szans sprawdzać biletów. Ale poprosili właśnie Jurka o bilet. On nie miał i miał ponoć skomentować to tak: Kurwa mać, dwa tysięce ludzi jedzie, a sprawdzają tylko mnie. Tylko raz miałem szansę spotkać Jurka. Było to w 1983 lub 1984 roku. Jeździłem wtedy do Prezesa Ryśka i pomagałem przy wożeniu drewna dla pani Zosi Komedowej do Chmiela. Któregoś popołudnia pod rancho Prezesa zajechał fiat 126p, wysiadła jakaś kobieta i właśnie Jurek. Jeśli dobrze pamiętam, przywiózł Ryśkowi stare piękne siodło. Wytaszczyli też z samochodu dwa duże plastikowe kubłaki z piwem, które wspólnie sączyliśmy. Jurek opowiadał o swoim życiu w nowym domu-stajni. Legendy rosną, sam z trudem przypominam sobie te zdarzenia. Pozdrawiam autora i wszystkich miłośników Otrytu.
 
 
#3 igor 2005-10-26 18:01
Przepraszam, ale Pan Jerzy 2000 miał swoją ksywę już w latach siedemdziesiąty ch, gdy o inflacji nikt nie słyszał. Były dwie wersje jej pochwstania. 1. Zarabiał i przepijał 2000. 2. W pociągu do żony do Katowic był straszny tłok. Do przedziału weszła staruszka i patrząc na Jerzego zapytała się. Czy ktoś może ustąpić mi miejsca. A wtedy Jerzy palnął: dlaczego akurat ja, jeśli dwa tysiące ludzi jedzie w tym pociągu. On sam pytany, nigdy nie zdradził się skąd taka ksywka. Pozdrawiam.
 
 
#4 igor 2005-12-02 17:23
to jest prawdziwa ,znana mi opowieść. Chociaż Legenda rządzi się swoimi prawami...Maków a, Ukłony..!
 
 
#5 igor 2005-12-22 14:48
fakt, te sadzonki poruszyły mnie...Cholera , nie wiem co jest ,ale wielu z nas staje przed wyborem ; Bieszczady albo wymagania Pani serca Pozdrawi am Cię,do zobaczenia w górach.
 
 
#6 igor 2006-01-03 14:02
Też wersja z kobietą w pociągu i ustępowaniem miejsca wydaje mi się prawdziwa. Usłyszałem ją zimą '83 w Chacie od jej ówczesnego gospodarza Witka B. Ale jak wspomniał Komisarz - legenda rządzi się swymi prawami, a od pewnego momentu żyje własnycm, i to niejednym, życiem
 
 
#7 igor 2006-02-09 04:16
pocałujcie go w dupsko
 
 
#8 igor 2006-02-14 12:36
Ja znam opowieść Jurka, skąd ta ksywa. Po prostu, było 2000 innych kierowców nadleśnictwa, ale jechać właśnie musiał on i to na dodatek właśnie teraz.
 
 
#9 igor 2006-02-19 19:05
życzę autorowi tego "wspomnienia o Jurku" aby dochrapał się takiej historii na jaką musiał sobie zapracować Jurek Dwa Tysięce, lubiał wypić to fakt, ale nigdy nie stracił honoru i życzliwości dla ludzi, nawet tych co próbowali go zrównać z elementem bieszczadzkim bo i z nim się bratał!! ! kolory Jurka to kolory tęczy!!! - żerowanie na wspomnieniach o "niby" znanych postaciach bieszczadzkich jest typowe dla autora(odsyłam do książki "Hajże na Bieszczady" autorstwa Pana Witolda Michałowskiego- na miejscu Wieśka Nowackiego wytoczyłbym mu proces), nie wspominając o nieścisłościach w podanych innych faktach- czasy "Sporu o Bieszczady" definitywnie się skończyły Panie Michałowski -raczej zastanawiałbym, się co zrobić dla swojego syna, który tuła się od dziadków do mamusi( której nie ma!!! w Polsce i ojczyma!!!), a który jest wybitnie zdolnym dzieckiem niestety dzisiaj umiącym posługiwać się przede wszystkim niemalże wyłącznie językiem nieparlamentarn ym!!! może bieszczadnika Pan z niego chce zrobić?! Niesamowitości w tym wspomnieniu o Jurku nie ma żdanej niestety- bo wspominanie ciągłe o piciu Jurka jest w jego życiu najmniej ważne!!! pozdrawiajm wszystkich tych, którzy nie sądzą!!
 
 
#10 igor 2006-02-20 02:22
Jurek słynął głównie z tego, że opowiadał niesłychanie barwne historie, zazwyczaj ze sobą w roli głównej. Były one nieco przeszarżowane, ale zazwyczaj co najmniej w połowie prawdziwe. Poza wszystkim - Jurek był świetnym kierowcą, zdecydowanie najlepszym w Nadleśnictwie Lutowiska, choć nigdy nie widziałem jego prawa jazdy ani nigdy nie słyszałem, aby jechał samodzielnie choćby do Dolnych czy do Leska. Ale po terenie jeżdził Lublinem (Gaz 56, napęd na cztery koła)i potrafił dojechać wszędzie - opowiadał mi, że w 72' wjechał od strony Zatwarnicy na Smerek (podobno w towarzystwie inż. Lisa) Potem istotnie pił trochę więcej i już jeżdził tylko stalińcem (spychaczem)W tym czasie (koniec lat 70') już nie miałem z nim kontaktu, chyba mieszkał na Suchych Rzekach. Miał nam przywieźć beczkę piwa na ISS (Impreza Sierpniowych Solenizantów) nad Nasicznem, ale ostatecznie ktoś inny ją z Dwernika przywiózł "detem" (DT45 specjalizowany ciągnik zrywkowy)A najbardziej prawdopodobna historia z cyklu "dwa tysięce" (nawiasem biorąc, zwrot chętnie przez Jurka używany, oznaczał "wiele, wiele") dotyczy królików. Otóż Jurek ponoć przyjechał w Bieszczady po dramatycznym, spowodowanym jego miłością do alkocholu, świata i kobiet, rozstaniu się z bardzo kochaną żoną. Jeżdził do niej czasami, gdzieś w drugi koniec Polski (Cieszyn ?)ale rzadko ponoć dojeżdżał. Postanowił, że zrobi jej prezent - uszyje piękne białe futro. W tym celu kupił parkę białych królików i zrobił im klatke koło Białej Stajni (przy drodze leśnej pod Trohańcem, za obecnym wysypiskiem śmieci) Króliki zaczęły się mnożyć, wszystko szło zgodnie z planem, ale Jurek postanowił wyjechać na tydzień - dwa. Królików nie miał kto karmić, ale było lato, więc Jurek otworzył klatke i dał zwierzątkom wolność. Wyjazd potrwał dłużej - Jurek wrócił pod koniec lata. "Po lesie i łące koło Stajni biegało dwa tysiece białych króliczków - opowiadał - i nie dało sie tego wyłapać" Potem przyszła zima i lisy wyłowiły hodowlę, niestety skórek na futro nie oddały. Ta historia znakomicie "siedzi" w charakterze Jurka - romantycznego, rycerskiego ale bardzo niepraktycznego człowieka. Wersję znam od Irki Dąbrowskiej, powtórzył mi ją niezaleznie Janek, kierowca Pragi która na Otryt wjeżdżała z drewnem (a potem już tylko z wizytą kurtuazyjną)i rok później podleśniczy z Nasicznego, kiedy ze spadniętym płucem czekałem u niego na karetke.
 
 
#11 igor 2006-03-26 00:44
Też znam wersję z pociągiem i kobietą, której ustąpić miał miejsca.
 
 
#12 igor 2006-12-08 15:03
Należy do tego jeszcze dodać , że zrobił synkowi nie wiedzać począkowo o tym piaskownicę , obok gniazda żmij , i proszę sobie wyobrazić , że żadna małego nie zatakowała . Wybrał się raz Jurek do jednej z dziewcząt , którą poznał w Bieszczadach do Wrocławia . Jak by inaczej właśnie konno . Miał chłopak fantazję . Znałem go parę ładnych lat . Często spotykaliśmy się gdy zaglądał do swojej mamy i syna w Rzeszowie . A w jego siedlisku w Bieszczadzie nie jedna noc przegwarzyliśmy do białego rana . Niestety odszedł na błękitne połoniny . Jego grób jest na rzeszowskim cmentarzu komunalnym ( Wilkowyja )
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011