Wokół Otrytu

Artykuł zamieszczony w przewodniku poznajkraj.pl w lipcu 2002 roku

Zdzisław Skrok

Wokół Otrytu (Bieszczady)

Bieszczady zbrzydły mi już ostatecznie, szczególnie latem, gdy wielotysięczny, rozkrzyczany tłum wypełnia dużą i małą obwodnicę. Przybysze wypatrują i dopytują się, gdzie można znaleźć, czy też zakupić ową legendarną bieszczadzką przygodę, o której tyle naczytali się i nasłuchali w wielkich miastach. A wokoło wszystko jest pospolite: te same reklamy, gatunki piwa i automaty telefoniczne, z których tak łatwo zadzwonić do rodziców przeżywających w miejskich pieleszach katusze na myśl o tym,że oto ich latorośl własnym kaprysem rzucona została w dzicz i na zatracenie. Młodsi telefonują więc do mamy i taty, starsi, uporczywie poszukując bieszczadzkiej legendy, lądują w pretensjonalnej knajpie noszącej, jak w Cisnej, szyld jak najbardziej odpowiadający ich oczekiwaniom : "Baza ludzi z Mgły". Tyle, że wewnątrz jest tak, jak wszędzie i nie trzeba aż jechać w Bieszczady aby napić się "Żywca" czy "Tyskiego". Najbardziej odważni wyruszają na szlaki górskie. Ale i tam nie oczekuje ich bieszczadzka przygoda. Szlaki są nieliczne i nie wolno z nich schodzić na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Latem na połoniny czy na Halicz trzeba więc wędrować gęsiego, powstrzymując ból szczęk nieustannie artykułujących: "cześć, cześć". Ten sympatyczny zwyczaj stał się teraz własną karykaturą.

Foto: Z. Skrok

Na własny użytek odkryłem Bieszczady pod koniec lat sześćdziesiątych i choć kończył się już ich najlepszy okres, to jeszcze łyknąłem owej dziczy i egzotyki, o której rozwodzą się autorzy coraz to nowszych bieszczadzkich przewodników. I nie ma co się silić na opisywanie tamtych nastrojów i przygód, bo słowo tego nie udźwignie. Ci, którzy bywali wówczas w Bieszczadach, wiedzą i pamiętają; ci których wówczas tam zabrakło, nie zrozumieją. Dla nich np. bramki prowadzące na teren BPN są sprawą oczywistą, gdyż zastali je już przy pierwszej wizycie. Dla mnie, gdy zobaczyłem je po raz pierwszy po kilkunastoletniej nieobecności w Bieszczadach, były szokiem. Drzwi do lasu, płatny wstęp do przygody? Tam, gdzie wędrowaliśmy całymi dniami po wydeptanych przez zwierzęta ścieżkach za towarzyszy mając wilki i niedźwiedzie, teraz za niewielką opłatą można kroczyć wygodnymi, bezpiecznymi szlakami? Zabolało mnie serce i zapragnąłem sprawdzić, czy ostały się jeszcze w Bieszczadach jakieś skrawki, jakieś zapomniane zakątki, w których czas zatrzymał się na "moich" latach, a może nieodgadnionym wręcz trafem cofnął się jeszcze dalej - do - nawet dla mnie bajkowych - chwil swobody, kiedy bieszczadzkie płaje i lasy przemierzać można było swobodnie i spokojnie.

Tak trafiłem na Otryt, najbardziej północne, najniższe i dlatego przez turystów lekceważone, pasmo polskich Bieszczadów (inni do Bieszczadów wliczają jeszcze pasmo Żuków, ja uważam, że należy ono do Pogórzy). Ja również tak myślałem kiedy zawitałem tu w latach siedemdziesiątych. Niewysoki, równoleżnikowy wał, u podstawy porośnięty łanami pokrzyw pokrywających miejsca po bojkowskich wsiach (pokrzywa, obok babki lancetowatej, jest najpopularniejszą w Polsce rośliną synantropijną, rosnącą na terenach przekształconych przez człowieka), wyżej zajęty przez ciemny bukowy las zakrywający szersze widoki, sprawiający, że wędrówka grzbietem Otrytu jest długa i monotonna.

Kiedy trafiłem tam w połowie lat dziewięćdziesiątych, pierwsze wrażenie było jeszcze gorsze: cywilizacja i tu wbiła swe wilcze kły! Znikły łany pokrzyw, bukowy las stał się przejrzysty, bo leśnicy karczują go ponad miarę i z zapałem - muszą przecież zarobić na swoje pensje, paliwo do służbowych samochodów i służbowe ubrania z goreteksu (na tle bieszczadzkiej biedy leśnicy to arystokracja). W tym też celu całe - dzikie niegdyś -pasmo oplecione zostało misterną siecią stokówek - dróg leśnych służących właśnie do wywozu drewna. Przyrodnicy wytyczyli nawet ścieżkę edukacyjną, bo Otryt znajduję się obecnie na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Sanu (jak ma się do tego masowy wyrąb lasu pozostaje tajemnicą).

Nie to jednak jest najważniejsze, bo o tym piszą "wszystkowiedzące" przewodniki. Ważne jest, że Otryt i jego okolice zachowały dawny bieszczadzki urok i klimat. Nie ja pierwszy zresztą to odkryłem - od dawna wiedzieli o tym ludzie tutejsi - Bieszczadnicy. Wypierani przez tłum, hałas przy bieszczadzkich obwodnicach, wycofali się do swej ostatniej enklawy, pod Otryt. Dawni hippisi np. Artur Lignowski zwany "Prezesem", czy Piotrek Dmyszewicz mieszkają w Chmielu; Józek Polański - pustelnik i miłośnik koni - dwadzieścia lat przemieszkał po drugiej stronie Otrytu, w miejscu, gdzie przed wojną była wieś Rosochate; Jurek Świtalski znany jako "Jurek 2000", dożywa swych lat w Smolniku - wszyscy ze stoickim spokojem poddają się wyrokom niezmiennie upływających dni w pięknym, ale surowym krajobrazie Bieszczadów. Podobnie, jak inni, których rzucił tu pogmatwany, ślepy los albo też własny wybór. Są pilarzami, węglarzami, pasterzami, prowadzą małe sklepiki albo nie robią nic. Nawet jeśli o tym nie wiedzą, są Bieszczadnikami, ludźmi wyjątkowymi, niespotykanymi gdzie indziej, a na pewno nie w wielkich miastach.

Kościół w Dwerniku.
fot. Z. Skrok

Można przyjrzeć się im dyskretnie, niekiedy nawet zaprzyjaźnić się z nimi w dwóch pozornie odległych od siebie miejscach: w knajpie i w kościele. Knajpy - raczej skromne, choć chętnie odwiedzane - są u stóp Otrytu dwie: w Dwerniku i w Lutowiskach.
Kościoły też są dwa: w Dwerniku, zbudowany w 1981 roku z materiału pochodzącego z rozebranej cerkwi prawosławnej w Lutowiskach i w Chmielu, gdzie na rzymsko-katolicką świątynię zaadaptowano XVIII-wieczną cerkiew. Szczególnie ta ostatnia godna jest odwiedzenia z racji otaczającego ją cmentarza, związanego ze stojącą tu poprzednio cerkwią z XVI wieku. Najciekawsza jest tu archaiczna płyta nagrobna z inskrypcją w języku starocerkiewnosłowiańskim, zniszczoną i prawie nieczytelną. Jedni twierdzą, że pokrywała ona grób przemyskiego biskupa greckokatolickiego Hieronima Ustrzyckiego herbu Przestrzał (1658-1748), inni jak autorzy "Katalogu Zabytków Sztuki w Polsce" dowodzą, że płyta nie ma nic wspólnego z biskupem przemyskim i poświęcona była niejakiej Fieronii Ol...

Niezwykle zagadkowo brzmi zapisana w jednym z przewodników turystycznych informacja, że w czasie ostrej zimy 1928/29 w okolicach Dwernika pod Otrytem wilki zjadły wyposażonego w karabin z bagnetem policjanta na służbie. Pierwsze skojarzenia, które nam się tu nasuną i zmrożą krew w żyłach, będą nieprawdziwe. Wilki zapewne nie odważyły się zaatakować żywego człowieka, uzbrojonego dodatkowo w broń palną, z której śmiercionośnego działania dobrze zdają sobie sprawę (starannie unikają ludzi noszących na ramieniu podłużne przedmioty). Przyciśnięte głodem nie pogardzą natomiast mięsem człowieka, który wcześniej zmarł np. z powodu mrozu. Dziś wilki omijają ludzi z daleka, skupiając swą uwagę raczej na zwierzęcym inwentarzu, szczególnie zaś na owcach i jałówkach. Nie są z tego powodu lubiane pod Otrytem.

Kirkut w Lutowiskach.
Największy i najlepiej zachowany w Bieszczadach
(drugi jest w Lesku ale to nie Bieszczady,
choć się zwie się je powszechnie "Bramą w Bieszczady").
fot. Z. Skrok

Groźne natomiast mogą być dla turystów niedźwiedzie. Jest wprawdzie mało prawdopodobne, że spotka ich niezbyt przyjemna przygoda, jaka około 1910 roku była udziałem myśliwych ze Lwowa. Polując na stokach Halicza osaczyli niedźwiedzia. Zwierzak widząc, że jest w sytuacji bez wyjścia, rzucił się odważnie na prześladowców, trzech położył trupem, czwartemu odgryzł nogę i sam walecznie zakończył życie. Gazety lwowskie miały o czym pisać tygodniami, bo przecież dopiero za kilka lat miała nadejść prawdziwa wojna, w której tej wysokości ofiary żadnego dziennikarza nie były w stanie skłonić do ujęcia w dłonie pióra. Ale przygoda z niedźwiedziem - Daj Boże, bezkrwawa - oczekiwać nas może w leśnej gęstwinie Otrytu, szczególnie w dziewiczej puszczy karpackiej na stokach Trohańca (najwyższy szczyt pasma otryckiego). Żyje tam i ma ukrytą gawrę potężna niedźwiedzica, która raczej nie wchodzi człowiekowi w drogę, chyba, że człowiek sam się na nią natknie. Przed rokiem w piwnym barze w Lutowiskach wysłuchałem relacji z takiego spotkania. Jej bohaterem był młody mężczyzna z przerażeniem w oczach, krwawymi rysami na policzkach i kilkoma piwami "w czubie". Twierdził, że pije od trzech dni świętując ocalenie życia i lecząc się w ten sposób ze stresu, jaki go spotkał. Nasz bohater wybrał się na grzyby, których najwięcej rośnie w dzikich ostępach Trohańca. Szedł w milczeniu, zamyślony, skupiony na poszukiwaniach. Gdy odgarnął kolejny krzak, znalazł się "twarzą w twarz" z niedźwiedzicą wyrwaną za spokojnej drzemki. Tego nie mogła mu darować: na pożegnanie dostał siarczysty policzek uzbrojoną w pazury łapą. Wniosek nasuwa się oczywisty: idąc przez las, szczególnie w pojedynkę, należy jednak trochę hałasować, aby zawiadomić zwierzęta o swojej obecności.

Oprócz tego, że po Otrycie wędrować można swobodnie i na własną rękę, że nie trzeba kupować "biletów do lasu", a nawet można się zgubić w leśnym gąszczu i górskich jarach, mamy tu jeszcze okazję, by zasmakować niewiarygodnej w naszych czasach pustki, kilometrów kwadratowych bez "żywej duszy". Są tu krajobrazy wielkiej, urzekającej, oszałamiającej piękności. Takie miejsca rozciągają się w dolinie Sanu, u południowo-zachodnich stóp Otrytu. Przed wojną panował tam wielki gwar, wsie liczyły po tysiąc mieszkańców. Dziś panuje tam spokój i pustka. Jedynie w Krywem jest jedno gospodarstwo prowadzone przez Antoninę i Stanisława Majsterków, Bieszczadników żyjących z hodowli kóz i letnich wizyt turystów. Odkąd w 1999 roku drewniany most na Sanie, łączący ich chałupę ze stokówką, biegnącą u stóp Otrytu, spłynął z wiosenną wodą, nawet latem Krywe jest trudno osiągalne dla przeciętnego turysty.

Aby zwiedzić Otryt i zaznać prawdziwej bieszczadzkiej przygody, najlepiej jest zamieszkać w schronisku zwanym "Chatą Socjologa" a wzniesionym w 1973 roku przez studentów socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zarówno jego położenie (40 minut do 1 godziny forsownego marszu z Dwernika), jak i spartańskie warunki bytowania (brak energii elektrycznej, woda donoszona ze źródełka położonego poniżej schroniska), eliminuje raczej przypadkowych gości i gwarantuje prawdziwie "bieszczadzką" atmosferę.Prowiant i piwo trzeba też wnieść na własnych plecach, można jednak za pośrednictwem Wojtka Ciombora - kierownika schroniska, poszukiwacza miejscowych skarbów i autentycznego potomka wołoskich pasterzy - zamówić w Dwerniku prawdziwe, "domowej roboty" pierogi ruskie. Gdy ich posmakujemy, odkryjemy, iż to co jadamy w barach mlecznych wielkich miast, jest zwykłym śmieciem i niejadalną celulozą.

Samotna chata na Warika Dziale, północnej odnodze Otrytu.
Do roku 2000 prowadził tu schronisko Henryk Kliszko,
jeden z budowniczych "Chaty Socjologa".
fot. Z. Skrok

Założycieli "Chaty Socjologa" nazwać można równocześnie rewizjonistami i lewakami. Marksiści i leninowcy, jak przystało na studentów i młodych pracowników wydziału socjologii, odczuwali jednak niewygodę ortodoksyjnego gorsetu narzuconej ideologii i uciekali w górskie ustronie, aby swobodnie dyskutować o "młodym Marksie", czy poglądach estetycznych Gyorgy Lukacsa. W Warszawie założyli "Klub Otrycki" i wydawali pod egidą Rady Naczelnej ZSP dwumiesięcznik filozoficzny "Colloquia Communia". Dziś niewiele po tym zostało, marksizm stał się niemodny, młodzi asystenci zostali profesorami i coraz trudniej wdrapywać im się na grzbiet Otrytu. Jedynie w tzw. "gościówce", na pięterku schroniska, drzemią pokryte kurzem błękitne szeregi dzieł wszystkich Marksa i Lenina, a poprzednik Wojtka Ciombora na stanowisku kierownika nosił wymowny pseudonim "Lenin". Posążek "Wodza Rewolucji" wita też każdego, kto wchodzi w podwoje schroniska, a jedną z atrakcji zjazdu dawnych i nowych miłośników tego miejsca na przełomie kwietnia i maja (sławny "długi weekend") jest utrzymany już niestety tylko w stylu żartobliwych juwenaliów, pierwszomajowy pochód z flagami i posągiem Lenina na czele. A ci, którzy nie mają ochoty na tego typu wspomnienia, mogą zejść na dół, do Dwernika, gdzie wzniosłym kazaniem podejmie ich proboszcz miejscowego kościoła, a "tubylcy" przyjmą z życzliwym uśmiechem. A później staropolskim zwyczajem nawiedzić możemy położony nieopodal bar i życie potoczy się dalej swym spokojnym, jasnym nurtem.

Tekst i zdjęcia: Zdzisław Skrok



Komentarze   

 
#1 igor 2006-11-13 01:15
jedno pytanko:czy autor jest pewien tego,ze artur byl zwany prezesem,bo mnie sie zdaje,ze to jednak ryska z chmiela tak nazywaja,poza tym artur rzeczywiscie jakis czas rezydowal w chmielu,jednak jego glowna siedziba byla arturowka-zupel nie gdzie indziej.
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011