Wyjazd kanału IRC #bieszczady

Relacje z impry listopadowej na stronie kanału IRC #bieszczady
zamieszczone na stronie kanału w 2001 roku

Drugiego Listopada 2001 do Przemyśla przyjechała Madziek eskortowana przez Łysego. Parę godzin potem pojechali ze Smusiem i SmuZZi w kierunku Bieszczad. Bawili się wybornie, jednak bez Lisa i Zielonego ta impreza nie była całkiem taka jaką być mogła, tak więc dzień poźniej wyżej wspomniani podążyli w ich ślady.

W Chatce Socjologa jest zawsze fajnie. Tym razem też nie było źle. Cóż więcej można dodać? Jeśli ktoś nie przeżył imprezy w schronisku na szczycie góry, to żaden opis mu nie odda tego klimatu. Uwierzcie na słowo, że było dokładnie tak, jak być powinno.

Fotki można stargać od razu całe archiwum.

A oto relacje poszczególnych uczestników imprezy - SmuZZi, Madźka, Smusia, Łysego, Zielonego i Lisa.

RELACJA SMUZZI

Na Otrycie 2 i 3 listopada (piątek i sobota) spotkali się bywalcy kanału bieszczady: Smus, |Lysy|, Madziek, Lisu, Zielony, Baltazar no i ja SmuZZi.
Miło było usłyszeć i ujrzeć (co niektórych) po raz pierwszy w "realu". To super ludzie, prawie tacy sami jak w "komputrze" :-).

Na Otrycie byłam drugi raz. Dlaczego? Przecież do tej pory nie lubiłam chodzić po górach ! A jednak- co jest w tym zakątku, co mnie zauroczyło. Nawet cieżka na Otryt mino tego że jest wstrząsająca nie jest już dla mnie taka straszna :-)

Schronisko jest pięknie położone, piękne widoki a przede wszystkim ludzie (Baltazar, Wojtki, Krzysiek ....) , którzy swój wolny czas, swoje serce wkładają w ten zakątek. To z kolei powoduje, że Otryt jest taki włanie a nie inny.

Nie ma tam zbytnich wygód : wodę trzeba przynieć z rzeczki, przypilnować ognia pod kuchnią gdy chcesz herbaty - ale mimo to bardzo mi się tam spodobało. Jesteś daleko : od miasta, jego tłoku, telewizora, komputera :-) masz czas dla siebie i najbliższych Ci osób.

Fajnie było np. usiąć w sobotnie popołudnie na tarasie i wygrzewając się do słoneczka, słuchać jak Smus gra na gitarze.

Wieczory też są bardzo miłe. Wtedy to włanie ludzie schodzą się do sali "kominkowej", zapalane są wiece i rozpoczyna się sielanka do późnych godzin nocnych. Jak mówi prezes Baltazar (trzeba słuchać!) "priorytet mają osoby bawiące się". Albo się dołączasz do grupy bawiącej, albo idziesz spać. A spanie nie jest takie łatwe przy znacznym hałasie , chyba że masz dobre spanie, zażyłeś kropelki na uspokojenie i jeste znieczulony na hałas albo masz zatyczki do uszu :-)

Na koniec mogę jedynie napisać:
WARTO POJECHAĆ NA OTRYT. JEŚLI TAM TRAFISZ,
Z PEWNOŚCIĄ WRÓCISZ - I TO NIE RAZ

SmuZZi


RELACJA MADŹKA

Pracę tą poświęcam Lisowi w uznaniu zasług jego wszelakich, na wielu gruntach i ugorach ;)

A było to tak... dawno i niedawno temu, szanowny pan Smuś wraz ze swoją oblubienicą, zaproponowali mi wyjazd do znanej mi juą Chaty Socjologa na Otrycie, żeby posłuchać ryku jeleni. Czas biegł i biegł... jelenie przestały ryczeć - cóż, takie życie - za to osób więcej pojechało ;)

Drogę przebyłam mimo, że od 5 rano to średnio do przeżycia się nadawało. W pociągu powitał mnie |Lysy|, a na dworcu czekał Lisu z uściskami. Następnie wykonałam bieg przez Przemyśl za oboma panami, którzy od czasu do czasu oglądając się za siebie (na mnie) pędzili w kierunku domku Smuzii. Tam kolejne uściski, pyszne "co nieco", kawusia, ostatnie macanie kompika i wyjazd w górki. Jako nagroda za błotniste dojście do chaty czekał Baltazar z dużą pyszniutką rozgrzeweczką.

Perswadowaliśmy w różne dłonie, jako że ludzi w tę pierwszą noc było dużo... dużo ludzi... dużo śpiewów... dużo rozmów. Dzień drugi rozpoczął się dla mnie wspomnieniami poprzedniej nocy od której wrażeń nie chciało przestać w głowie huczeć. Po uporządkowaniu wspomnień i chaty, udałam się pobierać nauki robienia zdjęć narzędziem dla "nieidiotów", okazało się jednak, że sprzęt wymaga koncentracji, której nie mogłam wskrzesić po wrażeniach dnia poprzedniego. Cóż... las był piękny, słonko świeciło, nic więc dziwnego że nauka poszła sobie w tenże las ;) Mała karciana rozgrywka w remika... hmm może nie będę pisała kto wygrał - z założenia skromna jestem - i przybyli wielcy nieobecni ;) niosąc w sobie radość oraz wielki bagaż radości zewnętrznej na plecach.

Uhmm wieczór tylu wirtuozów gitary... tyle rozmów, słów (Lisu w Twoje dłonie... (bynajmniej... [Lisu])), po cóż pisać, taki wieczór trzeba przeistnieć. Jak butelka... tak wszystko ma swój za szybki koniec. Powrót zatłoczonym pociągiem, ostatnie dysputy z Zielonym i szara rzeczywistość przeplatana pozostawionymi nitkami miłych wrażeń.

Madziek


RELACJA SMUSIA

Kiedy to ja ostatni raz byłem w Bieszczadach przez kilka dni? Otóż 10 lat temu. Wcześniej jeździło się, a jakże, ale ta dziesięcioletnia przerwa... Pod koniec września pojechaliśmy ze SmuZZi na Otryt (odbył się tradycyjnie pieczony na ognisku "baran"). Kto był w Chacie Socjologa ten nachwalić się tamtejszej atmosfery nie mógł, wiec trzeba było sprawdzić. Tym bardziej, że wuj Smuzzi to Baltazar we własnej osobie. I po przetarciu szlaku nie mieliśmy juz wyjścia - trzeba było wrócić.

Pamietnego piątku (02.11.01) ekipa w składzie SmuZZi, Madziek, |Lysy| i rzecz jasna ja wsiedliśmy w auteczko i ziiiuuuummmmm... do Chaty. Bez żadnych przygód zajechaliśmy na miejsce, postawili autko w siedlisku Ciąborów i zaczęła się wspinaczka. Po jakiejś godzinie marszu w błocku - dotarliśmy!

Zainstalowaliśmy się dość szybko, ochłoneliśmy i dlugo nie trzeba bylo czekać. Chociaż sam (niestety lub stety...) nie używam alkoholu to wiem, że do integracji i skończenia zbędnych ceregieli dobra woodzia jest niezastapiona. Długo nie myśląc, wyjąłem dwa litry przepalanki własnej roboty a'la "lisówka" (kto pił ten wie cio to) i się zaczeło!

Zaraz, ni z tąd ni z owąd, towarzystwo nabrało wspólnych tematów i nastąpił szereg niekończących sie toastów: hasło - "w twoje ręce perswaduję", odzew - "bynajmniej, jest mi to nieobojętne". Już samo oglądanie tego ceremoniału może ukontentować każdego mieszczucha.

Od rzemyczka do koniczka i pojawiały sie coraz to nowe źródła tej "wody zdrojowej z Lisbony" :-))). Jak to w szczegółach wyglądało musisz - czytelniku - zobaczyć sam. Szkoda gadać, trzeba być!

W sobotę troche porządków w sali kominkowej i oczekiwanie na przyjazd Lisa i zielonego. Było koło 17:00 jak zaczeliśmy martwić sie co z nimi; nigdy tu nie byli, nie znają szlaku, ciemno, nie wiadomo czy wzięli latarki... ech...

Aż tu 19:00 i SĄ! PRZYSZLI! I od tej chwili to co się w chacie działo to JAZDA BEZ TRZYMANKI OBURĄCZ. Kto nie był w chacie niech uważa na tzw. stałych bywalców czyli Wojtków i Krzysia. Jeśli nie masz refleksu i celnej riposty nie jedź tam - oni po prostu muszą wystawić "nowego" na próbe. Nie ma w ich docinkach cienia złośliwości, są ludźmi gór i muszą zwyczajnie sprawdzić z kim siadają do stołu. Śmiechawy jest przy tym co nie miara. Lisu bez zmrużenia oka odpowiadał bez pudła, ale |Lysy| przyjął zakład - miał NIC nie mówić o kompach. Wytrzymał pół doby (twardziel hehehe). Niestety przegrał. I co? I musiał nosić wode z ujęcia do końca wieczoru, co też honorowo czynił. W międzyczasie SmuZZi nauczyła się, że w tym schronisku sprawą priorytetową jest zabawa. Chciała nas o pół do drugiej w nocy uciszyć, ale gdzie tam... nie udało jej się :-) Po drugiej zabawowej nocy trzeba bylo, nie ukrywam, że z żalem odjechać stamtąd.

I tak tam jeszcze wrócimy ;)

Smus


RELACJA ŁYSEGO

Właściwie to pojechałem na Otryt z zamiarem pożegnania gór na okres zimowego zastoju, ale mam nadzieję, że nie będzie mi to dane. Powiedzmy, że tyle tytułem wstępu.

Wszystko zaczęło się od mojego wtargnięcia do pociągu do Przemyśla i tam ujrzałem stojącą i czekającą na mnie Madziek. Po ciepłym przywitaniu zasiedliśmy w przedziale i toczyliśmy miłą dyskusję do momentu, kiedy to naszym oczom ukazał się dworzec w Przemyślu. Tam już z sercem na dłoni i ciepłymi słowami na powitanie czekał na nas Lisu. Tą wesołą gromadką ruszyliśmy do miejsca zamieszkania Smuzzi gdzie dokonała się reszta "cudu przemyskiego" - zmiana spirytusu w cudowną wódeczkę, nasze żołądki zostały nakarmione cudnie przyrządzoną kiełbaską i napojone równie dobrą kawą.

"W drogę" - czekaliśmy na te słowa troszkę, choć nie bardzo długo. Załadunek Mesia i nas do niego i brrrrrrrrrrrrrrrrrruuuummmm i już polecieliśmy zdobywać nowy zestaw wrażeń. Rozpieszczani przez zachodzące słońce mknęliśmy w kierunku Dwerniczka gdzie został pozostawiony Mesio, a my wraz z ostatnimi promieniami słońca ruszyliśmy spowici w blask księżyca, błotnistą drogą w kierunku Chaty. W drodze lekko nam się pomyliły azymuty i zamiast wyjść z dołu doszliśmy pod Chatę od góry, gdzie dostałem na powitanie wiązką światła po ślepiach i jakoś po omacku się doczołgałem do drzwi. Po ulokowaniu się na legowisku koło komina, co zapewniało miłe ciepełko w nocnym chłodzie, nie czekaliśmy długo na rozpoczęcie przywiezionego poczęstunku. W tym momencie poczęstunek jakby się rozmnożył i zamiast jednej butelki, było ich na stole już kilka, no i tez się wyczarowała tubylcza kiełbasa mniam :). Zaczęło się perswadowanie, każdego do każdego ja nie odmawiałem (zresztą gorzały i pacierza nie odmawiam). Tak, więc z uwagi na moje strategiczne usadowienie, co chwila mogłem usłyszeć tekst "W twoje ręce perswaduje", co oczywiście "bynajmniej jest mi to nieobojętne". W końcu stałem się odporny na perswazje i rzekłem Smusiowi "Mam dość, idę spać" i w tym momencie ktoś wyłączył mi wizję.

Ranek był ciężki, na samym początku spróbowałem złapać poziom, bo o pionie to już szkoda w ogóle wspominać. Łyk zimnego piwa, był dla mnie zbawienny, a późniejsze spicie ostatniego baniaka resztek z wieczornej imprezy pozwoliło mi w miarę normalnie zacząć funkcjonować. Po wchłonięciu śniadanka i posprzątaniu pozostałości po imprezie wyruszyłem z Madziek na spacerek mający ją zaznajomić z obsługą prostego aparatu, jakim jest Zenit 122. Słoneczko nas rozpieszczało tak samo jak całe otoczenie. Wróciliśmy po kilku godzinach zgłodniali, ale zadowoleni z udanego spacerku. Przeżuliśmy szybki obiadek i aby zabić czas zaczęliśmy grać w karty w oczekiwaniu na objawienie się Lisa i Zielonego. Niestety wtedy to spotkała mnie rzecz haniebna, jaką było przegranie zakładu - miałem nic nie mówić o komputerach, ale wyrwało mi się, za co stałem się nosiwodą - zajęcie w miarę ciekawe, ale strasznie monotonne, bo ileż to razy można wchodzić pod tą samą górkę z wiadrami z;wodą. Długo oczekiwani wreszcie się pojawili i zaczęło się, impreza na całego znowu pełna perswazji i braku obojętności. Przesadziłem, ostatnią rzeczą, jaką pamiętam było wlanie w siebie szklanki gorzały naraz i znowu straciłem wizję, która powróciła dopiero o 7 rano dnia następnego.

Powrót do domu upłynął mi na zmniejszaniu, upojenia alkoholowego, jednak stan ten opuścił mnie dopiero w momencie, kiedy pożegnałem się z Madziek i Zielonym na dworcu w Łańcucie.

Łysy


RELACJA ZIELONEGO

Zostałem zmuszony więc piszę. Na Otrycie byłem, ale to nie było takie hop-siup, że wsiadłem i pojechałem, szczególnie, że wybrałem się z kolegą Lisem, który swoją osobą dostarcza przygód wszelakich. Opisze zdecydowanie mało tych przygóda to ze względu na nie_pamięć. Z przecieków wiedzieliśmy, że impreza wogóle się tam nie kręci i potrzeba jest bawidamków, więc poczuliśmy się. Zaangażowałem w to blusia mego, który był nam druhem, ale nie zawsze. Otóż kolega Lis zaproponował, żeby zostawić blusia u swojego kolegi. Zgodziłem się. Nie wiedziałem jednak, że kolega tam nie mieszka, tylko się tam zwykle wypasa w stylu letniskowym. Jak przystało na styl letniskowy, dojazd był ciężki w stylu camel trophy, natomiast bluś jest samochodem miejskim i odmówił wspinaczki górskiej, zostawienie go na poboczu drogi też nie wchodziło w rachubę. Sklinając cicho kolegę Lisa staraliśmy się go wyprowadzić w górę. Nie dał się po wielokroć. Zatrzymaliśmy zatem samochód, który przejeżdżał. Całkiem miła rodzinka wysiadła z samochodu w czyściutkich ubrankach, a ja ich zapraszam do pchnięcia w błocie blusia w góre, zgodzili się i pewnie żałowali tego tak dobrego uczynku. W końcu samochód się udało pozostawić u bardzo miłej pani z psem bez oka, jak to ja ją nazwałem. Jako, że nastała już ciemność, świetnym pomysłem było wybrać się w góry, a dlaczego? a dlatego że mamy latarkę. No to poszli, błoto, hardkor, brak szlaku (mapa została w samochodzie -- szkoda żeby się ubrudziła), w pewnym momencie myślałem, że kolega Lis straci nadzieję, a tu wspomniany zanurzył się po kolana w błocie. Po omacku udało nam się natrafić na szlak, który prowadził w górę (tak tak Lisu, góry to góry). Brneliśmy tak czas długi, napotykając o wiele młodsze ogiery od nas, które śmiało i z nostalgią wspominały wypitą poprzedniego wieczora wódzię, która się okazała produkcją naszego kanałowego magika Lisa. Na tą wiadomość kolega Lis pofrunął jak na skrzydłach w górę.

Większość znajdujących się tam mordek nie widziałem, a szczerze powiem to znana mi była tylko morda Łysego (strasznie długo), a że Smus wykrzyknął "zielony, kudłaty" (skubaniec pierwszy raz mnie widział na oczy i już wiedział). Później było już tylko dobrze. Rozmowy nie_o_komputerach, przemiłe śpiewogranie z Madziek, Smusiem i Lisem, zaganianie Łysego do roboty (obijał się strasznie), gadanie o pięknie z Prezesem jakie nas spotka z jego Nokią... i same miłe rzeczy które zostały pominięte, a których zawsze będę pamiętał.

Wspaniali ludzie, co mnie zdziwiło, po takich spotkaniach typowo IRCowych ciężko powiedzieć, że jest się autentycznym, że ktoś był autentyczny, a tu masz, inaczej Was sobie po prostu nie wyobrażałem, nie potrzebowałem używać nadinterpretacji. Nie omieszkałem nadużywać słów "dam radę", ale podobno Wam to nie przeszkadzało.

Zielony


RELACJA LISA

Było fajnie.

W czwartek przyjechała Zmorka. Niestety nie minęły dwie godziny, a już Baltazar swym uroczym autkiem pobrał ją do Ustrzyk. I to tyle na temat Zmorki - niestety nie dotarła na Otryt, chociaż obiecała, że następnym razem dotrze. Trzymamy Cię Zmorko za słowo!

W piątek przyjechała Madziek eskortowana od Rzeszowa z Łysym. Pozwoliłem sobie wyjść po nich na stację, a kiedy przyjechali, poszliśmy do SmuZZi. Nie minęło dużo czasu, a wszyscy pojechali już w strone Bieszczad. Niestety obowiązki nie pozwoliły mi jechać z nimi, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W sobotę przyjechał Zielony i po załatwieniu paru mniej lub bardziej ważnych spraw i my udaliśmy się tam, gdzie udać się należało.

Nie będę wspominał o takich drobiazgach jak pchanie Blusia (tak się bowiem Zielonego auto wabi) bo oczywistym jest, że ze swoim podejściem "Jak się da zjechać to i wyjechać sie da" zawsze muszę wpakować cudze auto w niezbyt dobre miejsce.

Przypadkowo zabrana latarka uratowała imprezę, a dokładnie naszą obecność tam. Nie zmienia to jednak faktu, że gdybyśmy od razu weszli na szlak, a nie błądzili półtorej kilometra w błocie po pas, doszlibyśmy na Otryt nieco szybciej. Ale w sumie doszliśmy. I to oczywiście nieprawda, że byłem bliski zwątpienia stojąc w tym błocie, patrząc jak światło latarki gaśnie itp itp. Oczywiście mija się też z prawdą o pare kilometrów pomówienie, jakobym miał bardzo słaba formę. Otóż ja W OGÓLE nie mam formy, nie mogła byc więc ona słaba. No ale daliśmy radę...

A na górze jak to na górze - impreza, gitary, świeczki, śpiewanie, tony smażonej kiełbasy (niesionej zresztą przeze mnie na plecach na szczyt) i takie tam klimaty. Stado bardzo miłych ludzi. Wspominałem już o kiełbasie? To dobrze. Bo było jej dużo. Aaaa! I jeszcze kiełbasa! No właśnie. Potem graliśmy na gitarach (strasze rzeczy robię muzyce, ale obiecuję, to był ostatni raz, juz nie będę grał i śpiewał... no, może nie w tym tygodniu :]). Siekiera, 1000000 Bułgarów, Kupaliści, Lady Pank - znacie wszystko, nieprawdaż? :]

Aha.. Jeszcze ranek... Ranek okazał sie wyjątkowo łaskawy dla mnie. A zejście z góry dziwnym trafem okazało się łatwiejsze niż wyjście... Widział kto kiedy takie dziwy? :]

No i to tyle. Następnym razem będzie też miło.

Lisu



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011