Powrót Ducha

Wspinaczka na grzbiet Otrytu, niestety nie widać na zdjęciu różnicy wzniesień. Na przodzie przedziera się przez śnieg Michał, potem "Green" i "Misiek". Schronisko Studenckie Chata Socjologa na Otrycie

Powrót Ducha

Przyznać trzeba że wyzwanie przed którym stoję zaczynając pisać ten tekst bynajmniej nie napawa wiarą w zadawalający efekt . Od jakiegoś czasu mam coraz większą trudność w składaniu ze słów takich opowieści. Odsuwa się w przyszły niebyt mój Obraz filmu MATRIX, coraz bardziej nieosiągalna staje się perspektywa Objęcia Mityczną Nicią Istot zwanych HEXEN. A tu spotykamy się z zadaniem chyba najpilniejszym, nim pamięć zacznie zacierać jakże wyraźne jeszcze ślady Bieszczadzkich wrażeń z Wojtkowego Święta. Właśnie przeczytałem jego relację z tego wydarzenia - wydała mi się zbyt "stenograficzna" [Dzień Niedźwiedzia] , może ją uzupełnię czymś, co teraz napiszę.

Kilka reminiscencji:

1. Niewiele było w tym czasie miejsc w tym kraju gdzie warunki do takowego przedsięwzięcia byłyby jeszcze trudniejsze.

2. Na ten wyjazd oczekiwałem już od dłuższego czasu, jak zwykle jest to też dla mnie rodzaj detoksykacji z miejskich Złych Wibracji. Poza tym "Wschód" jest dla mnie miejscem "Odbudowy Etycznej" - stamtąd znacznie lepiej widać że cywilizacja , którą mimochodem budujemy, ma również ciemniejsze barwy, by nie napisać - że ..... czerni się w samoskręcającej się sprężynie "Zagłady". Widmo Pociągu - 11 godz. odrętwienia - ominąłem wybierając 9 godz. PKS - dojeżdża też trochę dalej niż pociąg. Zagórzańska "Śmierć" odsunięta.

3. Gdy dotarłem do Suchych Rzek [ tamtejsze Schronisko ZHP szczególnie poza sezonem - polecam każdemu] , następnego dnia dowiedziałem się że ... rejon ten jest odcięty od świata przez kolejne fale zamieci śnieżnych. (trwało to jednak tylko kilka godzin). Nie powiem korytarz drogi wdrążony w śniegowej powłoce grubości metr z hakiem robił wrażenie - Takiej zimy jeszcze nie widziałem . Zrobiłem zakupy i w drogę . Zajrzałem do "Prezesa". Cała rodzina w komplecie. Ten jego dom powoli staje się dziełem sztuki. Zdaje się być wartością samą w sobie. Coś niezwykłego. Starałem się namówić "Prezesa" na spisanie swoich wspomnień z lat "burzy i naporu", ale chyba jeszcze nie czas, jeszcze nie.

4.W dość ładnej pogodzie [sobota - g. 14.00] zaczynam wdrapywać się na Otryt z plecakiem obciążonym prowiantem na 3 dni. Zastanawiam się ile ludzi przyjedzie na Wojtkowy ZLOT w takich warunkach. Ani śladu ludzkiej stopy. Próbuję iść szlakiem, w nadziei że po wejściu do lasu śniegu będzie mniej. Bez sensu tracę siły na 100 m. odcinku w śniegu po same krocze. Śniegu jest coraz więcej, a pogoda się psuje. Więc drogą zrębową, byle na grzbiet, potem schronisko jakoś znajdę. Zrąb prowadzi ostro w górę, ale niestety szybko się kończy po 200-300 m. Zaczyna się przebijanie przez śnieg Tempo spada do niezwykłego minimum - zrobienie kolejnego kroku naprzód staje się zadaniem samym w sobie. Śniegu zdaje się przybywać. W jakimś momencie staje się to wręcz komiczne - gdy nogi zakrocznej nie ma jak wyciągnąć do przodu ponieważ śniegu jest ponad biodra ! Mija jakże cenny w takiej sytuacji Czas . Nadchodzi śnieżna zamieć , potężny wiatr ze śniegiem, .... i robi się ciemno. Sceneria syberyjska. Dodatkowo trudno określić ile jeszcze do celu, oraz dokładne jego położenie . Nie ma też baterii do latarki ( w sklepie były 2 a mnie potrzebne są 3, zapomniałem też o zapalniczce ) Od pasa w dół wszystko jest mokre. Śnieg dostaje się pod nogawki. Po doświadczeniach na Połoninach - zima przed 2 laty, teraz łatwiej jest mi ocenić punkt krytyczny, Nadchodzi zmrok, a do ciała dociera już wewnętrzny chłód - a więc odwrót. Po śladach idzie się wielokrotnie szybciej i bez takiego wydatku energii. Docieram już zziębnięty, w nocy do chaty Ciomborów. Ich serdeczność jest dla mnie wręcz wstrząsająca - w MIEŚCIE wręcz niewyobrażalna. Przypomniała mi się legendarna książeczka "MIĘSO" - kiedyś popularyzowana przez KKE. W "telewizorni" informacja że poprzedniej nocy mało nie przekręciła się grupa 12 turystów w czasie wycieczki na TARNICĘ. Odgrzebali ich GOPRowcy, w chwili gdy już z rozpaczy zaczęli zdejmować zlodzone buty. To nie są łatwe góry, ...... CZAS NIEDŹWIEDZIA. Zastanawiam się czy rozpoczęcie "wspinaczki" następnego dnia np. o 9.00 znacząco poprawi moją sytuację. Obejściem problemu byłyby rakiety śniegowe , ale takowe ma tylko gospodarz chaty, który akurat teraz jest na górze. No i pytanie - Co z resztą towarzystwa ? Nie mija godzina ,gdy otwierają się drzwi domostwa. Wchodzi 3 "naszych" . Zziębnięci i przemoczeni, jak ja przed momentem. Jakimś przypadkiem minęliśmy się na rozwidleniach zrębówki. Dotarli do miejsca mojego odwrotu i w zaistniałej sytuacji również zawrócili (wszyscy po raz pierwszy w tym rejonie). Jest nas 4 - "Rogal", "Green", "Misiek" i ja , kolejna próba powinna być łatwiejsza. Póki co gospodarze w całości użyczają nam swojego najcieplejszego pokoju w całym domostwie, oraz swoich łóżek . O takiej serdeczności trudno zapomnieć.

5. Następnego dnia ruszamy przed 11.00 Pogoda znacznie lepsza, nie wieje . Brak nowych opadów śniegu. Przebijać drogę miał "Misiek" z odciążonym plecakiem, ale faktycznie przebił nam ja "Rogal" (Michał) , którego samozaparcie było i jest godne podziwu. On też zapłacił najwyższą cenę energii za przebicie tej drogi na szczyt. Z uwagi iż był to dla nas typowy "marsz na orientację" kolejna wichura na grzbiecie, świadomość że odwrotu już nie ma, wyczerpanie i wyziębienie , oraz widok ..... że każda droga .... prowadzi w dół (!!!) ponownie wprowadziło nas w stan napięcia krytycznego. W tym właśnie momencie "Green" dostrzegł Chatę. Jesteśmy...... w tej baśni o Królowej Śniegu.... po 3,5 godz. w schronisku. Po kilku godzinach już o zmroku dociera Wojtek Jóźwiak z grupą 5-7 osobową..... tą "Aleją Zboczeńców" jak nazwał to chyba Ignac - Droga idąca bokiem, nie szlakiem. Potem kolejna grupa itd. Nikomu nie było tam łatwo - ...... ŚWIĘTO NIEDŹWIEDZIA.

6. Tego niedzielnego wieczoru posród chłodu i ogólnego wyczerpania., perspektywa szukania w 1,3- 1,5 m. śniegu np. kamieni pod łaźnię wydawała się czystą abstrakcją, skoro już sama droga do kibla stawała się "Wyzwaniem".

7. Ale następnego dnia wszystko działało. "Przywieźliśmy z sobą" .... Odwilż . Pojawiła się ona po raz pierwszy od ponad miesiąca. Znakomicie ułatwiła wszystko. Warstwa śniegu opadała średnio ok. 10 cm dziennie. Była też ...... wachta w kuchni, byli Ochotnicy , którzy ruszyli po prowiant, byli Ci , którzy szukali kamieni, oraz ściągali drewno pod okiem Wojtka Ciombora - gospodarza w Chacie Socjologa. Henryk zaproponował Wojtkowi miejsce "ceremonii" obok Lectorium - sprawdziło się znakomicie. Mnie wraz z "Greenem" i "Rogalem" przypadło odkopanie spod grubej warstwy śniegu terenu pod sweatlodge, i ognisko. Nie wyglądało to zachęcająco , ale jak się stoi to się natychmiast robi zimno, więc machaliśmy ..... łopata za łopatą. Potem ustawianie konstrukcji kopuły..... i na wieczór dość nieoczekiwanie dla nas samych wszystko było gotowe, pod rozpalenie 1 "Łaźni Potów". Nie szło to gładko, część "załogi" tego "śnieżnego czołgu" ciemno to widziała - wcześniej poszli spać. Ci co pozostali wzięli udział w tej pierwszej łaźni. Temperatura była umiarkowana , jak na łaźnię. W pozycji stojącej jednak pot spływał już strumieniami, a i tak nikt nie wytrzymał takiego pozycji dłuższy czas. Wrażenia ? Są pewnie dość indywidualne, wymykają się z opisu słowami. Uczestniczyłem w czymś takim pierwszy raz w życiu. Wiele razy opowiadał mi np. Henryk o łaźni, saunie. W żaden sposób nie oddaje to istoty. Więc się nie będę tu wysilał. Może o tyle tylko porównanie, bym ją opisał tak, że ta pierwsza była może bardziej w klimacie "mistyczna" od drugiej, ale to zależało od "składu ludzkiego" wewnątrz. Siedzieliśmy tam 2 godziny . Subiektywnie natomiast czas płynie tam znacznie wolniej .

8. Trochę irytowały mnie skłonności mitomańskie niektórych, ale nie było tego wiele, choć również źle brzmiały w moich uszach głosy prześmiewcze. Jak zwykle , w trakcie nowych doświadczeń lepiej się czuję gdy mniej jest słów, a więcej "Dziania Się". Mantry w w sweatlodge to coś niezwykłego, jeszcze kilka może rzeczy.

Rodman, Janek i Wojtek w śnieżnym wykopie, w tle kopuła sweatlodge.

9. Bardziej czułem to jako początek czegoś nowego, ewentualnie i już bardziej na siłę wskrzeszanie Ducha Czarownic Europy niż sięganie po spuściznę Duchową Indian Amerykańskich Prerii, do czego nawiązywał Wojtek. Nie, oni mimo wszystko są zbyt odlegli. Tak jak te Niedźwiedzie, dręczone w ZOO - a tylko w tej postaci je Znamy, czy mordowane przez Człowieka w nielicznych już lasach. Dla mnie to poszukiwanie źródeł przemiany w nas, Takich jakimi jesteśmy. Odkrywanie czegoś czego inaczej nie dostrzeżemy, w tej nierzeczywistej scenerii stoków Otrytu - miejsca z innej bajki.

10.Tej przemiany chyba potrzebujemy. Stąd może ta niezwykła Słowność tych, którzy zapowiedzieli swoje pojawienie się . Zjawili się chyba wszyscy. Zastanowiło mnie jedno - brak przepaści pokoleniowej. To daje mi do myślenia od jakiegoś czasu. Może po raz pierwszy od okresu przed rewolucja rosyjską.

11. Kolejny dzień . Praca - poszerzanie terenu bez śniegu pod ogniową ścieżkę, znoszenie drewna etc. Mniej już wyczerpująca niż dnia poprzedniego. Ale równie potrzebna. Bez niej uczestnik Wojtkowych działań czułby się jak kinoman oglądający MATRIX z kasety wideo, mimo że widział go już w np. w "Multikinie" . Przyszło mi do głowy w tym czasie , że niektóre scenki z tych prac ktoś z poczuciem humoru, mógłby zatytułować "Tak budowano komunizm" - chodzi mi o absurdalną niefunkcjonalność (w sensie kapitalistycznym) całego przedsięwzięcia, i spontaniczne weń zaangażowanie niemałej grupy mężczyzn. Ale przecież To było ŚWIĘTO!!!

12. Ścieżka ognia. Napiszę tylko tyle - w czasie przygotowywanie żaru z Mateuszem i Sławkiem niezwykle łatwo zeszło się na temat eksterminacji "czarownic" w czasach Renesansu. Wojtek stanowczo przestrzegał przed wpadaniem w "złe skojarzenia" - podobnie jak z tymi dręczonymi niedźwiedziami. Ale dla mnie nie są one takie złe - po prostu coś głęboko ściśniętego w niezwykłej scenerii Nocy i Czerwonego żaru ulega .... dekompresji. W momencie kulminacji - ..... niebo się otworzyło(!!!), spod grubej zwykle powłoki chmur ukazując pełen firmament gwiazd . Podobnie było pierwszego dnia w czasie ceremonii sweatlodge. Natomiast ostatniego dnia.... taka koincydencja nie wystąpiła. (Może to efekt obecności "Jagi" w schronisku (he, he.... na szczęście nie wyraziła ona zainteresowania samymi ceremoniami)

13. Druga łaźnia potów. Mimo że "technicznie" znacznie lepiej dopracowana (technologia obróbki ognia, 2 fazy podgrzewania kamieni, mimo że udało się wytworzyć temperaturę, w pewnym momencie w połączeniu z parą wodną już nie do wytrzymania - Jedynie Juliusz na moje pytania - Juliusz - Jest dobrze ? - odpowiadał - LAĆ ! (dalej)) ..... Nie była już takim "szokiem duchowym" jak pierwsze doświadczenie. Zapadły mi w pamięci znakomite mantry "Miśka", który w takim miejscu ukazał swój cały kunszt "szamana" , niezwykła odporność Juliusza, no i zakończenie Święta nad żarem ogniska przez Wojtka.. Mam jednak poczucie, że egalitarny krąg MOCY - jakim niewątpliwie jest łaźnia, można budować do ok. 12 osób. Przy większej ilości uczestników trzeba by całość jakoś strukturalizować rytuałem by podtrzymać łączność z Sacrum . Bez tego coś się rozłazi, ale ..... owa "struktura" jakoś na starcie wzmaga moją nieufność. Tu gdzieś kryje się moja odpowiedź na inklinacje Henryka by z takich działań utworzyć wręcz "szkoły" . Brrrr....

14. Kolejna myśl: Niespodziewanie zadziałała jako grupa "Wirtualna" dotąd społeczność Wojtkowej Listy "SZAMANIZM". Było zaskakującym jak dobrze.

15. Potwierdziła się Zgodność Stanu Świadomości Wojtka z Kosmicznym Wymiarem TEGO CO JEST I SIĘ STAJE. Mimo że z początku i on nie "do końca wierzył" w realność przeprowadzenia całego "Ceremoniału" (jakoś nie pasuje mi pojęcie Warsztatu), wszystko się stało tak jak sobie wymyślił, w najtrudniejszych warunkach jakie sobie mógł znaleźć w naszym kraju w tym czasie..

16. Jadąc tam znałem: Henryka , Wojtka , Pawła. Tam "Mój Świat" składający się przede wszystkim z ludzi ( mniej w nim zwierząt, Natury etc.) powiększył się o .... "Greena", "Rogala", "Miśka", Andrzeja, "Chitę", Mateusza, Sławka, Alberta, Janka i innych, no i oczywiście Juliusza! ..... Tak, przez to stał się może ciut innym.

17. A i OTRYT dla mnie na ten krótki Czas znów stał się miejscem Świętym . Jest to góra Mocy, choć myliłby się ten, kto szukałby tam religijnych uniesień. Nie nie, ta Moc jest Innego Charakteru. Henryk już w swych wielkich Wizjach widział już w niej Miejsce Wojowniczych Inicjacji. Nie, to nie tak. "Ducha Ukraińskiej Siwuchy" nie ma co pochopnie przeganiać -Znane Akcje Henryka sprzed lat, z rozbijaniem butelek wódki w ognisku. Henryk wskazał więc na Rytualizację Ceremonii spirytusowej Ekstazy. Może tak.

Front pracy pod lectorium......

18. Szczególne słowa podziękowania należą się gospodarzowi Chaty - Wojtkowi Ciomborowi. Mimo że do "Dziwnych działań" zachował "słuszny dystans" , pomagał nam jak tylko mógł by całość przebiegła jak najsprawniej. Bez jego przychylności nic nie byłoby takie jak było. Nie jest mu tam łatwo , jak zresztą nikomu , kto tam siedział choć kilka miesięcy. Przy nim jednak chata ulega stopniowej restauracji, przy czym nie traci swego charakteru (!!!) Może też dlatego mogła się stać MIEJSCEM tak udanego NIEDŹWIEDZIEGO ŚWIĘTA. Dla mnie ów Powrót Ducha, to przywołanie osobistego sentymentu do tego miejsca biorącego swój początek w czasach "robotniczych praktyk" w latach 80-tych właśnie na Otrycie, przez niezwykle dla mnie ważne Spotkaniem z Januszem z Zabrza, jakiejś pięknej Zimy przed laty , kończąc .... na tych właśnie wspomnieniach sprzed kilku dni. Jakże potrzeba takiego miejsca, w chwili gdy nie ma już Wańka Działu ! Miejsca gdzie kończy się TOTALITARNY REŻIM MIASTA!

20. No i Wielkie Gratulacje Dla Mistrza .... tej ceremonii.... Wojtka Jóźwiaka ! On to słowa, które od miesięcy wybrzmiewają na Henrykowym Seminarium przekuł w czyn !!! , a w jego dalszych planach .... "dalsze rozwinięcie tematu" . Zgadzam się z Nim ... Pierwsze kroki zostały Zrobione : Szałstry i Otryt.



( na koniec sprostowanie do tekstu Wojtka (moja walka z mitomanią) : gospodarz chaty Wojtek Ciombor nie widział na OTRYCIE(!!!) żywej duszy przez 28 dni, ale on tyle czasu tam przecież nie "kiblował"..... (przypomniała mi się scena z dawnego filmu z Flipem i Flapem - musiałby mieć obok siebie Góóórę konserw!!! Oczywiście w tym czasie schodził na dół m. in. do domu rodzinnego w Dwerniku -ostatnio bodajże we wtorek - W tym to czasie zaliczył 4.5 godzinną wspinaczkę do schroniska - zwykle latem dotarcie tam zajmuje 50 min. - w śniegu miejscami po same ramiona!!! Szedł chwytając się gałęzi drzew.

Rodman
2000



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011