Trzydzieści lat Chaty Socjologa

Poniższy artykuł ukazał się w 26 zeszycie Almanachu Karpackiego PŁAJ (jesień 2003 r.). Rekonstruując początku Chaty opierałem się głównie na rozmowach, jakie w 1983 r., pisząc artykuł dla almanachu Połoniny prowadziłem m.in. z Ewą Lewicką-Banaszak, a także na własnej pamięci. Nie miałem też wówczas dostępu do redagowanych obecnie wspomnień Otrycjuszy (czyli Pierwszej Generacji). Zapewne nie ustrzegłem się błędów; docierały już do mnie takie sygnały. Ponieważ noszą się z zamiarem napisania, choć w trudnej do określenia przyszłości, porządnej, udokumentowanej historii Chaty, proszę o nadsyłanie (na adres Klubu) sprostowań i uzupełnień, a także uzupełniających relacji.

Tadeusz A. Olszański

Trzydzieści lat Chaty Socjologa

13 stycznia 2003 r. Chata Socjologa na bieszczadzkim Otrycie spłonęła, prawdopodobnie na skutek awarii przewodu kominowego. Ogień wybuchł, gdy w Chacie była tylko jedna osoba, i był tak intensywny, że dostępne środki gaśnicze okazały się bezsilne. Ocalała tylko kuchnia i wyniosły komin, który przetrwał późniejsze wichury i doczekał rozbiórki w pierwszych dniach maja. Cała reszta zmieniła się w bezkształtne pogorzelisko.

Ostrzeżenie, że taki właśnie może być koniec Chaty, nadeszło już dziesięć lat temu. Jednak pożar, który wybuchł w Sylwestra 1993 r., dał się łatwo ugasić. Zapewne głównie dlatego, że w Chacie było wtedy mnóstwo ludzi, więc było komu dostrzec ogień w zarodku, a potem go gasić. Gdyby spłonęła wówczas - dziś pogorzelisko porastałaby pokrzywa, a Chata byłaby tylko jedną z bieszczadzkich legend. Był to bowiem czas, gdy mało komu była ona potrzebna, a nawet - droga (chyba że jako wspomnienie). Ale - w czym Wojciech Jóźwiak dostrzegłby zapewne wolę "duchów tego miejsca"1) - katastrofa nastąpiła w czwartym roku odrodzenia środowiska otryckiego oraz intensywnych prac remontowych. I Klub Otrycki nie załamał rąk - już 15 stycznia jasne było, że Chata będzie odbudowana.

W połowie czerwca, gdy piszę te słowa, trwają intensywne prace przygotowawcze do odbudowy i są szanse, by do jesieni - tak jak przed trzydziestu laty - gotowy był stan surowy oraz pomieszczenie dla zimującego gospodarza Chaty. Mam nadzieję, że się to uda, że wraz z trzydziestoleciem narodzin Chaty będzie można uczcić jej odrodzenie.

Początki

Dwadzieścia lat temu pisałem dla Połonin:

"Od dziesięciu już lat na grzbiecie Otrytu, pół godziny drogi na zachód od Trohańca stoi Chata Socjologa: schronisko - nieschronisko, bacówka we właściwym znaczeniu. Strzelisty kształt górujący nad rozległą, rozczłonkowaną polaną przypomina PTTK-owskie bacówki, znacznie zresztą od Chaty większe. Wewnątrz obszerna izba ze wspaniałym kominkiem, mniejsza izba noclegowa na piętrze, parę innych jeszcze pomieszczeń, proste stoły i ławy, a pod ścianami, zarówno na górze, jak i na dole - nary, dzięki którym normatywne 30 miejsc noclegowych rozciąga się w razie potrzeby do 50 i więcej. Z balkonu - wspaniały widok na Połoninę Wetlińską - i znacznie mniej zachęcający widok na dróżkę do ujęcia wodnego, położonego znacznie niżej od chaty"2).

Tamten artykuł posłużył jako punkt wyjścia dla niniejszego, znacznie rozszerzonego - nie tylko o to, co stało się w międzyczasie, lecz też o to, czego wówczas z różnych powodów napisać nie mogłem lub nie chciałem. Dla jasności - do Chaty trafiłem po raz pierwszy latem 1975 r. i przez następne dziesięć lat byłem "w kursie" (chwilami - w centrum) spraw otryckich.

Na początku lat siedemdziesiątych (a był to okres rozkwitu studenckiego ruchu turystycznego) dość licznie powstawały w górach studenckie "chatki": mini-schroniska o niskim standardzie, za to atrakcyjnym położeniu, czasem w adaptowanych budynkach, czasem - jak na Przysłupie Caryńskim i na Otrycie - budowane od podstaw. Wokół wszystkich skupiały się środowiska "chatkowe", niektóre zyskały status "miejsc magicznych". A jednak w Chacie Socjologa było coś wyjątkowego - może głównie dlatego, że nigdy nie stała się "normalnym" schroniskiem studenckim (choć nigdy też tak nie zamknęła się dla turystów, jak w pewnym momencie uczynili to gospodarze chatki na Przysłupie).

Początki Chaty sięgają 1971 r., kiedy to Henryk Kliszko i Stanisław Norbert Wasilewski, liderzy dwu środowisk zaangażowanych w projekt "chaty w Bieszczadach", przejęli po likwidowanym osiedlu wypasowym HSP Wiatlin koło Jarosławia barak w Horodku i wykonali szereg prac adaptacyjnych. Jednak w następnym roku Horodek przejęło Ministerstwo Sprawiedliwości - powstał tu Ośrodek Pracy Więźniów, jeden z licznych, organizowanych wówczas w Bieszczadach. W maju 1973 r. Henryk i Norbert zdecydowali się na Otryt Górny, wskazany im (podobnie jak Horodek) przez Łukasza Juraszyńskiego, architekta z Leska. Henryk sprawnie załatwił mnóstwo formalności (inna rzecz, że było ich mniej niż dziś) i z początkiem lipca 1973 r. pierwsza grupa budowniczych rozbiła namioty koło wiaty myśliwskiej, postawionej przez nadleśnictwo prawdopodobnie w połowie lat sześćdziesiątych.

Wybór miejsca okazał się nad wyraz szczęśliwy. Polany otryckie leżały na uboczu głównych tras turystycznych (Otrytem nie biegł wówczas znakowany szlak), ale nie w tak nieatrakcyjnym miejscu jak dolina Horodka. Trafiali tu autentyczni miłośnicy Bieszczadów, ale już nie turystyczna "stonka". W pobliskim Chmielu i Dwerniku budowniczowie Chaty znaleźli życzliwość i wsparcie, a do "hipisowa" na Caryńskiem było zaledwie kilka godzin marszu. Wreszcie - z polan tych rozciągał się wspaniały widok na Bieszczady.

Otryt Górny i Dolny, przysiółki Chmiela, powstały prawdopodobnie pod koniec XIX w. W latach trzydziestych było tu dwanaście gospodarstw, w tym w Górnym - dwa lub trzy. Tak przynajmniej wynika z map; podczas różnorodnych prac ziemnych na polanach wokół Chaty znaleziono ślady co najmniej pięciu gospodarstw; najprawdopodobniej te nadliczbowe powstały w latach czterdziestych, gdy władze sowieckie wysiedliły mieszkańców z dolnej (nadsańskiej) części Chmiela. Sowiecka straż graniczna urządziła w jednej z chałup (mniej więcej w miejscu obecnego Lektorium) posterunek, doprowadzając linię telefoniczną i improwizując lokalny wodociąg3). W 1951 r. Otryt powrócił do Polski; w przysiółkach Chmiela nikt nie zamieszkał, a budynki rozbierano stopniowo w latach sześćdziesiątych, częściowo na budowę osiedla leśnego w Dwerniku, częściowo na opał.

Podczas prac ziemnych, zwłaszcza w późniejszych latach, otrytczycy odkopywali liczne przedmioty żelazne, od motyk po taki rarytas, jak podkowę dla wołu z charakterystycznym występem wchodzącym w rozcięcie racicy4). Znalazł się też cały pług. Najwięcej jednak było korpusów szrapneli z I wojny światowej.

Wielka budowa

Tzw. Siódemkę, pierwszą ekipę budowniczych, stanowili Henryk Kliszko, Stanisław N. Wasilewski, Andrzej "Hucuł" Organ, Wojciech Vogtt5), Ewa Lewicka, Mirosław Chałubiński i Tomasz Dziedzic. Ale obok nich od początku czynni byli Piotr Kurowski, Henryk Banaszak, Wojciech Benedykt "Bill" Ptasznik - późniejszy wieloletni gospodarz Chaty, Piotr Morawski, Aleksander Tomir Łazarski, Leszek Tadeusz Aby Dolata Jesse - anarchista i swego rodzaju bezpaństwowiec6) oraz wielu innych. Pobyt grup budowniczych organizowano w formie obozów studenckich, finansowanych przez organizacje studenckie, tak turystyczne, jak i naukowe, zwłaszcza Koło Naukowe Socjologów - "strefa wpływów" dwu Henryków, Kliszki i Banaszaka; trafiały tu także grupy związane z warszawskim TKKF (z kolei "strefą wpływów" Norberta Wasilewskiego). W pierwszym sezonie budowy brało udział około stu osób, rzadko jednak było na miejscu jednocześnie więcej niż 30 - 35.

W lipcu 1973 r. do obozu budowniczych zawitał starszy, siwy pan w szortach i z chlebaczkiem - wypisz wymaluj emeryt-turysta, rzadki okaz sympatycznego gatunku. Żywo interesował się pracami, na poły żartobliwie porównywał budowniczych do maoistów, a w trakcie rozmowy przy wspólnym posiłku, trochę przypadkiem przedstawił się jako... Zenon Kliszko7). Można sobie wyobrazić wrażenie, jakie zrobiło to na zebranych, w znacznej części członków Związku Młodzieży Socjalistycznej, a nawet PZPR. Jak się okazało, co roku przyjeżdżał on podówczas do Chmiela i wędrował po górach. Długo w noc trwała dyskusja i gość musiał odpierać wiele zarzutów - wydarzenia grudniowe były jeszcze w bardzo świeżej pamięci. Natomiast dłuższa rozmowa obu panów Kliszko doprowadziła zarówno Henryka, jak i Zenona do zgodnego wniosku, że nie są ze sobą spokrewnieni w dającym się uchwycić stopniu8).

Budowa nie miała jednego sponsora, między innymi dlatego, że inicjatorzy nie chcieli się od nikogo uzależniać. Kołatano więc do wielu drzwi: Ministerstwo Leśnictwa przekazało nieodpłatnie drewno budowlane (zresztą niskiej klasy, o trwałości obliczanej na dwadzieścia lat), "Almatur" zgodził się sfinansować roboty ciesielskie (koszt wyniósł 30 000 zł na sześciu ludzi, nawet na owe czasy sumę niewielką), zakup cementu, gontów i części materiałów pomocniczych. Resztę wydatków, w tym transport, pokryli uczestnicy budowy z wypracowanych środków. "Almatur" sfinansował też materiały na drugi sezon prac budowlanych. Potem, nie widząc szans przejęcia Chaty na schronisko, wycofał się, poprzestając na płaceniu czynszu dzierżawnego za parcelę. Podobnie po 1974 r. zgasło zainteresowanie budową warszawskiego Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich (którego interesy reprezentował w "Siódemce" Tomasz Dziedzic), gdyż Chata nie odpowiadała ówczesnym wyobrażeniom koła o schronisku, jasne było też, że grupy socjologów skupionych wokół Kliszki usunąć się stąd nie da.

Także później środowisko otryckie prowadziło grę o samodzielność z Almaturem i SZSP. Jednym ze środków w tej grze było świadome utrzymywanie niskiego standardu i niskiej dochodowości Chaty, w tym niepobieranie od turystów opłat za herbatę, a nawet zapraszanie do wspólnego stołu (co z drugiej strony sprzyjało wciąganiu gości do wspólnoty otryckiej). Bywało, że pobory dla kierowników Chaty wypłacali budowniczowie ze środków własnych, choć w końcu udało się wprowadzić to stanowisko na etat Uniwersytetu Warszawskiego.

W 1973 r. prace postępowały bardzo sprawnie: jedni wydobywali żwir z Sanu, inni w tartaku w Czarnej przecierali na belki i deski otrzymane drewno, jeszcze inni kopali doły pod fundamenty (tym ostatnim zajmował się Bill Ptasznik, który przypadkowo trafił na Otryt - i został na długie lata) i przygotowywali cement. Pracowano także w szkółkach leśnych oraz przy zbiorze siana u miejscowych gospodarzy, co było formą zapłaty w naturze za usługi transportowe. Wkrótce bracia Rychtarczykowie (cieśle podhalańscy, później mieszkający w Lipiu) mogli oprzeć konstrukcję Chaty na czterdziestu betonowych słupkach fundamentowych. Gdy 15 września na Święcie Wiechy kończono pierwszy sezon budowlany, konstrukcja była gotowa, choć bez ścian, stropów i podłóg, a także - co zrozumiałe - pieców. Tylko jedna izba, zwana potem służbówką, była przygotowana dla zimujących, którzy mieli grzać się przy żelaznym piecyku, tzw. kozie. Stał już również szkielet drewutni, dzieło turysty, którego imię nie zachowało się w zbiorowej pamięci otrytczyków, a który oprócz znakomitej konstrukcji zostawił na Otrycie wielki palec od nogi, obcięty wypuszczoną z dłoni siekierą (budowę drewutni zakończono dopiero w 1977 r.).

Największym problemem był, rzecz jasna, transport: trzeba było przerzucić bezdrożem, przy różnicy wzniesień ok. 400 m, wiele ton ładunku. Znaczną część desek i cementu oraz wszystkie materiały pomocnicze wniesiono na plecach (z Chmiela), dwa razy obrócił też DET9), wwożąc żwir, cement, gonty, belki i resztę desek. Najtrudniejsze zadanie - przewóz dwunastometrowych krokwi - wykonała ciężarówka "Praga", która o własnych siłach, choć z najwyższym trudem wjechała na podszczytową polanę, a potem zdołała z niej zjechać w jednym kawałku. Najgorzej było zresztą w dolnej części trasy, wiodącej potokiem: miejscami trzeba było podkładać pod koła deski. Wyczyn ten być może zasługuje na miejsce w księdze Guinnessa. Trudno natomiast dociec, skąd wzięła się powtarzana przez lata plotka, że "Praga" została na górę wciągnięta przez DETa: taka próba oznaczałaby pewną katastrofę. Tak czy inaczej trzeźwy zazwyczaj kierowca (co nie było zjawiskiem powszechnym w owym miejscu i czasie) wypił przed startem pół litra; dziś można o tym napisać - występek dawno się już przedawnił.

Pierwszą zimę spędził na Otrycie Jacek Szymczyk, a z nim Norbert i kilku innych członków "Rancza Miedźwiedź" (o którym za chwilę), pracujących na dole. Wtedy to w czasie wycieczki na Połoninę Caryńską Norbertowi odnowiła się odma opłucna i koniec byłby tragiczny, gdyby nie Saszka Ginsburg, który zarzucił sobie Norberta na ramię i właściwie biegiem zniósł do Ustrzyk, zdążając zresztą dosłownie na ostatnią chwilę. Norbert wyżył, ale wolał sobie poszukać jakiegoś leśnictwa pod Warszawą. Mimo to długo jeszcze utrzymywał bliskie kontakty z Klubem Otryckim.

W drugim roku budowy położono podłogi i stropy, postawiono ściany wewnętrzne i działowe, wnętrze ocieplono i odeskowano, urządzono pomieszczenia I i II piętra, a dach pokryto gontem. Na długo natomiast pozostały niezagospodarowane przyziemie oraz III kondygnacja, zwana jaskółką. W tymże 1974 r. Mieczysław Kijak, zdun z Dwernika, postawił piece i kominek, pilnie dbając o to, aby dostarczały mu pracy i zarobku jeszcze przez całe lata, co udało się znakomicie. Jesienią 1974 r. Bill na stałe zamieszkał w Chacie, a od wiosny 1976 r. do stycznia 1982 r. był formalnie jej kierownikiem. Pod jego rządami Chata zapełniła się dziełami sztuki, wychodzącymi zarówno spod jego ręki, jak i innych domorosłych artystów, których Otryt zawsze przyciągał - rzeźbami w piaskowcu i drewnie, rysunkami, obrazami, wyrobami kowalskimi. To właśnie Bill jesienią 1975 r. obmurował kominek kamieniami, wyobrażając na bocznej ścianie żółwia "dotkniętego" błyskawicą, a na frontowej - zwróconego ku słońcu węża oplecionego wokół łopaty (tzw. Odrytę, wymyślony bodaj przez Henryka Kliszkę symbol Chaty i Klubu)10), a później dokończył między innymi budowę drewutni i jaskółki.

Marksistowski klasztor?

Wśród budowniczych Chaty początkowo zaznaczały się dwie bardzo różne grupy. Pierwszą stanowili późniejsi członkowie Klubu Otryckiego, studenci warszawskiej socjologii i wydziałów pokrewnych, drugą - związani z Norbertem chłopcy z byłej STP "Nogi"11) i okolic, bardzo głośni w ówczesnym światku turystycznym. Cześć tych ostatnich zamierzała osiedlić się w Bieszczadach na stałe (Norbert był z wykształcenia leśnikiem), co nigdy nie leżało w planach grupy studenckiej. To od grupy Norberta wyszło zarówno określenie "Ranczo Miedźwiedź", jak i odpowiednia plakietka, przerobiona z herbu Chełma Lubelskiego. Trochę szkoda, że ta sympatyczna nazwa nie utrwaliła się. Plany osiedleńcze załamały się jednak po wypadku Norberta, a ludzie z Rancza coraz rzadziej odwiedzali Chatę; potem zaczęli ją ignorować. Natomiast wbrew wieści gminnej sprzed lat nie było między tymi grupami konfliktu na tle ideologicznym, choć zapewne doszłoby do niego, gdyby współpraca nie urwała się. W Ranczu dominowali bowiem ludzie o poglądach antykomunistycznych, gdy jednym z wyznaczników tożsamości "socjologów" był marksizm (bardziej jako filozofia, niż ideologia).

Dla "socjologów" Chata miała się stać domem pracy twórczej, czy raczej ośrodkiem swobodnej dyskusji oraz miejscem pracy fizycznej. Ta ostatnia była otaczana swoistym kultem, trochę rodem z Marksa, trochę - z inteligenckiego kultu robotnika12); pracowano też zazwyczaj z większym oddaniem niż umiejętnością. Ale było to też miejsce pracy umysłowej - lektury i dyskusji. W Chacie zawsze było wiele książek, nie tylko komplet dzieł Marksa i Lenina, których obecność nie była wcale "perskim okiem" wobec systemu ani dekoracją (choć tego drugiego raczej nie czytano). środowisko otryckie było autentycznie lewicowe, bardziej niż ówczesne komunistyczne elity władzy, które zastąpiły już ideowość cynicznym pragmatyzmem.

Oczywiście mają rację ci, co uśmiechają się z politowaniem, słysząc, że Otryt miał być schronieniem przed inwigilacją SB. W najściślejszym kręgu otryckim był oficer SB,13) co dla niewielu było tajemnicą. TeWeków było z pewnością więcej. Ale rzeczywiście miał to być i był azyl. Miejsce, w którym można się było schronić przed okiem i uchem opiekuna roku czy promotora, przed nielubianymi współpracownikami, przed rodziną, przed rutyną, przed codziennością, tym, co chrześcijanie nazywają "światem". Więc może miał rację Wojciech Sady, pisząc w piosence: "Marksistowski klasztor Kliszko chciał zbudować / By pracując w lesie klasyków studiować"? Klasztor, jak klasztor, ale rzeczywiście miała to być wyodrębniona wspólnota, rządząca się własnymi prawami.

Większość pierwszych otrytczyków była marksistami, ale nie - komunistami (choć często się za takich uważali), a już na pewno nie karierowiczami. To inni pięli się po szczeblach PRL-owskiej kariery. Otryt zawsze był w ten lub inny sposób dysydencki, kontestujący oficjalną ideologię, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych niewiele już mającą wspólnego z marksizmem. Także potem pierwsi otrytczycy w większości pozostali ludźmi lewicy - i także dziś nie robią karier politycznych. Jedynym wyjątkiem był udział Ewy Lewickiej-Banaszak najpierw w kierownictwie Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność", a potem w rządzie Jerzego Buzka.

W połowie lat siedemdziesiątych nawet ci, którzy dystansowali się od marksizmu lub mu się przeciwstawiali (jak większość członków Rancza), traktowali to serio. Popiersie Lenina na kominku był dla jednych ważnym symbolem tożsamości, dla innych - kamieniem obrazy. Podobnie jak czerwona flaga, zresztą powiewająca przed Chatą tylko w latach 1976 - 77. Jak bardzo serio, niech zaświadczy fakt, że na wspomnianej fladze "Rekin"14) wymalował węglem tryzub, o czym lojalnie mnie poinformował, opuszczając Chatę (gdyby nie to, długo nie spostrzeglibyśmy tego "upiększenia"). I dużo wysiłku kosztowało mnie przekonanie Teda Rachowskiego, inicjatora wystawienia masztu flagowego, by wydarty z flagi pas z tryzubem spalić, a nie utopić w ubikacji.

Panująca na Otrycie atmosfera ideowa przyczyniła się do nieprzychylnej famy, jaka urosła wokół Chaty w warszawskim światku turystycznym (stałym źródłem zatargów było domaganie się od goszczących w Chacie grup udziału w zaopatrzeniu w wodę i drewno). Trudno było o porozumienie także dlatego, że środowisko otryckie nie miało większych aspiracji turystycznych i niezbyt wiele chodziło po górach. Jednak panująca tu atmosfera wspólnoty sprawiała, że wielu przygodnych turystów zostawało w Chacie na dłużej, nieraz do końca urlopu, włączając się w prowadzone prace. Wiele w tym zasługi samej Chaty, bodaj najpiękniejszego obiektu turystycznego w Bieszczadach. Ale ruch turystyczny zawsze był słaby, a samych otrytczyków Chata przywiązywała do miejsca.

Długie, bezbarwne lata

Bieżące funkcjonowanie Chaty zależało od zaopatrzenia w opał i wodę. Z tym pierwszym początkowo nie było problemu: wokół Chaty były liczne sągi z łupkami bukowymi15), na eksploatację których służba leśna patrzyła przez palce, a może nawet przychylnie. Był to owoc ciężkiej, a bezużytecznej pracy: drewno cięto i łupano w miejscach, skąd w żaden sposób nie można było go wywieźć (drzewa w całości można by zwlec końmi), więc je porzucano. Już w 1975 r. dolne warstwy były na ogół zgniłe. Sągi te na wiele lat stały się głównym źródłem opału dla Chaty. Później wycinano uschłe drzewa, liczne w otryckim lesie, które nieraz (jak w 1976 r.) ściągano do Chaty końmi leśnictwa.

Główne ujęcie wody dla Chaty urządzono na strumyku wypływającym niemal dokładnie spod jej fundamentów (podczas kopania w dołach fundamentowych pokazywała się woda). Było ono niewystarczające, zwłaszcza latem; kilkakrotne przebudowy (najważniejsza w 1976 r., kiedy wmurowano krąg studzienny) nie zapewniły niezbędnej ilości wody. Nie próbowano natomiast odkopać dwu studni pozostałych po przedwojennych gospodarstwach, co może dałoby lepsze rezultaty. Dopiero w latach osiemdziesiątych urządzono ujęcie na północnym stoku, także niewystarczające i zbyt oddalone od Chaty (z obu ujęć wodę noszono ręcznie, w blaszanych kankach).

Ostatnim "wielkim sezonem" był rok 1976, głównie dzięki energii Tadeusza (Teda) Rachowskiego, zakochanego we wszelkiej pracy studenta pedagogiki16). Rozpoczął on - niefachowo zresztą - rekultywację sadu i założył warzywnik, kierował pracami przy nowym ujęciu wody (co najmniej połowę prac wykonując osobiście), a we wrześniu samodzielnie wzmocnił konstrukcję wiaty i pokrył ją gontem. Spadł przy tym z dachu i przebił sobie nogę gwoździem; kulał potem po Chacie i okolicy o własnoręcznie sporządzonych kulach, ale roboty dokończył. Ted planował też budowę na Otrycie... sauny (pomysł, jeśli dobrze pamiętam, wyszedł od Henryka Kliszki). Pod jego kierownictwem splantowaliśmy teren, wymurowaliśmy kamienne fundamenty, ściągnęliśmy z lasu mnóstwo surowca, ale projekt był jawnie nierealny, a miejsce i niespalona jeszcze część surowca posłużyły trzy lata później do wzniesienia tzw. Lektorium.

W tym samym roku Wojciech Sady wystawił kapliczkę, miejsce do medytacji z drewnianym siedziskiem i kamiennym stołem oraz ukrytym przed niepowołanym okiem zdjęciem Śri Maharishiego. W lipcu 1980 r. wędrowna grupa z krakowskiego Duszpasterstwa Akademickiego wzniosła przed nią kamienny ołtarz, ją samą wieńcząc krucyfiksem z dwu gwoździ i drutu; przy tym polowym ołtarzu odprawiono pierwszą w dziejach otryckich polan mszę świętą. Wspomniane Lektorium (z początku zwane bardziej adekwatnie Kliszkówką, bo nadawało się do wielu rzeczy, ale nie do pracy umysłowej) zarzucono na etapie stanu surowego. Pod koniec lat siedemdziesiątych powstała też tzw. Arturówka, skryta w gąszczu pod bliźniaczą jodłą siedziba Artura Lignowskiego, który przeniósł się tu z caryńskiego "hipisowa"17).

Jednak schyłek lat siedemdziesiątych był coraz bardziej bezbarwny. Zagubił się gdzieś początkowy zapał. Część ludzi, którzy byli filarami wspólnoty w jej pierwszych latach, wycofała się, autokratyzm Kliszki budził coraz większy sprzeciw, a rozwój warszawskiej działalności Klubu Otryckiego owocował konfliktami, przenoszonymi i na górę. Młodzi, przychodzący "na gotowe", byli nastawieni coraz bardziej konsumpcyjnie. Wszystko to wytwarzało nastrój postępującej dekadencji. Zaniedbywano coraz bardziej potrzebne remonty, coraz mniej chodzono w góry, coraz więcej pito wódki, a laicki aśram zamieniał się w klasztor pod wezwaniem świętej Flaszki.

Za to, jakby na przekór szarzeniu ludzi, rozkwitła wokół Chaty istna menażeria. Był koń Otryt, wielce pożyteczny, choć mało efektowny, na którym Bill lubił galopować po polanach (skończyło się to dość niebezpiecznym upadkiem), był osioł przezwany Hermaszewskim18), niezbyt robotny, za to nad wyraz głośny. Były psy, były koty, parzące się wedle uznania ze żbikami, stadko kóz, żyjące półdziko króliki... Było z nimi sto pociech, ale też trzeba było dobrze pilnować swoich rzeczy, bo koń np. gustował w piankowych materacach, zaś kozy wcinały wszystko "z wyjątkiem gówna i gwoździ". Krótko przed 1980 r. Marian Hess, rzeźbiarz mieszkający wówczas w Dwerniczku, podarował Chacie rzeźbę Czada.

W styczniu 1982 r. Bill został aresztowany, a Artur musiał opuścić i Chatę, i Bieszczady. Zwierzęta zostały rozprzedane. Podczas rewizji u Billa znaleziono nielegalną broń (obrzyna) z amunicją, o której zresztą milicja doskonale wiedziała, tak jak i o tym, że zdarzało mu się kłusować. Fama głosi, że to właśnie od milicjantów uzyskiwał naboje. Mimo pomocy ze strony Klubu Bill dostał i odsiedział kilka lat. Po zwolnieniu ówczesne władze nie pozwoliły mu wrócić na Otryt. Gdy stało się to możliwe, chyba sam już nie chciał.

Chata przez kilka miesięcy stała pusta, potem gospodarzył w niej "Almatur", wreszcie w lipcu 1982 r. wróciła w ręce Klubu Otryckiego. Klub na krótko zbudził się ze snu, planowano podjęcie remontów, ale... wszystko rozeszło się po kościach. Na szczęście chata zyskała nowych gospodarzy w osobach Witolda i Hanny Bychawskich (pierwsza i dotychczas jedyna rodzina mieszkająca w Chacie na stałe), którzy pozostawali tu do 1986 r. To chyba oni na pamiątkę Billa zawiesili przy mostku na drodze od Chmiela żeliwny krzyż, przydźwigany z cmentarza w Smolniku19). Po nich przez kilka lat włodarzył w Chacie Andrzej Wiórko.

O latach późniejszych wiem niewiele. Po ostrym konflikcie z Witkiem Bychawskim (na tle zatargu między Chatą a SKPB podczas rajdu "Połoniny" w 1985 r.) przestałem bywać w Chacie. Przez kilka lat uczestniczyłem jeszcze w warszawskim życiu Klubu, m.in. w przygotowywaniu Almanachu Otryckiego (1987-88), do którego napisałem tekst Dookoła Otrytu, jedyny zaplanowany doń materiał historyczno-krajoznawczy. Niestety, czasy nie sprzyjały opracowaniu tekstu najważniejszego, socjologicznego opisu środowiska otryckiego oraz dziejów budowy Chaty - więc Almanach nigdy się nie ukazał. Swój tekst, nieco dopracowany, opublikowałem w Połoninach 1990/91.

A w Chacie działo się przeważnie źle. Królował - jak mawiano - Ekstatyczny Duch Flaszki. Ktoś pozwolił sobie na spalenie obrazów pozostałych po plenerze z końca lat siedemdziesiątych, ktoś inny zniszczył drewnianą rękojeść pogrzebacza, naturalnie uformowaną w kształt falliczny... Jednak to w tym czasie powstało ujęcie północne, a w samej Chacie - łazienka, czy raczej umywalnia, wciąż bez bieżącej wody, zaś członkowie klubu sadzili młode drzewka na otryckich polanach. Do dziś wyrosły z nich już spore drzewa.

Także śmierć nie omijała Otrytu. Już w październiku 1976 r. Roman Guła, zaprzyjaźniony z nami astronom z Krakowa, spadł nocą, która nieoczekiwanie przyniosła ośmiostopniowy mróz, sprzed sękowieckiego mostu do Sanu. Nawet nie ranny, tylko zakleszczony w samochodzie, żył jeszcze, gdy rano wydobyto go z rzeki. Zmarł w drodze do Ustrzyk Dolnych. Potem odeszła Irena "Ciotka" Dąbrowska, wypędzona w latach pięćdziesiątych z Warszawy wielka przyjaciółka Chaty, w latach siedemdziesiątych posiadaczka jedynej wanny na południe od Lutowisk, a parę lat później jej mąż, Jerzy. Zmarł Mieczysław Kijak, dwernicki zdun, niegdyś żołnierz podziemia niepodległościowego, tragicznie zakończył swój piciorys mój przyjaciel Artur Bodnar, w 2001 r. pęknięte, psom porwane życie zanadto zaciążyło Olkowi Łazarskiemu, jednej z piękniejszych dusz Otrytu. Nie ma już wśród nas Mariana "Dziska" Radosa, bieszczadnika z Bożej łaski, ani Artura Lignowskiego, pioniera uprawy ziela w Bieszczadach, ani Wojciecha Mazura, którego chyba nigdy nie spotkałem... To zapewne nie jest pełna lista.

Odrodzenie

W 1998 r. kierownictwo Chaty przejął Wojciech Ciombor, a w połowie sierpnia odbyły się uroczyste obchody jej ćwierćwiecza. Impreza zgromadziła głównie starsze i średnie pokolenie otrytczyków, ale coraz wyraźniejsza była obecność pokolenia młodego i żądnego sukcesów. A zaniedbana od lat, choć wciąż - by użyć modnego terminu - "magiczna" Chata obiecywała liczne sukcesy. Wkrótce potem Grzegorz Baltazar Kajdrowicz reaktywował praktycznie martwy Klub Otrycki i wraz z Wojtkiem Ciomborem uporządkował status prawny Chaty stosownie do obecnych przepisów.

W 1999 r. ruszyły prace remontowe, realizowane przy udziale uczestników obozów zerówkowych20). Wykonano między innymi nowe ocieplenie Chaty (ze starego po ćwierćwieczu zostały marne strzępki), wymieniono okna, skanalizowano kuchnię i umywalnię (stumetrowy wykop nader sprawnie wykonała "wielomodułowa sterowana koparka ogólnowojskowa, zasilana paliwem z półlitrowych aluminiowych pojemników"21)), zabezpieczono osuwające się, zdecydowanie niefachowo zbudowane Lektorium. Do remontu kominka zabrakło niedostępnej w Bieszczadach cegły szamotowej. Rozważano też wykopanie studni - choć może prościej byłoby odkopać te stare?

Powrócił jeden ze znaków otryckiej tożsamości - radość z własnoręcznie wykonywanej pracy fizycznej. Z dawnych sporów ideologicznych nic bodaj nie zostało, ale Otryt wciąż pozostaje azylem, miejscem swobodnej dyskusji i ścierania się myśli. Wciąż wiele się tu czyta, a od 2000 r. - także ogląda filmy. Nie przez cały czas, rzecz jasna, ale po pierwszym przeglądzie "filmu otryckiego" (w 1998 r.) od 2000 r. Dyskusyjny Klub Filmowy Socjologów "Pod Spodem" organizuje Otryckie Dni Filmowe. Projektor zasilany jest agregatem prądotwórczym, pracowicie wnoszonym na górę. Podczas pierwszego z nich wyświetlono między innymi Matriksa: oglądanie tego filmu w ścianach z żywego drewna, gdzie za oknami las i góry, musiało być przeżyciem zgoła mistycznym, choć chyba nie takim, o jakie chodziło braciom Wachowskim.

Zaś 2 lutego 2000 r. Wojciech Jóźwiak urządził pod Chatą szamański Warsztat Dzień Niedźwiedzia. Niedźwiedzie się nie zjawiły, choć zdaniem Wojtka Ciombora mają gawrę pół kilometra od Chaty, ale swetlodż (indiańska sauna) w półtorametrowym śniegu był wystarczającym przeżyciem. W Warsztacie wzięło udział 22 mężczyzn, w tym Henryk Kliszko, który od lat osiemdziesiątych do 1999 r. kierował własną "chatką" na Wańka Dziale nad Polaną, a dziś jest profesorem Uniwersytetu Podlaskiego22).

Na początku 2003 r. nastąpiło - uciekając się do pojęć Wojtka Jóźwiaka - kolejne "ostrzeżenie duchów": pod ciężarem śniegu runęła wiata nad ujęciem wodnym i letnią umywalnią. A w połowie stycznia Chaty już nie było...

Na początku maja, podczas pierwszego obozu rekonstrukcyjnego, usunięto pogorzelisko. Równolegle powstał projekt nowej Chaty (nieco większej, ale powtarzającej główne elementy spalonej). Trwa załatwianie zezwolenia na odbudowę, z czym nie powinno być problemów, skoro nadleśnictwo i władze BPN popierają to przedsięwzięcie i obiecują pomoc. Zbudowano też nową wiatę, która znów będzie głównym obiektem zaplecza budowy. Od początku czerwca ruszyła baza namiotowa. Trwa też poszukiwanie sponsorów i zbiórka funduszy na odbudowę. Zależy od tego przystąpienie do prac, których nie można wykonać siłami pospolitego ruszenia.

Tadeusz A. Olszański
2003


Przypisy:

1) "Samospalenie się Chaty znaczyć może przecież, że duchy tego miejsca życzą sobie, aby coś nowego tam zaczęło się dziać" (Wojciech Jóźwiak, Otryt, fragment bieszczadzkiego mitu. Po roku 1981 [w:] www.taraka.most.org.pl). Autor jest związany z Otrytem od 1976 r. wróć

2) Tadeusz A. Olszański: Dziesięć lat na Otrycie [w:] Połoniny'83, Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich, Warszawa 1983. wróć

3) W 1976 r. odkopaliśmy tam z Tadeuszem Rachowskim haki z izolatorami, krany, fragmenty rur etc. wróć

4) Została skradziona jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych. wróć

5) W tamtym czy też następnym roku przyszedł on na Otryt w dwa tygodnie po tym, jak założono mu gips na staw skokowy, że zaś gips pękł (bo i cóż mógł zrobić?), Wojtek obkruszył go siekierą i chodził w obcisłych kaloszkach. Kości wprawdzie się zrosły źle, ale Wojtek chodzi dobrze. wróć

6) Jeśli dobrze pamiętam, w 1975 r. przedstawiał się on właśnie jako Aby Dolata. Pełną formę autotytulatura tego bodaj najbarwniejszego otrycjusza (otryckiego patrycjusza), ponoć urodzonego w Birobidżanie, przybrała kilka lat później. wróć

7) Do grudnia 1970 r. członek najwyższego kierownictwa PZPR, "prawa ręka" Władysława Gomułki, współodpowiedzialny, przynajmniej politycznie, za masakrę robotników Wybrzeża. Zarazem wielki miłośnik Norwida i polityczny patron publikacji jego dzieł, a także poeta - zdaniem wtajemniczonych, niezły (wiadomo, że publikował w "Twórczości" pod pseudonimem, którego tajemnicy do dziś nie zdradzono). wróć

8) Większość urzędników, z którymi Henryk załatwiał wówczas różne sprawy, była przekonana o takim pokrewieństwie, co zapewne miało wpływ na ich decyzje. Nikt nie odważył się zapytać, czy zbieżność nazwisk nie jest aby przypadkowa. wróć

9) Ciężki ciągnik gąsienicowy, zwany też "stalińcem", powszechnie używany wówczas w Bieszczadach. wróć

10) Nie ma racji Wojciech Jóźwiak, pisząc, że to Mistrz Kijak wykonał "kamienną mozaikę, przedstawiającą krążenie energii solarnej między Niebem a Ziemią", ani nawet formułując taką jej interpretację (przypis do: Wojciech Sady, Mój Klub Otrycki [w] www.taraka.most.org.pl). wróć

11) Sekcja Turystyki Pieszej przy warszawskim TKKF. Większość członków tego środowiska była wcześniej związana z klubem turystycznym "Zielony Oset", działającym w Pałacu Młodzieży. Sam Norbert Wasilewski był jedną z barwniejszych postaci ówczesnego świata turystycznego (w skali ogólnopolskiej), m.in. autorem niezapomnianej (choć kompletnie dziś zapomnianej) Piosenki na trzy chwyty. wróć

12) Zorganizowane kilka lat później obozy dla młodych robotników z FSO okazały się kompletnym nieporozumieniem: rzeczywisty robotnik dlaczegoś dziwnie nie przystawał do wyobrażeń uniwersyteckich socjologów. Ciekawe, że bodaj jedyny autentyczny robotnik-intelektualista na Otrycie, Tadeusz Rachowski, kompletnie "wyparował" z otryckiej tradycji. wróć

13) Jego nazwisko przemilczę, nie mogąc spytać go o zgodę na jego ujawnienie, choć sądzę, że bym ją uzyskał. wróć

14) Przydomek jednego z przyjaciół Norberta Wasilewskiego, wówczas demonstrującego swą ukraińską tożsamość. Jego nazwisko także przemilczę - kto zna to przezwisko, ten wie, o kogo chodzi, kto nie zna - nie musi wiedzieć. wróć

15) Tj. drewnem bukowym, często z bardzo starych drzew, pociętym na metrowe odcinki i rozłupanym klinami. Poszczególne sągi miały objętość metra sześciennego (w przybliżeniu). wróć

16) Po studiach wrócił do pracy fizycznej - był spawaczem w FSO, w latach 1980-81 działaczem zakładowej "Solidarności", jednym z najdłużej internowanych. Na Otryt już nie wrócił. wróć

17) Istniejące od początku lat siedemdziesiątych hipisowskie koczowisko na Caryńskiem, którego nieformalnym liderem był Wieńczysław (Wiesiek) Nowacki, zostało zlikwidowane około 1978 r. w związku z rozszerzaniem rządowego ośrodka myśliwskiego Muczne-Tarnawa. Wiesiek Nowacki był w 1980 r. doradcą strajkujących w Ustrzykach Dolnych, a później bieszczadzkiej "Solidarności" Rolników Indywidualnych. wróć

18) Na pamiątkę Mirosława Hermaszewskiego, pierwszego polskiego kosmonauty (1978 r.). wróć

19) Krzyż ten jest pod pewnym względem niezwykły. Proporczyk z cyrylickimi inicjałami INCI nie jest integralną częścią odlewu, lecz został przynitowany do krzyża tak, by przykrył łacińską plakietę z literami INRI. wróć

20) Tj. dla świeżo upieczonych studentów przed I rokiem. wróć

21) Czyli grupa żołnierzy służby zasadniczej, załatwiona przez jednego z otrytczyków. Patrz: www.otryt.bieszczady.pl/biuletyn/29/index.php . wróć

22) Obszerniejszy opis pióra inicjatora wraz z wyjaśnieniem, czym jest Dzień Niedźwiedzia i dlaczego, można znaleźć na stronie www.taraka.most.org.pl. wróć



Komentarze   

 
#1 igor 2005-01-05 11:24
Jest w tym tekście sporo nieścisłości. Np. Wojtek Ciombor raczej nie brał udziału w porządkowaniu spraw formalnych Chaty, a prace remontowe pod koniec lat 90-tych zbiegły sie w czasie z zanikaniem zerówek na Otrycie. Jest takich drobiazgów wiecej, ale ponieważ pracujemy nad uporządkowaniem wiedzy o historii Chaty, być moze niedługo będzie mozna o tym poczytać wypowiedzi dłuższe niz krótka forma komentarza...
 
 
#2 joanna 2005-01-06 02:05
Brakuje bardzo opisu całego dziesięciolecia (1986-1996), kiedy wcale nie działo się tak źle a środowisko otryckie nie było wymarłe.Czyżby to wtedy miał panować "Ekstatyczny Duch Flaszki"?Chyba nawet czuję się nieco urażona takim podsumowaniem tego okresu.Zgadzam się też z Igorem, że sporo nieścisłości - np.przed Andrzejem Wiórko gospodarzyli jeszcze(i to całkiem długo) Waldek i Marucha.
 
 
#3 malutki 2005-01-07 13:39
Świetna opowieść, przytałem łapczywie. Ale "historia" pełna jest dziur, szkoda. Może ktoś kiedyś zdąży pozbierać wszystkie takie relacje i anegdoty w historię Chaty na Otrycie?

Byłem świadkiem niektórych wydarzeń: na przykład kiedy we wrześniu 85 r. Autor na czele grupy z SKPB, bodajże w dniu Barana, pojawił się na Otrycie i odszedł obrażony po scysji z Godpodarzem lub kierownikiem obozu. Byłem też w tę słynną noc sylwestrową czy noworoczną w 1993, kiedy rzekomo Chata nieomal poszła z dymem - prawdą jest że cała sprawa, jak się później okazało, była sfingowana przez pewnego bardzo gorliwego kandydata na Gospodarza Chaty, który oczywiście pożar ugasił. Kto tam był, ten o wie o kim mowa.

Pomiędzy tymi datami rozciąga się okres Autorowi nieznany i niesprawiedliwi e tu skwitowany - może za wyjątkiem kultu Flaszki - ale Autor miał zdaje się słabą głowę :)
 
 
#4 igor 2005-01-09 02:08
vorte malutki: pozar gasilem osobiscie, wlazac z zepsuta gasnica. ale na szczescie udalo sie. a niejaki artur (nie ten stary artur) faktycznie chcial byc gospodarzem. no i po zagaszeniu siedzial caly dzien i latal dziury po ogniu.
 
 
#5 Miron 2005-01-13 16:59
Hipisowisko koło Przełęczy Przysłup istniało jeszcze w 1981 roku (wiem, bo byłem tam z Młodym)
 
 
#6 Julo 2005-01-18 21:31
"...przystąpien ie do prac, których nie można wykonać siłami pospolitego ruszenia". No cóż, Tadeusz pisał to w momencie, kiedy jeszcze nikomu się nie śniło, że jednak można. Mnie zaczynało się śnić, ale wtedy był to tylko sen daleki od jawy. Teraz zaczyna być oczywistością, że nie należało nawet myśleć inaczej, niż tak, że odbudujemy chatę sami. Dobrze, że chata stoi. Ale też trochę żal tych niesamowitych dni odbudowy. Cóż -cośmy, Tadeusz przeżyli - to nasze! Pisz Tadeusz nową historię - Jesteś znowu jej świadkiem.
 
 
#7 igor 2005-02-04 13:51
Słów kilka w odpowiedzi na głosy krytyczne O tym, że za mało jest w moim tekście o latach osiemdziesiątyc h i dziewięćdziesią tych, sam wiem. I uprzedzałem o tym w tekście. To, co pisałem o nich, opierało się na informacjach, zaczerpniętych ze strony klubowej, niekiedy najwidoczniej niewłaściwie przeze mnie zrozumianych. Jeśli kogoś (jak Joannę) dotknęły moje sformułowania - przepraszam. I w dalszym ciągu oczekuję na sprostowania, uwagi, relacje, zwłaszcza dotyczące wydarzeń, których świadkiem nie bylem. Ale określenie Ekstatyczny Duch Flaszki to nie mój „wynalaze k” - zajrzyjcie do tekstu Rodmana na otryckiej stronie... I czy aby „nadrzewn e” rozmowy posylwestrowe tu się nie kojarzą? A że miałem słabą głowę? Pewnie tak. Zwłaszcza na tle głów baaardzo mocnych. Teraz na pewno mam słabszą. Rzecz ważniejsza. Incydent z 1985 r. skwitowałem w artykule paru słowami, tylko po to, by uzasadnić moje odejście z Góry na wiele lat. Nie widziałem potrzeby, by wywlekać tę sprawę po dwudziestu prawie latach na forum publiczne, tym bardziej w tekście, przeznaczonym dla czytelnika, nie znającego bliżej spraw otryckich. Skoro jednak uczynił to - i niezbyt dokładnie - Malutki, przedstawiam w miarę szczegółowo przebieg tego wydarzenia, opierając się na zapiskach, poczynionych jesienią 1985 r. Otóż: 23 września (w poniedziałek) przyszedłem na Otryt wraz z trasą Rajdu „Połoniny ”, organizowanego przez warszawskie SKPB. Nie byłem kierownikiem tej trasy (nie miałem i nie mam uprawnień przewodnickich) ; kierowali nią Krzysztof Łysoń i Tomasz Traczyk. Była to trasa biwakowa; nocowaliśmy pod własnymi namiotami na polu biwakowym, z Chaty korzystając w stopniu minimalnym, w szczególności nie czerpiąc wody z „chatoweg o” zbiornika. Mimo to rano gospodarz Chaty zażądał od nas napełnienia tego zbiornika. Wywołało to ostrą scysję między gospodarzami a kierownikami trasy (bez mojego udziału). Ja i kilku jeszcze uczestników trasy nanieśliśmy trochę wody, poczym udaliśmy się w dalszą drogę. Podobno ktoś z moich kolegów mówił gospodarzowi, że noszą wodę tylko ze względu na mnie. Dowiedziałem się o tym znacznie później. 26 września (w czwartek) ok. 20 wróciłem do Chaty, już sam. Zamierzałem zostać do Barana, przypadającego 28 września. Gdy zacząłem robić sobie herbatę przy barku, Anka i Witek Bychawski oraz jeszcze jedna osoba, której nazwisko tu zmilczę (być może był to wspomniany przez Malutkiego kierownik obozu), zarzucili mi, że to ja prowadziłem trasę, więc odpowiadam za jej zachowanie, i że to moją winą jest „dziwny stosunek do odpracowywania pobytu” tej grupy. Ukryty (a może i wyrażony wprost) sens brzmiał: opowiedz się albo za Otrytem, albo za turystami. Gdy w pewnym momencie przerwałem im pytaniem „Czy ja mam stąd w tej chwili wyjść?”, usłyszałem (od tej trzeciej osoby) „Czemu nie”. Więc wyszedłem, nawet nie dopijając herbaty. Wkładając buty w wiatrołapie usłyszałem jeszcze czyjś komentarz „A, obraził się”. Rozbiłem namiot w pierwszym sprzyjającym miejscu. W dniu Barana pojawiłem się na Górze, bo musiałem koniecznie spotkać się z Ewą Lewicką-Banasza k. Do Chaty jednak nie wszedłem. Później dowiedziałem się od Ewy, że czwartkowy incydent stał się przedmiotem sporu, a część otrytczyków uznała zachowanie wobec mnie za niewłaściwe. Kto - nie próbowałem się dowiedzieć. Dowiedziałem się też, że kilka dni po Baranie miał miejsce kolejny zatarg między gospodarzem Chaty a grupą, prowadzoną przez SKPB. W połowie października Ewa przekazała mi też przeprosiny Rady Otryckiej. Rada miała też przeprosić kierowników obu tras SKPB.
 
 
#8 igor 2005-10-27 17:57
To zabawne , ale pamiętam jak przez mgłe jak incydent z SKPB z 1985 r. odbił się na jednym z zebrań SKPB . Powstało wtedy wrażenie , że ci socjologowie strasznie niegościnni .
 
 
#9 igor 2005-10-28 14:38
Połaskotałeś mnie Tadeusz stawiając na pierwszym miejscu obok tzw. siódemki . Dziękuję ale w tamtych czasach moja aktywność na Otrycie sprowadzała się w zasadzie do roli obserwatora . Pozdro .
 
 
#10 igor 2005-12-02 17:14
konflikt ideolog... był dosyć wcześnie.. Znasz fakt naciągniecia prezerwatywy na Lenina (kominkowego), żeby się idee nie rozmnażały. Ech kolega N. wkurzył podobno Henia do "białości".. Co do krzyża, to słyszałem od Ewy L. że umieszczała go "z kimś" chyba wcześniej..Mówi my o tym ,wrośniętym w drzewo na ścieżce do Cmiela?
 
 
#11 igor 2006-10-06 13:22
bywałam na otrycie na początku lat 80-tych, kiedy gospodarzyli tam anka i witek nazywany przez złośliwych "wiciem spryciem", tak niezależnie to zawsze miałam wrażenie pewnej "elitarności" bywalców, chociaż nie byłam niemile traktowana- to w tamtych czasach mówiło się o turystach "stonka" i takie pozostały mi wspomnienia o "czerwonym otrycie"- wszak tak go nazywano- i wciąż za nmało jest o bilu i arturze, którzy przepadli gdzieś w pamięci- ostanio znajomy namalował portRet artura- taki jaKIM ARTUR BYŁ ZE SKRĘTEM I MAKÓWKĄ- GOSPODARZ ZAKWESTIONOWAŁ TE DWA JAK SIĘ OKAZAŁO NIEFORTUNNE ELEMENTY I OBRAZU NA OTRYCIE NIE ZOSTAWIŁ!!! powodzenia życzę w nowej rzeczywistości! !!
 

Musisz być zalogowany by dodać komentarz.

Stowarzyszenie Klub Otrycki © 2011