Moje komuny i sekty

Artykuł pochodzi z witryny TARAKA i stanowi pierwszą część dłuższej opowieści.

1. Animator || 2. Guru || 3. Druch || 4. Lama || 5. Medicine-man

styczeń 2001
Wojciech Jóźwiak

Moje komuny i sekty
rozdział pierwszy
Animator i góra O.

Każda komuna i sekta jest przedsięwzięciem kierowanym jednoosobowo: to znaczy ma jednego twórcę-wodza-mistrza. Ja spotkałem pięciu Wielkich Ludzi, wokół których gromadziły się takie towarzystwa. Czy w tym, co tu piszę, więcej jest podziwu czy ironii, stwierdzisz, kiedy przeczytasz.

Animatora spotkałem w roku 1976 na górze O. Miałem wtedy 25 lat. Trzeba tu więcej komentarza. To była sytuacja szczególna: że był rok 76 i miałem 25 lat. Otóż w 1976 roku była Komuna, to znaczy rządzili komuniści, występujący w Polsce po skrótem PZPR. Rządzili już 32 lata i czuli się bardzo pewni siebie; mieli rządzić jeszcze 13 lat - ale tego oczywiście żaden jasnowidz wtedy nie wiedział, chociaż bardziej wtajemniczeni czytali książeczkę Andrieja Amalryka "Czy Związek Sowiecki przetrwa do roku 1984?".

Co znaczyła Komuna dla 25-letniego człowieka, z dyplomem studiów przyrodniczych? Zresztą ten dyplom nie był najważniejszy, bez niego byłoby to samo. Starzy Publicyści propagują pogląd, że Komuna to była niewola narodu, nędza i cenzura. Z mojego i moich rówieśników punktu widzenia to było niezupełnie tak. Niewoli się tak strasznie nie odczuwało, nędzy nie było, z cenzurą użerali się tylko ci, którzy już coś mieli do powiedzenia. Co innego było najgorsze: beznadzieja. Kompletny brak perspektyw. PRL za rządów PZPR był jedną wielką poczekalnią. Rządzili starzy, mówiący o sobie "ja-ja-ko-były partyzant", rządziła sitwa która zajęła w Marcu (1968) stołki po wypędzonych Żydach, a reszta populacji snuła się na zwolnionych obrotach, jak w jakimś sanatorium, domu starców, do którego trafiało się po studiach. Reguła była taka, że na własną rękę nic nie można było zrobić. Każdy, kto miał trochę pomysłów w głowie, w końcu natrafiał na nie można ze strony takich czy innych Władz. Dlatego kwiat młodzieży nie o karierze, nie o żadnym ruchu w górę wtedy myślał, tylko jak tu się odciąć, jak odpaść (drop out - jak mawiali hippisi w USA dziesięć lat wcześniej, zakładając swoje Drop Cities). Dlaczego w tamtych czasach taka przyciągającą siłę miał mit Bieszczadów. Bo Bieszczady to była mityczna ziemia wolnych ludzi, gdzie można było być Innym czyli Sobą. Żył wtedy jeszcze (chociaż go nie poznałem) główny bard bieszczadzkich włóczykijów - Edward Stachura.

Góra O. gdzie poznałem Animatora leżała w Bieszczadach. On sam był ledwo dwa lata starszy ode mnie. Czego dokonał: zebrał grupę podobnych entuzjastów i z nimi (a może raczej nimi?) zbudował na górze O. schronisko. Dziś na takie rzeczy trzeba mieć masę pieniędzy, kupić ziemię, mieć tytuł własności... Animator nie miał nic. Dokonał tego metodą wydeptywania dróg do miejscowych i warszawskich Wpływowych Ludzi, picia z jednymi i zanudzania innych. To był w tamtych czasach ogromny talent: umiejętność zyskiwania sobie Dojść. W tej dziedzinie był niewątpliwym geniuszem. Później próbowałem go (na maleńką skalę) naśladować, i natychmiast się okazywało, jak trudna to sztuka i jakich specyficznych cech osobowości wymaga.

Po co Animator zbudował schronisko na górze O.? Był człowiekiem lewicy. Z rodzinnymi koneksjami. Był wówczas namiętnym czytelnikiem Marksa i Hegla. Marzyło mu się, aby w tej linii przekazu dokonać odnowienia, powrotu do źródeł. Wtedy takich jak on nazywano rewizjonistami. Ów riwajwel widział poprzez komunę, rozumianą najzupełniej dosłownie, jako życie we wspólnocie. Dla tej komuny właśnie powstało schronisko. Co prawda była to komuna ułomna, bo ani sam Animator, ani ogromna większość jego krewnych i znajomych nie miała zamiaru porzucać studiów i etatów w Warszawie lub Łodzi i iść na całość, czyli przeprowadzić się na stałe na bieszczadzki grzbiet. Tak więc była to raczej luźna grupa znajomych, którzy co czas jakiś przyjeżdżali do schroniska.

Animator zaopatrzył swoją bieszczadzką siedzibę w czerwone sztandary i komplet dzieł wszystkich Marksa, Engelsa i Lenina. Nie wiem, gdzie dziś zalega ów księgozbiór. Mnie pozostaje teraz wytłumaczyć się, dlaczego na ten widok nie odwróciłem się na pięcie.

Właśnie... Dorastanie w latach 65... 68... 70... nauczyło mnie, przesyciło przekonaniem, że świat w którym żyję jest głęboce nierzeczywisty, że nie ma w nim... czego? Jakiejś soli, jakiejś przyprawy, która decyduje o wartości życia. Przez świat przetoczył się podwójny walec. Komunistyczno-industrialny. Była pycha ideologów i była pycha budowniczych Kopalń-i-Hut. To co było wcześniej, było starym światem, który nie rokował (w moim ówczesnym przeświadczeniu) na przyszłość.

I wobec tego Walca trzeba było się określić. Moje pokolenie - o jak to strasznie brzmi, jak dzwon na cmentarzu - określało się na trzy sposoby. Pierwsi to byli ci, którzy stawali po stronie tego, co walec równał. Czynili się obrońcami - choćby biernymi i milczącymi - starych wartości, zwykle tych katolicko-narodowych, czasem z dodatkiem inteligenckim, czasem z przyprawą ziemiańską, czasem z domieszką staroświeckiej socjał-demokracji. Wkrótce miały nastać ich wielkie czasy: w tym samym roku 1976 zawiązały się Kor i Robcio, za lat parę miała nastać Solidarność, a w końcu wymarzony (przez niektórych) Okrągły Stół. Drudzy byli ci, którzy chcieli poczuć się operatorami Walca. Zwykle zapisywali się do PZPR.

Trzecią opcję nazwałem (wtedy) orientacją egzotyczną. Po tej stronie myślało się tak: stary świat przepadł, Komuna nikomu nie zaimponuje, trzeba szukać dalej. Trzeba szukać. Czego, gdzie? Ze świata jakieś słabe echa tylko dochodziły: to co grali Beatles i Pinkfloyd. Że gdzieś się medytuje, że jest jakaś joga i jakiś zen, że przyjeżdżają mistrzowie z Indii. W rzeczywistości tamte lata były początkiem wielu ruchów dobrze w dzisiejszej Polsce już okopanych: zaczynali przyjeżdżać pierwsi misjonarze Harikriszny, i wydawali się zrazu czymś świeżym i pociągającym, dopiero w przyszłości miało się okazać, kim są naprawdę; ale też wtedy zaczynali się zbierać pierwsi zenkowie; zaczeli przyjeżdżać z Zachodu Ole Nydahl, Kapleau i Soen-Sa-Nim. U nas była rodzima legenda andergrandu: Grotowski. Coś wtedy się ruszyło...

Ktoś, kto twierdził, że jest marksistą, który poszukuje sposobu odnowy swojej wiary i to poprzez wspólne siedzenie w górach przy ogniu, wydawał się kimś z tej samej gliny: poszukiwaczem, tak samo jak ja głęboko zniesmaczonym nędzą rzeczywistości, tyle że może podchodzącym tę samą górę od trochę innej strony.

Co konkretnego robiła ta komuna-nie-komuna na górze O.? Zjeżdżała się. Biesiadowała. Piła. Tworzyła alkoholowo-nocne porozumienia. Próbowała - głównie za namową Animatora - coś sobie opowiadać, jakieś refleksje, które na studiach byłyby zbyt dziwne. Śpiewała przy gitarze. Układała piosenki i wiersze. A przede wszystkim była tam pewna jakość wspólnego bycia, jakieś sięgnięcie do pierwotnych, plemiennych potrzeb zwierzęcia człowiek.

Co było duchowym spoiwem towarzystwa z góry O.? W modzie był Wittgenstein (i tam, za sprawą jednego z Głównych Bywalców, Wojtka S., dziś uznanego filozofa, idee Wittgensteina w pewnym stopniu poznałem), był Nietzsche, zaczynały dochodzić jakieś zaczątki New Age'u. Ale wszystko tam było jak w bieszczadzkich mgłach i błotach: zaczynające się, nie wydobyte, nie dopowiedziane. Dotkliwie brakowało nam - zobaczyłem to po latach - metody i praktyki. Praktyka jaką znaliśmy była ta najprostsza, odruchowa: iść w las, słuchać krakania kruków, gapić się w ogień, padać na podejściu. Ale było to Dotarcie do Skraju, do miejsc, gdzie mogło pojawić się Coś Nowego. Jeszcze dzisiaj wydaje mi się, że duchowo-odradzajacy potencjał Bieszczadów pozostał nie wykorzystany, że tamtejsze duchy samopas, bez pożytku dla ludzi snują się po wzgórzach.

Wojciech Jóźwiak
styczeń 2001



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011