Otryt, fragment bieszczadzkiego mitu

Artykuł zamieszczony w internetowym piśmie TARAKA w styczniu 2003 r.

Wojciech Jóźwiak

Otryt, fragment bieszczadzkiego mitu

cz. 1

Przeczytałem wspomnienia Wojciecha Sadego... I natychmiast mnie uderzyło, że ten tekst, choć prawdziwy i osobisty, może być nie całkiem zrozumiały dla młodszych pokoleń, już dla roczników młodszych niż 1961, 62. Cóż, czas przesypuje piaski i co oczywiste dla dzisiejszych 50, 40-latków (Boże, jakie już dziadki jesteśmy!), nie musi być takim dla trochę później urodzonych. A więc, dwie kwestie, po lekturze Sadego, domagają się wyjaśnienia.

Komunizm. Czy Otryt lat 70-tych, 80-tych był organizacją/grupą komunistyczną? Dzisiaj od słowa "komunizm" bije groza, na jego dźwięk okiem wyobraźni widzimy zakrwawione ręce Dzierżyńskiego, mrące z głodu łagry, wycelowane atomowe pociski, pola czaszek w Kambodży, tępe pyski ja-jako-byłych partyzantów, zagłuszaczki, puste sklepy i nieustanne "nie ma" i "nie wolno". Ale też bywało, że w tamtych czasach hasło komunizm służyło za zasłonę, za którą - kiedy się wyrecytowało rytualne zaklęcia "Marks, Lenin, komunizm" - można było robić rzeczy, które w innej oprawie były niedostępne i niemożliwe. Przecież sam Guru Grotowski zapisał cały swój teatr, późniejsze Laboratorium, do rządzącej komunistycznej partii, argumentując, że "ONI teatr mogą w każdej chwili rozwiązać, a 'podstawowej organizacji partyjnej' nie rozwiążą". (Ma się rozumieć, Klub Otrycki NIE był zapisany do żadnej organizacji partyjnej.) Henryk Kliszko i kilku jego kolegów należeli do trudnej do sprecyzowania formacji, którą propagandyści nazywali rewizjonistami. Rewizjonistą zostawał ten z lewego skrzydła, kto zaczynał samodzielnie myśleć, bo (pamiętajmy) marksizm/komunizm w wersji kanonicznej sprowadzał się do powtarzania paru formułek, dawno bez treści, które służyły jedynie do wyrażenia posłuszeństwa wobec linii partii. Jednych rewizjonistów władcy z PZPR powypędzali za granicę (najwięcej po Marcu 1968 roku), inni zostali w kraju. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, ówcześni bywalcy Otrytu bądź byli tymi rewizjonistami, bądź (jak piszący te słowa) dobrze widzieli całe to perskie oko, jakim był metr bieżący dzieł Lenina na półce w schronisku. Jedno zresztą nie wykluczało drugiego. I jeszcze jedno: czytając Sadego można odnieść wrażenie, że Klub Otrycki był kołem zawziętych intelektualistów-ideologów. No więc, to niezupełnie tak było... Tamto, to był sztafaż, pozór, a to, co najważniejsze, wydarzało się nie w tym kanale (jakby powiedział Arnold Mindell); nie w tym kanale ta energia krążyła.

Bieszczady. Wiele pisałem (także w "Tarace") o mitorodnej wartości ziemi. Ten rodzaj ziemi, która rodzi mity, wspomniany Mindell nazwał "śniąca ziemią". Otóż właśnie Bieszczady były śniącą ziemią (nie wiem, czy są dotąd...) i intymna zażyłość z tą Ziemią była treścią bycia w Bieszczadach, wyjazdów w Bieszczady, chodzenia po Bieszczadach. Gdy mi ktoś zadaje pytanie: "co właściwie robiliście na tym Otrycie?", jestem w dużym kłopocie. Bo nic - tak jak to się opowiada - nadzwyczajnego tam się nie działo, "wiatr tylko tam szumiał, czasem ptak zaćwierkał... i niejedna panna utraciła cnotę", jak śpiewał Sady. A myśmy - co robili? - żyli mitem. Każdy wyjazd tam, to było święto, wejście w odmieniony czas i inną przestrzeń. Bieszczady były wyjątkowym zjawiskiem, gdyż były jedynym (chyba) w ciągu minionych 50 lat polskim miejscem mitycznym, jak kiedyś Podhale Tetmajera i obu Witkiewiczów, jak Nowogródek Mickiewicza i jak Czehryń i Chreptiów Sienkiewicza. Tyle, że Bieszczady nie miały swojego literackiego wieszcza, choć miały wyznawców. Polska po II wojnie opanowała ponad 100 tys. km kwadratowych terenów, z których wypędzono poprzednich mieszkańców, ale tak się dziwnie ułożyło, że Ziemie Zachodnie nie poruszyły niczyich serc (może prócz Wielkich Jezior Mazurskich, gdzie też coś zaczynało się dziać, Agnieszka Osiecka tu się przypomina, K.I. Gałczyński z Prania...). Fakt, że Bieszczady nie były z pochodzenia polskie tylko ukraińskie, nikomu nie przeszkadzał, przeciwnie, stał się głównym punktem legendy. Ukraińcy, nawet ci najgorsi, partyzanci z UPA, byli jakby nasi, gdyż jawili się w legendzie bojownikami tej samej sprawy, bo przecież dzięki nim powstała ta wyjątkowa Wolna Ziemia, gdzie nie sięgało monstrum miejsko-oficjalnego fałszu. Bieszczady były ziemią Wolnych Ludzi. Wspomniany przez Sadego Artur Lignowski mieszkał był pod Połoniną Caryńską (dziś tam jest park narodowy) w chatce z kamieni i brzozowych kołków, niby Robert Redford w filmie "Jeremiah Johnson". Alkohol, niedbałe stroje, szerokie kapelusze, chodzenie boso - to wszystko też było znakiem tamtej wolności, tamtej fantazji. Namawiam socjologów, żeby się pośpieszyli, by to spisać, bo zjawisko odeszło w przeszłość, niedługo do wiecznych łowów zaczną się przenosić świadkowie, a niektórzy już to zrobili. Bieszczady były kolejnym wcieleniem legendy Pogranicza, Dzikich Pól, kozackiej fantazji. Dawna ukraińskość tej ziemi była gwarancją, że to Pogranicze jest autentyczne, bo przecież Ukraina to znaczy 'coś na skraju', zdala od skorumpowanych, nieprawdziwych centrów, a Ukrainiec to jakby też Polak, tyle że mniej oswojony, prawdziwszy i bliższy słowiańskich korzeni. Kto miał dziadka ukraińskiej półkrwi, czuł się arystokratą. Bieszczady miały komplet cech miejsca mocy: miały w sobie mnóstwo dziewiczej siły, czystą wodę w potokach, doliny, gdzie całymi dniami można było nie spotkać człowieka, wiekowe grube drzewa (które już wtedy cięto i marnowano na potęgę). I Bieszczady, co najważniejsze, udowodniły, że potrafią pokonać człowieka z jego cywilizacją: umiały pokryć pola olchowym buszem, rozsadzić mury korzeniami, zacierały ślady dróg, kolejek, mostów. Dziki zwierz był: każdy wiedział na Otrycie, że gdzieś niedaleko chodzą niedźwiedzie, mało kto je widział, ale jaki ich obecność budowała nastrój! Wilki dawały głos, a spotkania z żubrami stawały się wręcz nudne; gdzieś około 1979 roku przy każdym zejściu z góry do Lutowisk trzeba było omijać te ciężkie kudłacze, które wyjadały siano ze stogów. Jeden żubr to było nic, kiedyś wyszedłem w lesie pod Otrytem na tyralierę 24 sztuk. W latach 90-tych byłem tam po dziesięcioletniej przerwie. Żubrów już nie było, bo stado przeszło było na ukraińską stronę (a wzdłuż granicy po tamtej stronie idzie ruchliwa linia kolejowa, szosa, rzędy jarzeniówek, cała cywilizacja) i zostało w czynie społecznym ubite na mięso.

cz. 2

Po roku 1981

Mój bardzo otrycki czas, to były lata 1976-81. Stan wojenny, który nastąpił potem, był już inną, równoległą rzeczywistością. Jakiś czas potem ja sam wylądowałem na dwa sezony w sąsiednich górach, w Beskidzie Niskim, w charakterze gazdy w innej, trochę podobnej chacie - w Ropkach koło Wysowej. Jakoś późnym latem 1983 z Ropek wybrałem się na Otryt i na Górze... zastałem całe stare towarzystwo. Tyle że wszyscy byli o ile bogatsi w doświadczenia. Otryt się nie zmienił, chociaż na dole przewaliła się cala epoka. Zdjęcia Sadego, zamieszczone przy jego opowieści, były zrobione właśnie wtedy. Przez następne prawie 20 lat na Otryt tylko wpadałem, czasami parę lat mijało między jednym wpadnięciem a drugim. W 84-tym roku zacząłem, na Górze właśnie, tłumaczyć Księgę Przemian, I-Cing. (Andrzej Wiórko i "Aby" Dolata świadkami.) To był początek pracy nad Księgą, która została wydana 10 lat później. W 86-tym prowadziłem przez Bieszczady rajd z grupą moich uczniów z ówczesnego 60-tego Liceum (w Warszawie), tzw. "Eksperymentu", gdzie wtedy uczyłem fizyki. O Otryt też zawadziliśmy. Później strasznie długo mnie tam nie było; aż w 95-tym przywiozłem swoich synów (którzy w międzyczasie urośli), aby ich inicjować w bieszczadzkie wędrówki - bardzo byli dzielni. Z satysfakcją patrzyłem, jak przyroda zabliźnia rany zadane jej przez furię gierkowskiej industrializacji. Mieszkaliśmy w szałasie zwanym "lektorium", gdzie szalały wielkie, tłuste popielice lub inne koszatki, a jedna nieostrożnie utopiła się w wiadrze z wodą. Pochowaliśmy ją, a na tej chatce zawiesiłem deskę z napisem wypalonym soczewką: Hic sunt glides, co po łacinie, jak mi się wydaje, znaczy "tu są koszatki". Odwiedziłem też wtedy po raz pierwszy Henryka Kliszkę w jego drugim kultowym miejscu, na Wańka Dziale po północnej stronie Otrytu. Zmieniło się pokolenie: my w swoim czasie jeśli na kogoś pozowaliśmy, to na hipisów, obecni bywalcy pozowali na panków. Wtedy na Wańka Dziale poznałem Rodmana (pierwszy z prawej). Pominę mniej ważne wpadnięcia; latem 97 przyjechałem na 25-lecie Chaty; dawni znajomi przytyli, wyłysieli, posiwieli, niektóre pary wciąż żyły ze sobą, niektóre kobiety były jeszcze piękniejsze, niektórzy porobili habilitacje i tytuły profesorskie, pieniądze i interesy, do władz weszli; niektórzy umarli; niektórzy - jak lirnik otrycki Chrystian Belwit, pozostali zdumiewająco tacy sami. Ja się zmieniłem o tyle, że piłem już nie z innymi, tylko sam w lesie przy ogniu, który w ofierze dawnym duchom w stanie mocno zmienionej świadomości rozpaliłem w środku nocy. Zimą 2000, około magicznego dnia 2 lutego urządziłem na Otrycie szamański warsztat na Święto Niedźwiedzia. Niedźwiedzie wprawdzie nie przyszły, spały pewnie jak to one, ale doświadczenie było niezwykle: wdrapywanie się z bagażami na Górę w śniegu, który sięgał do ramion, improwizowanie indiańskiej sauny (szałasu potu) w śniegu na półtora metra, szukanie kamieni niezbędnych w saunie pod tym śniegiem, chodzenie po ogniu w tunelu wykonanym w śniegu. Niech żałuje, kto tam nie był. Potem jeszcze w czerwcu robiłem kolejny warsztat niedaleko stamtąd, na Hulskiem, ale na Otryt nie zajrzałem. Później inne miejsca mnie przyciągnęły. Otryt wciąż gdzieś był, w odwodzie, miałem wciąż świadomość niezwykłości tego miejsca i kiedy myślałem o urządzaniu warsztatów szamańskich, ciągle wracała myśl: a może tym razem jednak na Otrycie? --- Może jeszcze się to uda... Samospalenie się Chaty znaczyć może przecież, że duchy tego miejsca życzą sobie, aby coś nowego tam zaczęło się dziać.

(Milanówek, 15-17 stycznia 2003)
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 



Komentarze   

 
#1 igor 2006-11-10 18:56
bylem na Wanka w 1997 albo 98.mialem wowczas dziwne wrazenie,ze cos sie chyli ku upadkowi..no i nie pomylilem sie-dwa lata pozniej zastalem wybite szyby i zdemolowane wnetrze.gadalem w nadlesnictwie,p roponowalem im,ze przejme chate,zostane jako gospodarz.miale m dosc konkretny plan na zagospodarowani e.niestety oni wola zeby wszystko sie zawalilo,zarosl o itd.szkoda.
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011