Bieszczady - Timelapse

Poniższy tekst to trzy pierwsze odcinki relacji z wyprawy, podczas której zostały zrobione zdjęcia do zimowej części projektu Bieszczady Timelapse

Chata Socjologa

1.

Z lotniska droga trasa prowadziła w jedyne słuszne miejsce - do Chaty Wędrowca w Wetlinie. W drzwiach przywitała mnie Ewa Żechowska, jak zawsze uśmiechnięta i pełna energii. Po kilku minutach czułem się jak w domu. Ciepła herbata i talerz smakowitego jadła plus ogień w kominku i przyjaźni ludzie naokoło. W gronie znalazłem się doborowym, bo poza gospodarzami była tam też Zuzia Górska z rodziną (ta od Torebek przez duże T, ale to kobiety będą wiedzieć). Mam nadzieję, że znacie to uczucie - wchodzicie do obcego domu a witani jesteście jak członek rodziny i od pierwszych chwil czujecie się jak u siebie. W Chacie Wędrowca życie toczy się w salonie gdzie nie ma telewizora natomiast są okrągły stół i dwie sofy. Taki dom, w którym się rozmawia a ta rozmowa zawsze jest interesująca. Ale o tym jeszcze napiszę.

Jako jednak że poranek zapowiadał się pracowicie, a podróż zmęczyła, o nieprzyzwoicie wczesnej porze trzeba było udać się na spoczynek. Rano przed świtem pobudka i pierwszy dzień pracy w terenie. Byłoby ciut łatwiej z łóżka zwlec się przed świtem gdyby w Chacie nie było tak przytulnie ciepło i przyjaźnie.

Termos pełny ciepłej herbaty, skromne śniadanie bo na normalne za wcześnie i zanim pierwsze promienie słońca gdzieś tam za chmurami się wyłoniły trzeba było ruszać. Pierwsza lokacja pod Tarnicą. Tutaj robioną sceną kończył się film jesienny. Widoczność średnia, niebo zachmurzone i pięknego wschodu słońca nie było ale gdzieś tam w górze majaczył szczyt a śniegu naokoło nie brakowało. Po kilku ujęciach, w tym z jednym gdzie aparat wycelowany był na lekkie rozjaśnienie na wschodzie, pora była się zbierać i ruszać na pierwsze podejście - kierunek Otryt. Po drodze drugie śniadanie i z ekstra energią można było zacząć wspinaczkę. Ślady wilków, a zwłaszcza plamy krwi na około tych śladów oraz opowiadanie gospodarza domu gdzie na podwórku zostawiliśmy samochód wprowadziły stan lekkiej niepewności. No i to było pierwsze podejście. Niby bez pośpiechu a jednak organizm od razu zamanifestował swe nieprzygotowanie - po kilkuset metrach zaczęło się sapanie, pot oblał plecy i nogi stały się niemiłosiernie ciężkie. Mój towarzysz na weekend, młody adept sztuki fotograficznej Filip Ziarko, radził sobie nieźle więc oddałem mu jeden statyw. Zawsze to ciut lżej. 

Podejście z Dwernika

I tu po raz pierwszy zaobserwowałem to fantastyczne zjawisko którego nie znałem. Pnąc się w górę dociera się w lesie do granicy pomiędzy naszą rzeczywistością a bajką. Brakuje jakiejś magicznej bramy i muru koniecznie z przykazem by troski zostawić za sobą. Otóż dochodzi się do miejsca gdzie dosłownie na przestrzeni kilkunastu metrów widać różnicę w wyglądzie lasu - z jednej strony, tej niżej położonej, drzewa owszem są ośnieżone ale tak normalnie, natomiast z drugiej strony, tej wyżej, drzewa są zamarznięte, pokryte szronem i całkiem białe. Coś pięknego. Od tego właśnie pierwszego podejścia codziennie czekałem w swej wędrówce tego magicznego przejścia pomiędzy światami. Kiedy je przekraczałem wiedziałem że jestem wystarczająco wysoko i można się rozglądać za miejscami do filmowania.

W drodze do położonej na Otrycie Chaty Socjologa zrobiłem 4 ujęcia. Były potrzebne nie tylko do filmu ale i organizmowi który z wyczerpania ledwo już dawał radę. Niezwykłe jest to że wystarczy zatrzymać się na kilka minut i następuje regeneracja - oczywiście nie pełna ale wystarcza by ruszyć dalej i walczyć o każdy metr. To w tej pierwszej wędrówce okazało się że szyna do aparatu choć z aluminium i wydawać by się mogło nie taka ciężka po paru kilometrach staje się coraz bardziej uciążliwa i wgniata się w ramię. Jak zacząłem kombinować jak ją nieść dotarło do mnie że mnie męczy. I tak już zostało do końca wyprawy.

Dzisiaj, gdy piszę te słowa, jeszcze nie wiem czy wszystkie sceny z tego podejścia znajdą się w filmie natomiast była tam jedna choinka która wywarła na mnie duże wrażenie. Lekko oddalona od szlaku, w wąwozie strumyka, pomiędzy innymi drzewami, cała biała wyglądała jak śnieżna dama. Dwa ujęcia jej poświęciłem chcąc to piękno pokazać.

2.

Dojście na Otryt zajęło sporo ponad przeciętną. Ostatnie podejście to była prawdziwa walka. No głupio tak pisać bo tam chłopaki na ośmiotysięczniku w Himalajach to dopiero przechodzą szkołę ale każdy z nas ma swoje małe Himalaje w życiu. Prawda? Swoją drogą - taki film poklatkowy z wysokości kilku tysięcy metrów to by było coś. Wracając jednak do tego podejścia - może niektórzy z Was znają to uczucie kiedy za każdym zakrętem i wzniesieniem wypatruje się końca drogi. I to uczucie rozczarowania kiedy wyłania się zamiast polany i widoku na sąsiednie wzgórza kolejny rząd drzew i ścieżka dalej pnąca się w górę. W zimie jednak, kiedy każda choinka zdaje się chować w ciepłym śnieżnym kożuchu, mimo tego rozczarowania idzie się w miarę raźnie.

W końcu między drzewami w oddali pojawił się dach. Stromy, do samej ziemi. Niesamowite jak od razu siły wracają w ołowiane nogi. Przy ścieżce jeszcze kilka tabliczek - Otrycka Republika Wolnej Myśli brzmi dobrze, a nawet bardzo dobrze. Psa nie miałem więc dzwonić do gospodarza nie było po co a i tego jedna z tabliczek nakazuje. Chata Socjologa stoi w pięknych okolicznościach przyrody. Pierwszy raz tam byłem i już na zawsze dla mnie będzie w pamięci jako przystań wśród białych gigantów. W drzwiach przywitał gospodarz - Krzysztof, oraz jego towarzysz Kazan. Pierwsze wrażenie było... no właśnie nie wiem jakie, tak jakby go w ogóle nie było. Jakbyśmy byli stałymi bywalcami którzy wiedzą co i jak, a ja jednak nie bardzo wiedziałem. Kilka sekund i wszystko stało się jasne - w dużym salonie można graty zostawić, a zimno tam że hej. Za to dużo przestrzeni i aż oczami wyobraźni widziałem jak się w kominku ogień pali a naokoło i przy ławach towarzystwo siedzi, je, gra i śpiewa. W kącie za kominkiem poustawiane instrumenty. Obok kandelabry czekające na lepsze czasy kiedy świeczki w pełnym komplecie na nich zapłoną. Zasada jest prosta - jak w kominku zapalisz trzeba uzupełnić zapas drewna. Bardzo uczciwy układ ale nie miałem czasu ani na kominek ani na chodzenie po lesie za drewnem. Po herbacie serwowanej w metalowym kubku, takim co to jeszcze czasy mojej podstawówki pewnie pamięta, trzeba było wracać na świeże powietrze. Światło przecież jeszcze jest dobre i nie ma czasu na marnowanie czasu, bo szkoda czasu. Ach ten czas, to jedyne czym wszyscy na równi jesteśmy obdarowani i tylko od nas zależy co z nim zrobimy.

Jakieś 100 metrów od Chaty pierwsza polana i pierwsze ujęcie robione na górze. Prawie brak wiatru, niebo zasnute jednolicie szarą masą, pod stopami biało, naokoło biało i gdyby jeszcze było widać te góry gdzieś w oddali byłoby super. Dziwne uczucie być w górach, wiedzieć że tu gdzie stoję widok jest piękny a tego nie widzieć. Jak tam kiedyś wrócę przy dobrej pogodzie na pewno miejsca nie poznam.

Ćwiczyłem rozkładanie szyny przed wyjazdem, z 30-45 minut zszedłem do nieco ponad 10-ciu. Tylko jednego nie da się wyćwiczyć - pracy w minusowych temperaturach i śniegu. Palce jakoś mniej zgrabne bo przecież trzeba rękawice zdjąć. No i ten metal zmieszany ze śniegiem to nie jest to co by się chciało dotykać zimową porą po całym dniu łażenia. Udało się jednak i to nie jeden raz. Druga scena była z aparatem ustawionym pionowo w niebo które jednak chowało się za oszronionymi pięknym wzorem gałęziami drzew. Jeszcze chciałem walczyć przy wspomnianych gigantach, czyli rosłych choinach dumnie stojących nieopodal Chaty. Jednak nie dałem rady - po pierwsze byłem już zmęczony, po drugie nie czułem jakoś tego klimatu, źle stanąłem czy coś, a po trzecie zacząłem robić sekwencje zdjęć a tu co dosłownie kilka z ustawień mi wynikało że już się robią za ciemne. Zimowa noc nadciąga bardzo szybko zwłaszcza kiedy słońce nie raczyło nawet mrugnąć na dobranoc pomiędzy chmurami. Stałem tak z latarką na czole kiedy zobaczyłem wędrowca. W dodatku idącego szlakiem którym ja nie przyszedłem a ponoć jest najkrótszy. Don Gore - człowiek legenda, w latach kiedy ja w kołysce pieluchy moczyłem on z grupą szaleńców przeszedł pieszo całe pasmo Karpatów. Przywitał się ciepło, ja wiedziałem że przyjdzie, on wiedział że będę, mimo różnicy wieku po kilku słowach rozmowy czułem się jakbym rozmawiał z kumplem. No i ten uścisk dłoni - pewny, zdecydowany, dziarski. Tak po ludzku pasuje do tego człowieka. Poszedł do Chaty a ja zacząłem zwijać sprzęt, o ile wygodniej by było gdyby te aluminiową szynę faktycznie można było zwinąć w rulonik...

W środku dostałem zaproszenie do pokoju Krzysztofa. Mój młody towarzysz podróży, Filip, padł ze zmęczenia w pokoiku na drugim piętrze położonym przy kominie od którego miłe ciepło biło. Wejście tam stromymi drewnianymi schodami po ciemku to nie lada wyczyn, zwłaszcza jak już się ledwo człowiek rusza.

Zasiadłem więc w małym pokoiku na niskiej drewnianej ławie przy drewnianym prostym stole. Paliła się świeczka, z kubka parowała gorąca herbata, Krzysztof pykał powoli swoją fajkę a Kazan drzemał w kącie. I tak powoli ta atmosfera po prostu mnie wessała. Dwudziestopierwszowieczny pustelnik i jego wierny towarzysz gościli dzisiaj dwóch skrajnie różnych ludzi - Don Gore to Bieszczadzka wyga, zna pewnie każdy kamień i drzewo na wszystkich szlakach, a ja, cóż, chce te góry pokazać. Bez prądu, bez bieżącej wody, bez odgłosów cywilizacji za oknem, bez ludzi naokoło - każdy powinien czegoś takiego doświadczyć, zafundować sobie choćby jednodniową kurację w takim stylu. Taka medialna i cywilizacyjna detoksykacja. Krzysztof okazał się bardzo przyjaznym i niesamowicie ciekawym człowiekiem. Rozmowa o wszystkim, bo na pewno nie o niczym, ciągnęła się powoli i konkretnie dłuższą chwilę. Ja wyskoczyłem jeszcze na moment by ustawić aparat na widok za Chatą. Było już ciemno ale na horyzoncie po niebie na kształt zorzy polarnej układała się łuna od świateł z odległej wioski. Kiedy po prawie dwóch godzinach wróciłem do aparatu obiektyw był zamarznięty i kompletnie pokryty śniegiem - zaczęło padać a wiatr wiał wprost na aparat. Jeszcze chwilę posiedziałem w ciepłym pokoju gospodarza i udałem się na odpoczynek. O czym rozmawialiśmy pisał nie będę, tematów było wiele. Krzysztof pokazał mi kilka wydrukowanych zdjęć - jak tam kiedyś zawitacie może będziecie mieli okazję je zobaczyć. Portrety ludzi gór mają w sobie to coś zwłaszcza w dobrym wykonaniu. W górach nie ma miejsca dla mięczaków i słabeuszy. Jeśli ktoś już tam mieszka to znaczy że potrafi sobie poradzić - łatwo w życiu nic nie przychodzi a w górach to życie ma inny wymiar, tam trzeba często walczyć. Służy to chyba niektórym.

Kiedy zajechaliśmy tego dnia przed południem na miejsce by na szlak się udać, trzeba było zaparkować samochód. Akurat drogą szedł staruszek więc spytałem go gdzie by można bezpiecznie zostawić wehikuł. Staruszek z radością odpowiedział że u niego na podwórku, kilkaset metrów w górę drogą, i że on nam pokaże i bramę otworzy. Jakież było moje zdumienie kiedy ten starszy pan pobiegł przed samochodem nawet nie dając szansy by go podwieźć. Nawet się nie zasapał. Daleko nie było ale w jego wieku - chciałbym mieć takie zdrowie. Góry ludzi hartują a dodatkowo zdaje się życzliwości uczą - staruszek kilka zdań z nami wymienił, był miły, otwarty, radosny. Inny świat.

Noc była krótka, ale wystarczyła by siły zregenerować. Po ciemku wstawałem by z aparatem gotowym być na to co dzień przyniesie.

3.

Bez śniadania o świcie w pełnym rynsztunku wyszedłem z Chaty Socjologa. Z zeskanowaną a następnie załadowaną na komórkę mapą mniej więcej wiedziałem gdzie się udać. Kolejny pomocny człowiek który zaangażował się w moje przygotowania do wyprawy, Józef Lisowski, zaznaczył mi nawet ikonkami aparatu gdzie jest dobre miejsce widokowe na Otrycie. I wszystko by było fajnie gdybym choć raz tam wcześniej był, gdyby była dobra widoczność i gdyby ścieżka nie była zasypana świeżym śniegiem. Jak jest tak dużo "gdyby" wiadomo że nie jest dobrze. Po drodze między drzewami wypatrzyłem prześwit więc była polanka ale szedłem dalej w nadziei na jakieś oczywiste znaki wskazujące na doskonałe miejsce do rozłożenia sprzętu - taka tablica z napisem "Na lewo punkt widokowy dla fotografów i filmowców" by załatwiła sprawę. W tych warunkach nie zdziwiłbym się jednak gdybym i tablice przegapił. Zawróciłem i na upatrzone wcześniej miejsce się udałem.

Szynę rozłożyłem na śniegu, poszło sprawnie i po kilku minutach aparat już pracował. Widok może nie powalał ale nie po to się tam wdrapałem żeby leniuchować. Jak zwykle jak już wszystko jest ustawione zaczynam się niecierpliwie kręcić naokoło - czy aby dobre miejsce wybrałem, może obok byłoby lepiej. Niby zanim sprzęt rozłożę na szybko się rozglądam po lokacji ale wątpliwości zawsze są. Jednego już się nauczyłem - ufać instynktowi. Jeśli czuję i się waham to nie ma co czekać. Trzeba przerwać i zacząć od nowa. Czasem nie ma czasu i wtedy jest ból. Bo jak przerwę to nie mam czasu usuwać zdjęć z aparatu a te sporo miejsca zajmują, plus słońce, kompletnie nieczułe na me wysiłki, żwawo płynie po niebie. Polecam poobserwować. Wschód słońca który większość z nas przesypia przy odpowiednich warunkach pogodowych to piękny spektakl. Nie ma dwóch jednakowych. Właśnie o wschodzie i zachodzie widać jak szybko słońce wędruje po niebie, nawet bez efektu filmu poklatkowego. W ciągu dnia kiedy jest wysoko nie da się tego zaobserwować.

Na polance

Tak więc jeden aparat robił swoje a ja złapałem w łapki drugi i już po chwili i ten pracował. Nie mogłem sobie pozwolić na to by widowisko ponad drzewami na skraju polanki przeszło w zapomnienie - co jakiś czas robiły się prześwity, takie świetlane dziury w masie kłębiącego się tam wciąż gęstego i szarego powietrza. Widowisko trwało dość długo a w żołądku odezwała się pustka. Myśli coraz żwawiej galopowały w kierunku Chaty bo przecież tam raz że cieplej, acz niewiele, a dwa jakieś śniadanie będzie i ciepła herbata.

No i jakoś tak szybciej składanie zeszło ekwipunku niż jego rozkładanie. Metalowy kubek z którego ulatuje para, a zmysły podpowiadają, że ten brunatny trunek będzie nie tylko ciepły ale także słodki, to jest to na co człowiek po ponad godzinie w terenie oczekuje. W miarę szybkie śniadanie, po nim krótkie pakowanie, formalności załatwione z gospodarzem bo dokumentem trzeba się wykazać i praktycznie można było iść. Tylko widzicie - na dworze zimno a Krzysztof zaprosił do swojego pokoju gdzie było bardzo przytulnie, zagadał jeszcze tematem z fotografią związanym i poczęstował chlebem ze smalcem i dodatkami. I tu się przyznać muszę - w kwestii jedzenia jestem "trudny" i ciężko mi się przekonać do pewnych rzeczy. Kanapki ze smalcem nigdy w życiu nie jadłem. Tutaj, w sprzyjających okolicznościach, widząc swojski chleb i smalec robiony przez tego człowieka skusiłem się. Taki instynkt o którym podróżnicy mówią - jedz to co tubylcy bo najlepsze. I choć nieprędko po taki smakołyk znowu sięgnę przyznaję się bez bicia że było pyszne. Jakieś dodatki tam były, jakieś kawałeczki mięsa może, nie wiem no i chleb, dobry Polski chleb którego na obczyźnie nie ma. Zjadłem i byłem zaskoczony że mi tak smakowało.

Tak więc było opóźnienie. Tak siedzieć i gadać można by godzinami. Samo zejście z Otrytu to była pestka, ja zdecydowanie lepiej znoszę schodzenie. Zaliczyłem bliskie spotkanie z gruntem, na szczęście kamienie pokryte warstwą śniegu aż tak bolesne w bliskim kontakcie nie są, natomiast zdałem sobie sprawę że muszę uważać. Duży i ciężki plecak, do niego przypięty statyw, przez ramię przewieszony w pokrowcu drugi statyw plus przez drugie ramię przerzucona szyna - nie czułem się jak kozica, raczej jak czołg, model mało zwrotny. Nie narzekam na brak refleksu i że tak powiem instynktownie wiem jak upadać by zminimalizować szkody jednak objuczony jak osioł podjąłem decyzję - więcej nie upadnę.

Wierzcie lub nie - udało mi się do końca wyprawy nie upaść.




Poniżej filmy będące efektem realizacji projektu:




Spontaniczny zapis wyprawy w zimowe Bieszczady w styczniu 2013:

Więcej na profilu oraz na stronie projektu Bieszczady Timelapse.



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011