Dzień Niedźwiedzia

Artykuł pochodzi z witryny TARAKA

10 lutego 2000
Wojciech Jóźwiak

Warsztaty Dzień Niedźwiedzia
2 lutego 2000 na Otrycie

Jako że nie każdy wie, co to jest Dzień Niedźwiedzia i dlaczego wypada 2 lutego, oraz co to jest Otryt, objaśnię po kolei.

Dawni mieszkańcy Europy wierzyli, że Niedźwiedź jest zwierzęciem, które rządzi Czasem, następstwem pór roku. Niedźwiedź był więc zwierzęciem kalendarzowym. Kiedy zapadała zima, Niedźwiedzie zagłębiały się w swoich norach, schodziły w głąb Ziemi. Schodziły do tej prapierwotnej, ciemnej, nie wyrażonej podstawy bytu, ale z tamtego tajemnego miejsca nadal czuwały nad Czasem. Około połowy zimy, przeczuwając jej przełom i "obrócenie się czasu" ku wiośnie, Niedźwiedzie obracały się na drugi bok. I to działo się 2 lutego! 2 lutego był Niedźwiedzim Świętem. (Albo któryś z sąsiednich dni, gdyż kalendarze nie były wtedy dokładne.) Jak wiele pogańskich świąt i to miewało w różnych okolicach charakter orgiastyczny: mężczyźni przebrani w skóry i w maskach niedźwiedzich napadali na wioski i gwałcili dziewczęta. (Lub tylko udawali, że to robią...) W średniowieczu Kościół zamaskował to Niedźwiedzie Święto, ustanawiając w tym samym dniu uroczystość Matki Boskiej Gromnicznej, która strzegła przed dzikimi zwierzętami.

W Anglii, gdzie niedźwiedzie szybko wytępiono, święto to stało się Dniem Borsuka - opowiadano, że w tym dniu borsuki po raz pierwszy wychodzą z nór; a kiedy Brytyjczycy osiedlili się w Ameryce Północnej, gdzie nie było borsuków, a żyły świstaki, nazwali 2 lutego właśnie Dniem Świstaka (Groundhog Day). O tym dniu i świstaku mowa jest w 255-tym symbolu sabiańskim i w znanym filmie "Dzień Świstaka".

Okolice 2 lutego są jednym z czterech "świąt pośrednich" w kalendarzach pogańskich - obok 1 maja (Noc Walpurgii i Beltaine, święto Odnowienia Ognia), 2 sierpnia (dożynki) oraz 30 października/ 1 listopada (Dzień Zmarłych, Halloween, Samhain, Dziady). Nazywam je "świętami pośrednimi", gdyż głównymi świętami są przesilenia i zrównania słoneczne.

Wiemy, co to jest Dzień Niedźwiedzia, pora na Otryt. Otryt to pasmo górskie w Bieszczadach, 900 ileś metrów wysokie, 20 km długie. Podobno gnieżdżą się tu orły. Na pewno są niedźwiedzie! Wojtek Ciombor, gospodarz schroniska na Otrycie, opowiadał, że 400 metrów od miejsca, gdzie odprawialiśmy obrzędy, zimuje niedźwiedzica z dziećmi. W 1973 roku grupa studentów i pracowników wydziału socjologii UW z Henrykiem Kliszką na czele, wybudowała na Otrycie mini-schronisko, Chatę Socjologa. Henryk był z nami na obecnych warsztatach.

Już droga na Otryt była istną ścieżką inicjacyjną. Mnie z samochodem zatrzymała w Lutowiskach dwumetrowa zaspa przegradzająca tę stolicę Bieszczadów; trzeba było czekać dwie godziny na odśnieżarkę wirnikową. Tych, którzy jechali pociągiem do Zagórza, podwożono autobusami, gdyż w innym miejscu pociąg nie mógł przebić się przez śnieg. Ścieżka z Dwernika w dolinie Sanu na Otryt była nie przetarta; szliśmy błądząc i zapadając się po pas w świeżym śniegu; do tego wichura.

Śniegu było "na chłopa" - średnio półtora metra. Pierwszego dnia wyznaczyłem miejsce na swetlodż (sweat-lodge), odkopaliśmy krąg pod szałas potów i miejsce na palenie ognia - do gołej ziemi. Ziemia pod śniegiem była nie zamarznięta. Plandekę i sznury do budowy swetlodżu przywiozłem ze sobą; kije (leszczynowe) wycięliśmy na miejscu, koce do ocieplenia dostarczył gospodarz schroniska. Największym problemem były kamienie. Obawiałem się, że pod śniegiem ich nie znajdziemy, a tutejszy piaskowiec rozsypie się w ogniu. Na grzbiecie góry były jednak miejsca, skąd śnieg był wywiany, i tam kamienie wystawały, piękne kamienne bryły znaleźliśmy kopiąc dołki pod szałasem, i na koniec Wojtek Gospodarz poratował nas kilkoma cegłami szamotkami. Kamieni wystarczyło, nie rozsypywały się; nawet lepiej znosiły żar niż narzutowy granit na Mazurach. Z dobrego surowca jest wykonany Otryt!

Dnie (krótkie, zimowe) wypełnione były ciężką pracą; ceremonie wykonywaliśmy nocą. Pierwszego wieczora, po zbudowaniu szałasu, zgromadzeniu kamieni i przygotowaniu drewna na opał, weszliśmy do Łaźni Potów. W pierwszym Poceniu Się było nas trzynastu. Ceremonia wydawała się krótka, ale naprawdę trwała 2 godziny; wyszliśmy po północy.

Drugiego dnia było Chodzenie Po Ogniu. Od stania boso na śniegu wszyscy mieli tak wychłodzone stopy, że przechodzili po ogniu jak po trawie - bez większych wrażeń. Niektórzy specjalnie stawiali stopy bardzo powoli, aby "poczuć ogień" - i trochę się poparzyli...

Trzeciego dnia była druga ceremonia Szałasu Potów. Weszło nas osiemnastu. Było to 2 lutego, i to, co robiliśmy w środku, miało przyczynić się do obrócenia się Niedźwiedzi na drugi bok.

Gorąco w swetlodżu wytwarza się poprzez umieszczenie w środku, w uprzednio wykopanym dołku, kamieni, które wcześniej nagrzewa się w ognisku obok (najlepiej do białości). Gdy kamienie zaczynają stygnąć, ciepło z ich wnętrza wydobywa się przez polewanie woda. Momentami trudno wtedy wytrzymać...

Szałas ma kształt kopuły-półkuli i symbolizuje kopułę Nieba. Druga, niewidoczna półkula zamyka swetlodż od dołu. W środku tej materialnej od góry i "energetycznej" od dołu kuli znajduje się dołek z rozgrzanymi kamieniami. To serce swetlodżu. Szałas jest zorientowany według stron świata. Wejście u nas było od południa (może też być od wschodu). Wewnątrz ludzie zasiadają tworząc koło. Całość jest więc doskonałą przestrzenną mandalą, modelem świata i jego mistycznego Centrum. Ceremonia Potów to nie tylko zabieg higieniczny - przede wszystkim symbolizuje zjednoczenie się z Całością Świata i powrót do Źródeł, a także zejście do najgłębszych warstw bytu. Symbolika ta doskonale zgadza się z istotą Święta Niedźwiedzia. O szczegółach samej ceremonii zamilczę - to już należy do ustnego przekazu.

W warsztatach brali udział: Marcin Cimaszewski "Green", Piotr Jaczewski "Misiek", Albert Jasłowski, Paweł Możdżyński, Rafał Sarosiek, Jan Kuźnicki, Sławomir Lis, Mateusz Bazgier, Ignacy Jóźwiak, Wojciech Jóźwiak, Marcin Kania, Tomasz Krajewski, Marek Rudzki, Błażej Ruszczycki, Robert Janz, Ryszard Jankowski, Andrzej Pankalla, Rober Łapiński "Rodman", Henryk Kliszko, Juliusz Wasik, Jacek Wiszniewski. Razem dwudziestu dwóch - sami mężczyźni; chociaż, inaczej niż przy letnich obozach, wcale nie ogłaszałem, że ma być "tylko dla mężczyzn". Tak jakoś samo wyszło... Przez moment w schronisku była jedna dziewczyna - Jaga, mieszkanka pobliskiego Dwerniczka. Na swetlodż jednak nie dała się namówić. Przedział wiekowy był niemal pełny: najmłodszy z nas miał 15 lat, najstarszy - pan Juliusz Wasik, sześćdziesiąt parę.

Juliusz Wasik był wielką ozdobą warsztatu. Jest to bieszczadzki pustelnik, mieszkający pod dębem nad Zalewem Solińskim. Poganin, członek indoeuropejskiego stowarzyszenia "Ausra", pisarz, esperantysta, mający kontakty w wielu krajach świata; podróżował po Brazylii, Rosji, o Europie nie wspominając. Idealnie pasował do niedźwiedziego święta i po wyjściu z łaźni demonstrował nam, jak należy ochłodzić się leżąc nago w śniegu.

Wielką pomoc uzyskaliśmy od Wojtka Ciombora, gospodarza chaty. On także prowadzi ciekawe życie: tego roku od 2 stycznia przez 28 dni nie widział żywej duszy, siedząc sam w schronisku zasypanym śniegiem.

Czy Dzień Niedźwiedzia stanie się tradycją i będzie powtarzany w następnych latach? Czy również na Otrycie? Wszystko przed nami, a początek został zrobiony.

Wojciech Jóźwiak



Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011